Ustawa o dochodach jednostek samorządu terytorialnego okazuje się najtrudniejszym i zarazem najbardziej pechowym przedsięwzięciem legislacyjnym III Rzeczypospolitej. Ostatni raz udało się ją uchwalić 26 listopada 1998 r., od razu z założeniem prowizoryczności — tylko na lata 1999-2000. Potem koalicja AWS-UW z roku na rok przedłużała jej ważność, wciąż obiecując przygotowanie porządnej, systemowej ustawy na lata. Wreszcie rzutem na taśmę, 25 sierpnia 2001 r. odchodzący parlament uchwalił nową ustawę, ale została ona 18 września zawetowana przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, w pakiecie innych ustaw powiększających dziurę budżetową — i odeszła w niebyt. Nowa koalicja SLD-UP-PSL przedłużała żywot prowizorki, łącznie trwającej już pięć lat — 1999-2003.
Podstawowym problemem tej ustawy jest UCZCIWY podział publicznych pieniędzy między centralę i sektor rządowy a samorząd terytorialny. Od kilku lat w Polsce rzeczywiście postępuje decentralizacja władzy, ale tylko w zakresie przekazywania w dół formalnych uprawnień i obowiązków, bez pieniędzy! Art. 167 ust. 1 Konstytucji RP — zgodnie z którym „Jednostkom samorządu terytorialnego zapewnia się udział w dochodach publicznych odpowiednio do przypadających im zadań” — pozostaje zapisem martwym. Według samorządowców, rządowy projekt nowej ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego — którego pierwsze czytanie Sejm przeprowadził wczoraj — nie tylko ich finansowej mizerii nie poprawia, a wręcz przeciwnie.
Ustawa jest jednym z filarów „Programu Naprawy Finansów Publicznych” autorstwa wicepremiera Grzegorza Kołodki. Miałaby wejść w życie 1 stycznia 2004 r., tym razem bez określonego terminu wygaśnięcia ważności. Jednak nie może być traktowana jako akt stabilizujący dochody samorządów. Rząd z góry założył, iż w tym roku możliwy do uchwalenia jest tylko tzw. model przejściowy, na lata 2004 i 2005. Docelowy system finansowania samorządu terytorialnego mógłby zostać wprowadzony nie wcześniej niż w roku 2006. Mamy zatem do czynienia z kolejną prowizorką...