Włoska Lampeduza, którą odwiedził dziś zwierzchnik katolików jest miejscem symbolicznym dla tragedii nielegalnych emigrantów, szukających schronienia w Europie. Dlatego też swoją wizytę papież zaczął od krótkiej wyprawy łodzią patrolową, która co dzień odławia z morza setki dryfujących na nim ludzi, uciekających z Afryki przez Włochy. Po wypłynięciu z portu rzucił do wody wieniec, aby uczcić pamięć tysięcy osób, które swoją determinacje ucieczki przypłaciły życiem.




- Modlę się tu dziś po to, by wykonać gest bliskości z tymi ludźmi, ale też by obudzić nasze sumienia na ich tragedie - dodał. Jego zdaniem o tej sprawie ciągle w Europie za mało się mówi.
- Zamykamy się w naszej "kulturze dobrobytu" jak w bańce mydlanej, obojętni na problemy innych ludzi! - wołał papież. To zaś, jego zdaniem prowadzi do "globalizacji obojętności" bo masowo przyzwyczajamy się do cierpienia innych, o której słyszymy w mediach. Tymczasem "krew tych braci i sióstr woła do Boga".
Po mszy Papież Franciszek spotkał się z grupą nielegalnych imigrantów, którzy niedawno przybyli na Lampeduzę. - Uciekliśmy z naszych krajów z powodów politycznych lub gospodarczych - przyznał witający go młody Erytrejczyk. Dodał, że każda taka przeprawa wiąże się nie tylko z ryzykiem utonięcia, ale też z groźbą trafienia w ręce handlarzy ludźmi. - Jesteśmy na razie zmuszeni, by zostać we Włoszech, ale chcielibyśmy być przyjęci także przez inne europejskie kraje - mówił Erytrejczyk.
Przed papieską podróżą włoskie media ekscytowały się faktem, że papież chciał swoją pierwszą podróż odbyć rejsowym samolotem. Miało to służyć ścinaniu niepotrzebnych kosztów, jednak groziło sporym zamieszaniem w stosunkach Włochy-Watykan, które dokładnie regulują sposób podróżowania zwierzchników Kościoła. Ostatecznie dał się przekonać i poleciał zgodnie z protokołem samolotem włoskiego rządu.
