Poprawnie, ale mniej zabawnie

Kariera i praca: Walczyć z agresją, chamstwem i mową nienawiści to jedno, a ograniczać swobodę wypowiedzi — to coś zupełnie innego

Akcja #metoo zrobiła dużo zamieszania. Zdania na jej temat są podzielone. Dotychczas większość ofiar nabierała wody w usta, przez co sprawcy czuli się bezkarni. Dziś zastanowią się dwa razy, zanim przekroczą intymny dystans. Z drugiej strony, teraz łatwiej będzie nawet niewinne zachowania podciągnąć pod molestowanie. Prof. Zbigniew Lew-Starowicz, proszony w mediach o komentarz, podkreśla, że ruch jest potrzebny — pokrzywdzeni (dotyczy to obu płci) zaczynają głośno mówić, co ich spotkało.

TAK TO WIDZĘ:
Zobacz więcej

TAK TO WIDZĘ:

Redaktor Terlikowski nie obraża moich ateistycznych uczuć. Podobnej tolerancji oczekuję od wierzących — mówi Marcin Przybyłek, trener biznesu. Marek Wiśniewski

Seksuolog nie ma jednak wątpliwości, że rodzi się nowa obyczajowość oznaczająca koniec flirtu, który przecież nie zawsze jest czymś niechcianym. Relacje w biurach, miejscach publicznych — przewiduje — staną się powściągliwe i bardziej oficjalne. Żaden rozsądny szef nie odważy się już objąć podwładnej za ramię, choćby był to gest przyjaźni sprawiający jej przyjemność.

Język na uwięzi

W Stanach Zjednoczonych i krajach skandynawskich mężczyzna sam nie wsiada z kobietą do windy, by uniknąć fałszywych oskarżeń — przypomina profesor, według którego jedna piąta spraw o molestowanie jest nadużyciem. Przejmujemy anglosaskie standardy, więc raczej pójdziemy tą samą drogą.

— Gdy polski żołnierz trafia do amerykańskiej bazy w Iraku, zostaje poinformowany, że nie wolno mu ustępować miejsca i przepuszczaćkobiet w drzwiach. Mogłoby to zostać odebrane jako przejaw męskiej dominacji — wskazuje dr Marcin S. Przybyłek, trener biznesu i pisarz. Zmiany widzi głównie w języku: coraz częściej unikamy tematów i określeń, które mogłyby uderzać w czyjąś godność. Tak nakazuje nam polityczna poprawność, która — według szkoleniowca — jest słuszną reakcją na lekceważenie praw mniejszości, głównie etnicznych, religijnych i seksualnych. To oczywiste — zaznacza — że nie wolno nikogo obrażać i poniżać.

Mowę nienawiści wymienia jednym tchem z molestowaniem seksualnym i mobbingiem. Jego zdaniem, zjawiska te niszczą życie społeczne, więzi międzyludzkie i współpracę. — Kto się nie przeciwstawia agresji, chamstwu i nietolerancji, bierze na siebie część odpowiedzialności. Szukanie antidotum jest koniecznością. Żeby tylko lekarstwo nie okazało się gorsze od choroby — tłumaczy dr Przybyłek. Tym, z czym walczy, jest polityczna nadpoprawność. Tak określa daleko posuniętą autocenzurę, rezygnację z wolności słowa na rzecz kultury schlebiania.

— Polityczna nadpoprawność jest wtedy, gdy nie mówię czegoś z obawy, że inni się obrażą. Na szkoleniu, które kiedyś prowadziłem, ktoś powiedział, że warto uczyć się języków obcych. Szef dyskretnie pouczył tę osobę, że nie wolno tak mówić, ponieważ ludzie ze słabą znajomością angielskiego czy niemieckiego mogliby źle się poczuć — wspomina Marcin S. Przybyłek.

Jak się jednak dziwić hołdującym nadpoprawności korporacjom, skoro brytyjskie i amerykańskie uczelnie tworzą tzw. bezpieczneprzestrzenie — miejsca, w których nie wolno wyrażać jakichkolwiek poglądów mogących powodować u kogoś dyskomfort? Przeczy to idei uniwersytetu jako instytucji przyzwalającej na niezależne poszukiwania, swobodne dyskusje i intelektualne eksperymenty wykraczające poza obowiązujące w danym czasie i miejscu normy. To środowiska studenckie były wylęgarniami buntu.

Więcej luzu!

