Lodówka internetu, używka XXI wieku. Gigantyczna baza danych i wywiadownia. Jedna z najlepiej rozpoznawalnych marek na świecie. Facebook zmienia sieć.
Facebook, czyli "książka twarzy". Internetowy portal społecznościowy. Czasem wstyd tam być, częściej jednak wstyd nie bywać. W zaledwie kilka lat obrósł kultem, na który inni pracują dekadami. Szatan maczał w tym kosmate paluchy? Niewykluczone. Tim Berners-Lee, ojciec internetu, uważa, że Facebook to "zło wcielone". Coś w tym jest… Facebook kusi skutecznie, w tempie kilkuset tysięcy użytkowników tygodniowo.
Na Facebooku toczy się alternatywne życie społeczne. To nowy i podobno lepszy świat. Nie ma w nim samotności, a każdy, kto się tam znajdzie, ma coś do powiedzenia, sprzedania, pokazania czy kupienia. Każdy ma znajomych, którym może się pochwalić tym, że właśnie idzie na kawę, lub że ma obstrukcję. Że kupił plastikową świnię i nazwał ją Zdzisław. Obok tematy poważne, analizy i wskazówki. Do tego linki, zdjęcia, filmy. Bez sensu? Może, ale ten bezsens jest wart kilkaset milionów dolarów. A Mark Zuckerberg, twórca tego alternatywnego świata, stał się jednym z najmłodszych miliarderów na świecie. W kilka lat.
Kategoria "inne"
Kiedy na początku 2010 r. ogłaszano, że przychody Facebooka w 2009 r. wyniosły 800 mln dolarów, roiło się już od afiszy zapowiadających film Davida Finchera "The Social Network", opowiadający historię powstania tego serwisu. Sugestia, jakoby założyciel portalu zbudował fortunę na oszustwie, spowodowała spore zainteresowanie produkcją. Film opiera się na książce Bena Mezricha o wyraźnie przydługim tytule: "The Accidental Billionaires The Founding of Facebook: A Tale of Sex, Money, Genius and Betrayal". Opowiada historię przyjaźni Eduarda Saverina i Marka Zuckerberga, studentów Harvardu, którzy mieli wielki talent do matematyki i minimalne powodzenie u dziewczyn. Postanowili zdobyć to drugie, wykorzystując pierwsze. Po włamaniu na serwery uczelni i założeniu strony ze zdjęciami studentek, które każdy mógł oceniać, o mało nie wylecieli z uczelni. Potem Zuckerberg spotkał bliźniaków wioślarzy, którzy mieli pomysł na portal społecznościowy i poprosili Marka o pomoc. Zgodził się, ale zanim skończyli wspólną pracę, sam ogłosił powstanie własnego portalu — dziś znanego jako Facebook.
— Niektóre rzeczy, jakie napisano o Marku Zuckerbergu i powstaniu Facebooka, są bliższe prawdy niż inne. Ta książka zdaje się należeć do kategorii "inne" — tak rzecznik Facebooka skomentował publikację sprzedawaną jako non-fiction.
Prawdę czasu…
…zbudowali specjaliści od PR. W różnorakich publikacjach na temat Facebooka można wyczytać, że Zuckerberg urodził się w 1984 r., że pochodzi z żydowsko-amerykańskiej rodziny. Że dorastał w Dobbs Ferry w stanie Nowy Jork. Nie brakuje informacji o ważnym miejscu, jakie w jego życiu zajmował komputer. Skrupulatnie wychwycony jest też tzw. moment przełomowy, czyli chwila, kiedy w młodym amerykańsko-żydowskim umyśle obudził się geniusz. To moment, w którym na biurku 11-letniego wówczas chłopca pojawiła się książka o programowaniu "C++ dla żółtodziobów".
— Początkowo była dla mnie zbyt trudna, więc to rzuciłem — przyznał w jednym z wywiadów Mark Zuckerberg.
Po jakimś czasie spróbował jeszcze raz i — jak donoszą źródła — programowanie pochłonęło go bez reszty.
