Ustawa weszła w życie o północy 26/27 listopada, a we wtorek 1 grudnia Rada Ministrów przyjmie pakiet rozporządzeń tworzących nowe resorty. Dotychczas bowiem funkcjonował dualizm — prezydent powołał 16 listopada konstytucyjnych ministrów, ale dla kilku utworzenie obsługujących ich urzędów odsunęło się aż o dwa tygodnie. Na przykład wicepremier Mateusz Morawiecki funkcjonuje jako minister rozwoju, ale na gmachu „mincówki” nadal widnieje napis Ministerstwo Gospodarki, podobnie na pieczęciach, firmówkach etc.

Zakończenie tworzenia ministerstw oznacza nie tylko formalne zakończenie częściowej prowizorki. Wypada wyrazić nadzieję, że od tej pory projekty ustaw ważnych dla gospodarki oraz finansów publicznych będą trafiały do Sejmu wyłącznie normalną ścieżką — z Rady Ministrów, po rozpatrzeniu przez Stały Komitet Rady Ministrów, koniecznych uzgodnieniach międzyresortowych i konsultacjach, z uczciwą oceną skutków regulacji. Od początku kadencji nowi władcy forsują wszystko błyskawiczną ścieżką poselską, nie tylko w wojnie o Trybunał Konstytucyjny, ale np. także finansową ustawę dotyczącą odchodzących prezesów spółek skarbu państwa. Skompletowanie ministerstw musi zakończyć szkodliwy dla państwa proceder wrzucania projektów ustaw z centrali PiS przy ulicy Nowogrodzkiej prosto do pierwszego czytania w Sejmie, a najlepiej od razu do trzech czytań w jeden dzień. Po drodze muszą zakotwiczyć i zostać poddane rzetelnej obróbce w kancelarii premiera przy Alejach Ujazdowskich.