Plemiona w sieci

Karol Jedliński
opublikowano: 10-05-2009, 12:35

Kto w polskiej Wikipedii ma hasło tej samej długości co Henryk Sienkiewicz? A kto — własną ulicę w podtoruńskim Grabowcu? Spytajcie fanów.

Autorowi "Trylogii" dorównuje w Wikipedii wcale nie Adam Mickiewicz, lecz Darth Vader vel Anakin Skywalker. Ulica im. Prusa? A nie, bo Obi-Wana Kenobiego. Taka jest siła fanów filmowej sagi "Gwiezdne wojny", których na całym świecie jest ponoć 20 milionów.

— Filmy to tylko czubek góry lodowej, odprysk. W licealnych czasach wydałem niemało na książki, komiksy i gadżety związane z produkcją George’a Lucasa — przyznaje Paweł Płonowski, dla znajomych Franki, współtwórca i właściciel serwisu internetowego StarWars.pl.

Strona notuje niemal 50 tys. odsłon miesięcznie. Nic dziwnego, bo fankluby, czy jak kto woli fandomy, nawiązujące do historii o Imperium Zła zaliczają się do najaktywniejszych w sieci.

"Gwiezdne wojny" pochłonęły Pawła Płonowskiego na poważnie 12 lat temu. Z pomocą rodziców uruchomił wtedy pierwszy serwis internetowy. Dziś przyznaje, że trochę z tego wyrósł.

— Dlaczego przestałem? Przejadło mi się, chciałem poszerzyć horyzonty — mówi.

Zaraz jednak zaprasza na wrześniowy zlot fanów z okazji 30-lecia pierwszej części sagi. Przyjedzie co najmniej kilkaset osób. I przyznaje, że utrzymuje się właśnie z "Gwiezdnych wojen". Prowadzi sklep internetowy Fanatyk.pl, sprzedający gadżety m.in. z filmu George’a Lucasa.

Ciemne moce u szejka

Centrum handlowe w Dubaju. W klimatyzowanych, marmurowych wnętrzach życie toczy się leniwie. Majestatycznie przechadzają się szejkowie szukający nowych sygnetów z diamentami czy brylantów dla którejś z żon. Agenci nieruchomości i sprzedawcy katamaranów rozłożyli się na swoich stanowiskach. A tuż obok — kilku Darthów Vaderów sieje grozę. Oto show polskiego oddziału Legionu 501., gromadzącego ludzi, którym gadżety, spotkania i fora internetowe nie wystarczą. Oni chcą wejść w skórę bohaterów "Gwiezdnych wojen". Przebierają się więc w wymyślne kostiumy warte nawet 8 tys. złotych za sztukę.

— Kiedyś patrzyli na nas i mówili: "O, idzie banda idiotów". Teraz uważają za kwintesencję starwarsowców, elitarne stowarzyszenie — przekonuje Arkadiusz "Areckin" Szajek, dowódca Polish Garrison CO, oficer imperialny, szturmowiec, ID/TK 9970, a na co dzień — 37-letni pracownik Energetyki Poznańskiej.

Koledzy przestali się z niego naśmiewać, gdy się okazało, że on i jego 30 kompanów dostają zaproszenia z całego świata. W domu, jak na modelarza z zamiłowania przystało, ma mnóstwo okołogwiezdnowojennych gadżetów. Żona jest za.

Sen mara

Jeśli o związkach mowa — dla fanów to oczywiste, że wszystko poza pasją schodzi na drugi plan. Bo ich miłość jest niemal bezgraniczna.

— Nie pamiętam wyścigu Formuły 1, który bym przegapił — wyznaje 25-letni Karol Milewski, współzałożyciel pierwszego fanklubu Roberta Kubicy.

Karierą polskiego kierowcy zainteresował się już wtedy, gdy Kubica ścigał się w Formule 2000. Przypadkowo (bilety kupił pół roku wcześniej) obejrzał na Węgrzech debiutancki start Polaka w Formule 1. Po powrocie z Budapesztu otworzył skrzynkę e-mailową fanklubu — normalnie po weekendzie czekało 10 mejli.

— Wtedy było ich ponad 500 — wspomina Milewski.

