Ludwik Sobolewski został zasypany pytaniami naszych internautów. Czasami ostrymi jak brzytwa
Pierwsza część wywiadu, jaki przeprowadzili z szefem GPW internauci. Kolejna w środowym wydaniu „PB” oraz na stronach pb.pl.
Ludwik Sobolewski o autorytetach...
Którego ze znanych światowych ekonomistów ceni pan najbardziej? I dlaczego?
Trudno mi kogoś wyróżnić. Nie mam takiego autorytetu. Z ekonomistami jest trochę jak z prawnikami. Dobry ekonomista musi rozumieć istotę procesu ekonomicznego, ale dalej zaczyna się interpretowanie i ocena. A to zawsze jest pole do dyskusji, pole do trafnej konkluzji, ale też do błędu.
Co pan myśli o panu Alanie Greenspanie (były szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej — red.)? Czy uważa pan, że ten człowiek powinien tak często głosić rychłą i głęboką recesję w USA?
Alan Greenspan? Normalny człowiek, niesłychanie wylansowany przez media światowe. Nie on pierwszy, nie ostatni, ale prawdopodobnie jest to sukces trudny do powtórzenia, jeśli chodzi o ekonomistów. Coraz silniejsze opinie innych ekonomistów, że przyczynił się do obecnego kryzysu w finansach USA, jakoś nie szkodzą jego medialności. W Polsce ma status prawie półboski. Świetnie było to widać w momencie, kiedy ośmieliłem się podać w wątpliwość jego twierdzenia, że kryzys subprime jest taki sam, jak kryzys związany z bańką internetową. Niestety, prowincjonalizm i kompleksy to coś, co w Polsce łatwo spotkać. Autor książki, którą zamierzam przeczytać.
...o planach GPW...
Czy i kiedy zobaczę w amerykańskiej stacji CNN News w temacie światowych giełd indeks WIG w pierwszej piątce indeksów europejskich? Jaka jest przyszłość naszej giełdy?
Wzrost kapitalizacji będzie, wiadomo z jakich źródeł, ale nie można tego oszacować wiarygodnie w tak odległej perspektywie czasowej. Jestem przekonany, że do tego czasu kapitalizacja znacznie przewyższy kapitalizację kilku giełd średniej wielkości w Unii, jak na przykład giełdy wiedeńskiej.
Jeżeli zrezygnowalibyśmy z rozwijania GPW jako rynku o zasięgu międzynarodowym, to odpowiedź jest prosta — nigdy nie zobaczymy WIG w CNN. Ale tak nie jest. Mamy koncepcję nadania giełdzie warszawskiej pewnego wyraźnego, atrakcyjnego w wymiarze ponadlokalnym profilu, jeśli chodzi o branże i typ biznesu obecnego na giełdzie. Jeśli to się powiedzie — mam na myśli między innymi wdrażanie programu działań Innowacyjna gospodarka na GPW — mamy szansę być w miarę regularnie przedmiotem zainteresowania mediów światowych. Nie jest jednak pod tym względem tak źle. Jesteśmy w czołówce europejskiej, jeśli chodzi o rynek IPO i to wywołuje wielkie zainteresowanie mediów drukowanych i elektronicznych w Europie.
Jakie pomysły, zaczerpnięte z innych giełd lub własne, będzie chciał pan zrealizować w kolejnych latach na GPW? Jaki prognozuje pan wzrost kapitalizacji GPW w najbliższych 3-5 latach?
Jest jeszcze wiele do zrobienia. Działamy według precyzyjnego planu. Mamy konkretną wizję rozwoju głównego rynku GPW i New Connect. To są dwa główne motory pchające rynek w kierunku celu, jakim jest giełda o znaczeniu regionalnym. Zapewne dojdzie do tego jeszcze jeden rynek. O szczegółach nie chcę na razie mówić.
...o debiutach
Jakie w tym roku szykują się największe debiuty na GPW?