Szesnastoletni Mark trafił do renomowanej szkoły Phillips Exeter Academy w New Hampshire. Tam zdobywał kolejne szlify. W ostatnim roku nauki, razem z przyjacielem Adamem D’Angelo (obecnym dyrektorem ds. technologii Facebook. com), uruchomili Synapse: nowatorską aplikację do odtwarzania muzyki. O młodzieńcach zrobiło się głośno. Zainteresowały się nimi takie firmy, jak Microsoft i AOL.
— Wszyscy chcieli kupić Synapse. Niektórzy proponowali kwoty sięgające nawet 2 mln dolarów, ale wszystkie konsekwentnie odrzucaliśmy — mówił Mark.
Edukację kontynuował na Harvard University. Kierunek? Nie, nie informatyka. Dla odmiany psychologia. Już na drugim roku studiów stworzył Facemash.com — internetowy ranking popularności studentów uczelni. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę i szybko zyskał popularność. Wskutek zawiłości prawno-moralnych (zdjęcia do serwisu "pożyczano" z serwerów uczelni) Facemash.com został jednak zamknięty, a jego twórca omal nie pożegnał się ze studiami. Emocje opadły, a Zuckerberg wziął się do realizacji kolejnych pomysłów. Powstał HarvardConnection. Potem, przygotowany wspólnie z kolegami w 10 dni, projekt Thefacebook.com. W pierwszym dniu na tym portalu zalogowało się ponad 1 tys. studentów. Popularność rosła. Pojawiły się problemy techniczne. By im sprostać, potrzebny był… anioł. Aniołem biznesu okazał się Peter Thiel, współwłaściciel firmy PayPal. Dofinansował portal Thefacebook.com kwotą 500 tys. dolarów, która pozwoliła na spore inwestycje (m.in. zakup serwerów). A także na kupno nowej domeny: Facebook.com.
Mimo wszystko
Popularność serwisu przerosła najśmielsze oczekiwania twórców. Od początku 2007 r. konta na witrynie zakładało około 250 tys. użytkowników dziennie. Historia zatoczyła koło i o projekt Marka ponownie pytali najwięksi tego świata — Microsoft czy Google. Pierwszemu udało się kupić jedynie 1,6 proc. udziałów Facebooka. Gigant zapłacił za mały pakiet 246 mln USD.
Dziś Facebook to ponad pół miliarda użytkowników, z czego 70 proc. poza USA. Ponad 40 proc. osób posiadających konto zagląda do "księgi twarzy" codziennie. Co miesiąc na strony użytkowników i ich profile trafia 1 mld zdjęć i 10 mln filmów.
Gwiazdy, politycy, sportowcy, a także sąsiedzi, przechodnie czy kierowcy taksówek. Wszyscy z chęcią donoszą o sukcesach, problemach, dzieciach czy zainteresowaniach. Rekordziści? Lady Gaga — prawie 28 mln "znajomych", Eminem — ponad 25 mln. Prezydent USA Barack Obama cieszy się uznaniem 18 mln obywateli świata. Na tym tle polscy liderzy wypadają wyjątkowo słabo. Kuba Wojewódzki może się pochwalić "znajomością" jedynie 289 tys. osób. Bronisław Komorowski niespełna 18 tys.
Megapanel PBI/Gemius twierdzi, że już w październiku 2010 r. Facebook miał niemal 2,5 mln użytkowników z Polski. Co ich tam ciągnie? Według socjologów, Facebook jest odpowiedzią na ludzkie potrzeby życia w społeczeństwie. Satyrycy uważają, że jest jak lodówka — uzależnia. Otwierasz, patrzysz, zamykasz… I tak co pięć minut. A twórca internetu twierdzi, że Facebook jest zły, bo izoluje użytkowników od sieci.
— Sieć przestaje być uniwersalna — zawłaszczają ją Facebook i Google. No cóż, oni chcą opanować świat — ostrzega Tim Berners-Lee.
Coś w tym jest: w przeprowadzonych w zeszłym roku badaniach American Consumer Satisfaction Index, Facebook uzyskał 64 na 100 punktów. Mało, zwłaszcza że wyżej od niego wylądowały nawet linie lotnicze. Pojawia się też komentarz, że użytkownicy, mimo niedogodności, niewygody i ogólnego niezadowolenia, korzystają z niego, bo funkcje, które oferuje są tego warte. l