Pytaliśmy pracodawców, coachów i szkoleniowców, co myślą o politycznej nadpoprawności. Zazwyczaj odmawiali odpowiedzi, tłumacząc, że nie chcą, by ich nazwiska pojawiały się przy tak kontrowersyjnym temacie. Dr Sławomir Jarmuż, psycholog, trener biznesu i autor książki „Alfabet mitów menedżerskich”, rozumie swoich kolegów po fachu. Tym bardziej że nie chcą antagonizować uczestników swoich zajęć. W sferze publicznej aż nadto widać podziały partyjne, ideowe i światopoglądowe. Po co więc je przenosić na grunt zawodowy?

— Jedna z naczelnych zasad trenerów brzmi: nie rozmawiamy o polityce, religii i preferencjach seksualnych. To zwykle nie służy realizacji celów szkoleniowych — kwituje dr Jarmuż. Natomiast Marcin S. Przybyłek zwraca uwagę na różnicę między wywoływaniem trudnych dyskusji a prawdziwą cenzurą.

— Egzekwowanie przesadnej ostrożności i kult prawomyślności wyrządza więcej szkód niż pożytku. To skuteczny sposób na niszczenie atmosfery, spontaniczności i gaszenie rozmowy — ocenia trener. Po jednym ze szkoleń poszedł na firmowe party. W restauracji zidentyfikował osoby ze swojej grupy. Towarzystwo artystyczno-intelektualne, po którym spodziewał się więcej naturalności i luzu. Rzeczywistość jednak zweryfikowała jego wrażenia.

— Gospodarz podszedł do jednej z uczestniczek, która miała nalepkę na piersi. Chciał jej zwrócić na to uwagę. Ale jak? Powiedzieć wprost, że dziwnie wygląda z tą naklejką? Nie chciał się narazić na zarzut molestowania. Poprzestał więc na gestach, z których kobieta nic nie rozumiała. Robiła tylko coraz większe oczy — uśmiecha się dr Marcin S. Przybyłek. Denerwują go szefowie, którzy zamiast pracowników edukować, stosują zakazy i groźby. Strach nie rozwiąże problemu — uważa.

Pamięta, jak dwóch menedżerów sypało na przemian pikantnymi kawałami. Było to w męskim gronie, więc się nie przejmowali. Wyprowadził ich z błędu prezes Amerykanin.

„Jak czułyby się kobiety, gdyby was słyszały?” — pytał. „Nawet niewinny dowcipmoże spowodować duże szkody. To jak maleńki otwór w tamie — jeśli go nie zatkniemy, dojdzie do przerwania zapory i będzie powódź” — argumentował. Menedżerowie słuchali prezesa, kiwając głowami. Woleli mu się nie sprzeciwiać. Lęk o stanowiska zwyciężył ze zdrowym rozsądkiem.

— W psychologii mówi się o przestrzeni progowej, którą jest np. kąpielisko — w miejscach publicznych nie pokazujemy się w negliżu, ale na plaży jest to wskazane. Osoby ubrane od stóp do głów wzbudziłyby tam zdziwienie. Przestrzenią progową jest także męskie spotkanie. Nieobecność kobiet sprawia, że niektóre żarty są bardziej na miejscu niż w grupie mieszanej — twierdzi dr Marcin S. Przybyłek.

Zakazy nie skutkują

Na szczęście korporacyjny świat nie jest monolitem. Sławomir Jarmuż przypomina, że są w nim dwie szkoły. Jedna zakazuje wszelkich kontrowersyjnych żartów i dyskusji. Druga — określana jako diversity — głosi, że trzeba się uczyć rozmawiać o wszystkim, z kulturą i szacunkiem dla innych.

— O polityce diversity w Polsce słyszymy mało, bo tworzymy społeczeństwo jednorodne. Na Zachodzie żyją i pracują razem ludzie z wielu zakątków świata, reprezentujący różne rasy, narody i religie. Można ich zmuszać do ukrywania swoich poglądów. Niemniej na dłuższą metę nie zda to egzaminu. Lepiej edukować w dziedzinie tolerancji, niż wdrażać sztuczne zasady — przekonuje dr Sławomir Jarmuż. Psychologia społeczna nie znalazła dotychczas lepszej metody na wygaszanie agresji i złych zachowań niż skłonienie różnych osób i grup do swobodnych rozmów i bycia razem. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Firmy / Poprawnie, ale mniej zabawnie