Jeden właśnie się odbył. Chodzi o zakończoną pełnym sukcesem ofertę sprzedaży akcji Cyfrowego Polsatu. Właśnie pojawiła się na giełdzie spółka z Czech, NWR. Jest to bardzo duża firma, która będzie notowana na trzech giełdach, ale sądzę, że mamy szanse na realizowanie poważnego obrotu w Warszawie. Oczywiście spółki pochodzące z prywatyzacji z PGE na czele, będą należały do grupy wielkich debiutów w sensie wartości. Ale chcę podkreślić, że o znaczeniu gieł- dy w gospodarce decyduje nie tylko jej atrakcyjność dla największych przed- siębiorstw, ale także dla mniejszych.
Czy ma pan pomysł, aby ściągnąć zagranicznych inwestorów z kapitałem na warszawski parkiet? Wyraźnie widać, że krajowi inwestorzy nie poradzą sobie z coraz to większą liczbą debiutów i chęcią zdobywania ogromnych kapitałów przez debiutantów.
Tak, działamy także w tym kierunku. Zwiększa się liczba zagranicznych członków Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Poza tym docieramy bezpośrednio do inwestorów w Europie Zachodniej i w USA. Są to inwestorzy instytucjonalni, na przykład stosunkowo niewielkie, choć często duże jak na warunki polskie, firmy zarządzające aktywami, a także indywidualni. Spotykamy inwestorów, którzy są zainteresowani polskimi akcjami. Nie wiedzą jednak, jak zawrzeć transakcję. Na danym rynku nie są bowiem aktywni brokerzy, którzy mają opanowany techniczny dostęp do GPW, z wykorzystaniem pośredników, nie mówiąc o dostępie bezpośrednim. Te problemy, z którymi szczególnie mocno spotkaliśmy się w USA, będziemy rozwiązywać.
...o hossie...
Wydaje się, że ekonomia krąży wokół trzech punktów ziemi: Tokio, Londynu i Nowego Jorku. W jakim stopniu wirtualna Polska jest zabezpieczona przed ryzykiem globalnych spekulacji i złymi informacjami z tych trzech punktów globu?
Myślę, że pani metafora to skrótowy opis globalizacji rynków finansowych. Jest to metafora, bo tych punktów jest znacznie więcej. Polska też jest takim punktem, chociaż ma za mało siły, nawet łącznie z całym regionem środkowowschodniej Europy, żeby wpływać na procesy gospodarcze w skali globalnej i jest głównie receptorem wpływów pochodzących z naszego otoczenia. Wpływy te mogą być niewielkie na gospodarkę jako całość. Na rynek giełdowy zawsze mają oddziaływanie, bo na GPW mamy bardzo silną obecność inwestorów globalnych. Tak wyjaśniam sobie to zjawisko, że nasza giełda, poddając się turbulencjom w pierwszych tygodniach 2008 r., straciła przejściowo swą funkcję barometryczną w stosunku do polskiej gospodarki, która miała się i ma dużo lepiej niż giełda w styczniu czy w lutym 2008 r.
Czemu pana wypowiedzi, dotyczące sytuacji na warszawskiej giełdzie, tryskają wprost optymizmem? Czy nie będzie się pan czuł moralnie odpowiedzialny za hipotetyczne straty drobnych inwestorów w przypadku kontynuowania trendu spadkowego?
Nic takiego nie miało miejsca. Jeżeli wypowiadam się optymistycznie, to mówię dlaczego. W wielu wypowiedziach mówiłem też, że rekordy indeksów wcale mnie nie cieszą, bo są często zwiastunem problemów. Ważny jest nie rekord taki czy inny, ale zrównoważony rozwój rynku. Mówiłem też, że zupełnie mnie nie pasjonuje, jaki będzie poziom indeksu pod koniec roku, na przykład 2007, lecz jaki będzie stan rynku pierwotnego, stan infrastruktury, konkurencyjność sektora firm inwestycyjnych, stan regulacji i dziesiątki tego typu spraw.