Prawo zderza się z militarną siłą

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-08-23 20:00

Dzień Niepodległości Ukrainy obchodzony jest na pamiątkę deklaracji uchwalonej 24 sierpnia 1991 r. przez Radę Najwyższą Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Ówczesna spontaniczna reakcja Kijowa na komunistyczny pucz Janajewa w Moskwie wyprzedziła o wiele miesięcy formalny rozpad Związku Radzieckiego, który dopełnił się 26 grudnia 1991 r. Kalendarzowym przypadkiem 31. rocznica deklaracji niepodległości Ukrainy zbiega się akurat z półrocznicą napadu Rosji. Władimir Putin aż tak długiej wojny nie planował, wydając 24 lutego rozkaz do jej rozpętania. Zakładał, że 9 maja nie tylko w Moskwie i głównych miastach Rosji, lecz również w Kijowie odbędzie się defilada zwycięstwa po tzw. denazyfikacji i demilitaryzacji Ukrainy. Przyjmowałby ją obsadzony przez cara Kremla nowy/stary prezydent, wypędzony z Kijowa w 2014 r. wasalny Wiktor Janukowycz. Pierwotny cel strategiczny okazał się jednak dla armii Rosji absolutnie nieosiągalny, wojna przerodziła się w wyniszczające walki pozycyjne i zapowiada się na długie lata.

W wigilię święta prezydent Wołodymyr Żełenski zorganizował drugi szczyt tzw. Platformy Krymskiej. Pierwszy odbył się również 23 sierpnia rok temu, wtedy w zupełnie innej sytuacji. Cel obecnego wirtualnego zgromadzenia wielu przywódców (jedynym obecnym fizycznie był Andrzej Duda) się nie zmienił – prezydentowi Ukrainy chodzi o niezapomnienie przez świat zaboru Krymu przez Rosję z 2014 r. Drugi szczyt umocnił ustalenia pierwszego, że wymuszonej osiem lat temu zmiany granic prawo międzynarodowe nie uznało i nie uzna, ale… co z tego. W sprawie wchłonięcia półwyspu Władimir Putin ma autentyczne poparcie społeczne zdecydowanie większe, niż w kwestii tegorocznej wojny. O ile niewielka grupa jej przeciwników oczywiście w Rosji istnieje, ale siedzi cicho ze strachu przed drakońskimi karami, o tyle Krym uważany jest za oczywiście rosyjski nawet przez środowiska demokratyczne, niezależnych intelektualistów etc. Argumentują bardzo logicznie i zgodnie z prawdą historyczną, że to przecież Nikita Chruszczow w 1954 r. sprezentował Krym radzieckiej republice Ukrainy. Mapa nie kłamie – gdyby nie tamto widzimisię szefa komunistycznej partii, to w momencie rozpadu Związku Radzieckiego w 1991 r. półwysep oczywiście zaliczałby się do Federacji Rosyjskiej…

Platforma Krymska formułuje racje moralne, ale nie mają one przełożenia na sytuację realną – nie tylko dla Władimira Putina, lecz dla 99 proc. Rosjan półwysep historycznie był, obecnie jest i ma pozostać rosyjski. Fot. KPRP / Jakub Szymczuk

Miesiąc po jego zaborze, konkretnie 20 marca 2014 r. zatytułowałem komentarz „Krym poszedł już na stłuczki”. Chodziło o to, że oburzenie wolnego świata trwało krótko, szybko osiągnęło przesilenie i już w marcu zaczęło łagodnieć. Jeśli zachodni politycy mieli jakiekolwiek wątpliwości, to wyraźnie zdeklarowały się rynki. Wtedy giełdy amerykańskie zafascynowały się słowami łaskawcy Władimira Putina, że nie chce on dalszych podziałów Ukrainy, i z radości podskoczyły indeksami do góry. Jedyną realną sankcją – w sferze prestiżowej, ale dla Rosji najważniejszej – stało się dyscyplinarne wyrzucenie jej z grupy G8. Oczywiście w 2022 r. sytuacja polityczna jest inna, wszak w 2014 r. zabór Krymu przeszedł bez walk i ofiar, zaś obecnie ogrom zbrodni wojennych wręcz zaszokował wolny świat. Ale prawdopodobieństwo odebrania półwyspu Rosji nie zwiększyło się obecnie choćby o punkt proc.