Wszystko się kiedyś kończy — po ośmiu latach sprawowania rządów na Słowacji, w sobotę przegrał wybory premier Mikulás Dzurinda. Jako czynny maratończyk był symbolem wytrzymałości władzy. Na szczytach Grupy Wyszehradzkiej poznawał coraz to nowych premierów Polski, Czech i Węgier, a sam pozostawał opoką. Zdjął ze Słowacji odium nacjonalizmu, wprowadził ją do NATO i Unii Europejskiej, przeprowadził wolnorynkowe reformy gospodarcze.
Samo odejście premiera rządzącego tak długo jest zjawiskiem całkowicie normalnym, ale jego przyczyny dają do myślenia. Przy dosyć niskiej frekwencji, w sobotę najwięcej głosów zdobyła opozycyjna partia Smer (Socialna Demokracia), której lider Robert Fico prowadził kampanię pod hasłami „sprawiedliwości i solidarności”, aby niekwestionowany skok gospodarczy Słowacji „nie służył tylko małej grupce ludzi”. Skąd my to znamy...? Smer jest najczystszą lewicą, Prawo i Sprawiedliwość tytułuje się prawicą — ale wygląda na to, że obie ekipy będą mogły ponad Tatrami mocno uścisnąć sobie ręce. Z naszego punktu widzenia najciekawiej zapowiadają się losy 19-procentowego podatku liniowego, obowiązującego na Słowacji trzeci rok (takie same są stawki VAT i CIT). Dzurinda przedstawiał swoją reformę podatkową jako fundament wzrostu gospodarczego, dla Fico zlikwidowanie liniowego PIT wydaje się oczywistością.
Powyborcza układanka na Słowacji jest tak skomplikowana, że nie wiadomo ile czasu będzie trwało konstruowanie nowego gabinetu. Wcale byśmy się nie zdziwili, gdyby powtórzyła się sytuacja z Ukrainy, gdzie o wyborach wszyscy już zapomnieli, a rządu wciąż nie ma.