Fanklub szybko się rozrasta, liczy już ponad tysiąc członków. Kiedyś, specjalnie dla fanów chcących wspólnie obejrzeć wyścig barman otworzył knajpę na Ursynowie o 6. rano. Przyjechali nawet kibice ze Szczecina. Innym razem, gdy ich idol gościł w Warszawie, dostali specjalne wejściówki i udzielali wywiadów dla Polsat News.

To nieraz osładza ciężką dolę fanów: poświęcają swym bożyszczom mnóstwo czasu i energii, a i tak pozostają w cieniu. Wie coś o tym Daniel Wolak, który na polskim rocku zna się jak mało kto. W końcu prowadzi Archiwum Polskiego Rocka. Ulubiony zespół: oczywiście Budka Suflera.

— Z Krzyśkiem Cugowskim jestem na ty, ale nie idealizuję go. Nie ma co jednak ukrywać, to najlepszy wokalista w Polsce — twierdzi Daniel Wolak, twórca i administrator oficjalnej strony internetowej i forum Budki Suflera.

Do pełnej kolekcji wszystkich wydawnictw grupy brakuje mu tylko jednej płyty. A ma ich już z sześćdziesiąt.

— Niegdyś, przed każdym koncertem Budki, śniło mi się, że występ zakończył się totalną klapą. Bardzo to przeżywam! — śmieje się Daniel Wolak.

Życie tak sobie ustawił, że swojej pasji może poświęcać sześć miesięcy w roku. Aktywnych fanklubowiczów ma stu, ale gdy tylko Budka wypuści hit, wnet ich przybędzie. Znajdą go w sieci.

Fanatic, czyli wariat

Internet tchnął nowego ducha w fankluby. Już nie trzeba się odnajdywać przez listowne ogłoszenia. Za ten fenomen wzięli się naukowcy. Książka Michela Maffesoliego "Czas plemion. Schyłek indywidualizmu w społeczeństwach ponowoczesnych" jest znana w środowiskach oczytanych fanklubowiczów.

— Autor pisze: "Ludzie, oprócz wolności i indywidualizmu, szukają przynależności do nowych plemion". To są fankluby, grupy, gdzie nie ma barier wieku, pochodzenia czy miejsca zamieszkania. Łatwo do nich wejść, ale i łatwo wyjść — uważa Kazimierz Krzysztofek, profesor socjologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie i wiceprezes Fundacji Pro Cultura.

Podkreśla, że niektóre grupy zamieniają się w bezkrytycznych wyznawców i niebezpiecznie ocierają o sekciarstwo. Zresztą, w XVI-wiecznej angielszczyźnie słowo "fanatic" oznaczało osobę niezrównoważoną psychicznie.

— Takie przypadki to jednak margines — dodaje prof. Krzysztofek.

Koniara kontra Słoniara

Ostatnio belgijska piosenka na Eurowizję nie spodobała się fanom Elvisa Presleya. Sprzeciw wzbudził refren: "Jest za gruby, by tańczyć rock and rolla". Oficjalnym protestom nie było końca. Wojnę — na razie na słowa — toczą też fankluby Dody i Jolanty Rutowicz. Zaczęło się oczywiście od telewizyjnego show "Gwiazdy tańczą na lodzie". "Koniara!" — wołają fani Rabczewskiej na jej opaloną oponentkę. Dorotka "Słoniara" i jej bydło — odpowiadają sprzymierzeńcy Joli R. I tak bez końca… A na świecie i tak dominuje piłka nożna. Manchester United ma 70 mln fanów, dwa razy więcej niż kolejny brytyjski klub — Liverpool. Wieść niesie, że temu drugiemu kibicował Jan Paweł II.

Oddanie nie zna granic — aktor Jack Nicholson, podczas kręcenia filmu "Schmidt" udowodnił, że nie przypadkiem zwany jest przez fanklubową brać Laker Manem. Upierał się na zapis w kontrakcie mówiący, że godziny planu zdjęciowego w żadnym wypadku nie pokryją się z meczami koszykarzy jego ukochanego Los Angeles Lakers.

Producent szybko skapitulował.

Tekst pochodzi z miesięcznika "Business Class", bezpłatnego dodatku dla prenumeratorów "Pulsu Biznesu"

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Plemiona w sieci