W środę premier Donald Tusk otrzymał solidne votum zaufania od Sejmu. Nie wyłamał się prawie nikt z posłów koalicji. W expose premier nakreślił plan na rządzenie w warunkach trudnej kohabitacji: lepiej przekonać Polaków, że kraj jest na dobrym kursie. Wydaje się jednak, że będzie to ekstremalnie trudne zadanie z banalnego powodu: efektu znużenia. Polityka polega na inspirowaniu zmiany, a nie administrowaniu osiągnięciami.
Najważniejszym zdaniem przemówienia jest jak sądzę to: „To, co najczęściej słyszę, i pewnie się z tym zgodzicie wszyscy, to że za mało przekazujemy informacji. Niektórzy mówią na ulicy, że za mało się chwalimy (…). Będziemy przekazywali te informacje sukcesywnie. To, co jest dzisiaj najważniejsze i co chciałbym podkreślić, to prawda o tym, jak wyglądała Polska przed październikiem 2023 r.”.
Donald Tusk poświęcił wystąpienie wyliczeniu osiągnięć rządu: wzrost nakładów na obronę, ograniczenie imigracji z Afryki i Azji, budowa umocnień na wschodniej granicy, zwiększenie transferów społecznych, podniesienie płac w budżetówce, odpalenie Krajowego Planu Odbudowy, przyspieszenie inwestycji w krytyczną infrastrukturę, ochrona rolników przed ukraińską konkurencją, spadek inflacji, najszybszy w Unii Europejskiej wzrost gospodarczy.
O przyszłości było mniej. Mają być rozliczenia poprzedniej władzy, deregulacja, oczyszczanie spółek skarbu państwa z nepotyzmu, parę ukłonów w stronę koalicjantów (zakaz smartfonów w szkołach, unormowanie regulacji czasu pracy).
Najważniejszy plan premiera jest jednak taki, że Polacy w końcu zaczną postrzegać rzeczywistość tak, jak brytyjski prestiżowy tygodnik „The Economist”: „Te półtora roku rządów to jest jedno wielkie 'tak' dla rozwoju. Polska staje się znowu bardzo ważnym graczem inwestycyjnym. Nieprzypadkowo 'The Economist' pokazał na okładce Polskę jako najbardziej imponujący przykład rozwoju w Europie”.
Czy ten plan może się powieść? Odwołam się do twardych danych. Są dwa wskaźniki, które mają istotny wpływ na notowania rządu i premiera: dynamika realnych wynagrodzeń w gospodarce (działa na plus) oraz czas rządzenia (działa na minus). Pierwszy będzie stanowił wsparcie w warunkach niezłej koniunktury, ale drugi coraz większe obciążenie.
Polacy głosują portfelami. Wbrew pozorom koniunktura ma pozytywny wpływ na notowania rządu. Wystarczy dla porównania spojrzeć, z jak dużymi problemami zmaga się na swoim podwórku brytyjski premier Keir Starmer, który dochodził do władzy w zeszłym roku na fali podobnych nastrojów – odrzucenia prawicowych rządów – co wcześniej Donald Tusk w Polsce. Starmer ma dziś dużo gorsze notowania niż Tusk, bo brytyjska gospodarka stoi w miejscu.
Natomiast Polacy w miarę szybkiego rozwoju chcą też ciągłych zmian: nowych pomysłów, ludzi, załatwiania kolejnych konkretnych problemów. Szybko nużą się kolejnymi premierami. Można przypomnieć, że w 2014 r. po wyjeździe Donalda Tuska do Brukseli notowania rządu gwałtownie – choć przejściowo – się podniosły. Nowość zawsze się sprzedaje.
Jeszcze raz warto spojrzeć na listę sukcesów przedstawioną przez Donalda Tuska. Są tam w dużej mierze zmiany zainicjowane jeszcze za poprzedniego rządu (obrona narodowa, spektakularne inwestycje, ochrona wschodniej granicy) albo kwestie, których wiarygodnym obrońcą będzie zawsze prawica (ochrona przed imigracją, ochrona rynku przed zagraniczną konkurencją). Reform wyróżniających obecną ekipę jest mało i są one przeprowadzane w bardzo niemrawym tempie. Wyższe płace w budżetówce? Świetnie, tylko że plany na kolejne lata pokazują ich ponowny spadek w relacji do średnich płac w gospodarce. Praworządność? Tu są na razie głównie hasła. Profesjonalizacja zarządzania spółkami skarbu państwa? Na każdą porządnie zarządzaną spółkę przypada pięć afer z nepotyzmem w tle.
Efekt znużenia będzie stopniowo ciągnął obecną ekipę w dół. Ratunkiem może być albo jeszcze większe przyspieszenie gospodarki, albo wymiana premiera. W innym wypadku cały system będzie stopniowo pozycjonował się pod wymianę władzy za dwa i pół roku.
