Trafiają się nieuczciwi rolnicy, lekarze, księża, biznesmeni. Dziennikarze — też. I prawnicy nie są wolni od stadka czarnych owiec, które — zamiast o twoje — dbają o własne interesy.
Syn starego mecenasa wraca z pierwszej rozprawy i od progu woła: „Tato! Wygrałem sprawę, którą ty ciągnąłeś latami!”.
Ojciec załamuje ręce: „Durniu! Dzięki niej wyszedłem na ludzi, zbudowałem dom i jeszcze ciebie wykształciłem!”.
Ten branżowy dowcip od lat krąży w prawniczym światku. Są jednak juryści, którzy nie widzą w nim nic do śmiechu. Może dlatego, że zawdzięczają swój materialny status przede wszystkim sprytowi, a nie mozolnej, mrówczej pracy. Sposób na klienta, czy raczej jego portfel, mają zarówno adwokaci, radcy prawni, jak i — bywa — sieciowe kancelarie prawnicze.
O politykach ludzie na ulicy mówią: „Wszyscy kradną!”. Emocje. I nieprawda... Nie pragniemy stwarzać wrażenia, że wydrwigrosze wśród prawników dominują. Chcielibyśmy wierzyć, że jest ich garstka... Co jednak robić, gdy człowiek natknie się na takiego ancymonka?
Stawki jak szybowce
Tak jak nic nie jest stałe w przyrodzie, tak i stawki prawników nie są jednakowe. Raz szybują w górę, raz pikują w dół.
Z prawnikiem spryciarzem najtaniej rozmawia się do momentu, gdy nic nie wie o przedsiębiorcy. Po bliższym poznaniu zaczyna się bardziej interesować klientem. Uruchamia „wywiad środowiskowy” — kto to jest: czyli ile ma na koncie. Gdy dużo, wówczas wynagrodzenia momentalnie szybują w górę.
— Gdy poszedłem do kancelarii incognito „z ulicy”, zaproponowano mi stawki na zupełnie przyzwoitym poziomie. Ucieszyłem się... W miarę upływu czasu, gdy coraz częściej pojawiałem się w kancelarii, a jej prawnicy — w moim gabinecie, ku mojemu zdziwieniu stawki niepomiernie wzrosły. Na moje pytanie, dlaczego tak się stało, jeden z prawników zarzucił mi, że przecież nie powiedziałem mu o sobie wszystkiego. Natychmiast zrezygnowałem z dalszej współpracy... Taka sytuacja zdarzyła mi się dwukrotnie: raz chodziło o znaną kancelarię z Warszawy, drugi raz o największą lokalną — opowiada Józef Marglem, prezes Chłodni Olsztyn w Olsztynie.
Bywa jednak, że „na dzień dobry” stawka kancelarii jest mocno wyśrubowana, ale po pewnym czasie — radykalnie spada.
— Na początku lat 90., gdy do Polski wchodziły duże koncerny zagraniczne, stawka 400 czy 500 dolarów za godzinę pracy prawnika dużej kancelarii sieciowej była normalna, bo takie opłaty obowiązywały na Zachodzie — i zachodnie koncerny wkraczające do Polski były do nich przyzwyczajone. Ale „złota era” już się skończyła. Mimo tego większość dużych kancelarii nie chce się pogodzić z faktem, że rynek „zbiedniał” i — dla zachowania prestiżu — nadal liczy sobie jak za dawnych lat — twierdzi Piotr Brudnicki, niezależny prawnik.
Dziś niektóre z dużych międzynarodowych kancelarii nadal twierdzą, że za godzinę pracy swego prawnika biorą 300 czy nawet 500 dolarów — gdy w rzeczywistości od dawna nie miały klientów, których byłoby na to stać. Muszą zadowalać się stawkami 100-200 dolarów za godzinę... W środowisku to znana prawda, owiana tajemnicą zawodową. O tym się — po prostu — nie mówi.
— Częstą praktyką niektórych dużych kancelarii jest zlecanie zadań małym, lokalnym kancelariom, które za te same czynności liczą sobie nierzadko 50 procent ceny — dodaje jeden z prawników kancelarii Grynhoff, Haładziński, Woźny.
Prestiż, choćby dla pozorów, to jeszcze nic zdrożnego. Rzecz w tym, że część prawników stosuje triki, kruczki i fortele, by wydatnie powiększyć końcowy rachunek. Można się przed nimi ustrzec — pod warunkiem, że ma się ich świadomość.
Klepsydry i podpuszczacze
Klepsydry i substytuty, podpuszczacze lub załatwiacze — trafić na któregoś, to jak wrzucić wypchany portfel do śmietnika.
Tak zwana klepsydra jest rodzajem wyjątkowo pasywnego prawnika, który bierze od klienta pieniądze, pojawia się na rozprawach, odbywających się co kilka miesięcy (najbezczelniejsi nawet pojawić się nie raczą), zdarza mu się raz czy dwa zabrać głos, stara się sprawę przeczekać — i w efekcie ją przegrywa (jeśli z rzadka wygrywa, to dlatego że sąd sam, bez faktycznej pracy takiego mecenasa, uznał racje jego klienta). To kozi róg, bo nie sposób odebrać zapłaconych z góry pieniędzy ani przymusić takiego prawnika do działania.
— Dlatego lepiej decydować się na płatności z dołu — lub przynajmniej w takiej części, która odzwierciedla zaangażowanie prawnika — radzi Andrzej Siwek, radca prawny kancelarii Siwek Gaczyński.
Nie dajmy się nabrać na „zniżki” lub „dobrą wolę” prawnika, gdy twierdzi, że sprawa powinna kosztować — na przykład — 5 tys. zł, ale przy zapłacie z góry — już tylko 3 tysiące, bo — załóżmy — tak naprawdę tyle właśnie (średnie ceny rynkowe) kosztuje ta robota. Warto pamiętać, że sprawy w polskich sądach trwają i trwają — niekiedy bardzo długo. Gdy na przykład po 2 latach pan mecenas musi wybrać się na kolejną rozprawę, trudno liczyć na jego wigor i mobilizację, skoro dawno już wydał pieniądze pobrane za swoje usługi. To nawet zrozumiały mechanizm psychiczny...
A co, kiedy prawnik lub kancelaria zarabia na renomie czy nazwisku, nadużywając instytucji substytutu? Substytut to inny prawnik, który idzie na rozprawę zamiast prawnika podstawowego, do którego klient zwrócił się z prośbą o reprezentowanie go przed sądem. Wielu znanych mecenasów ucieka przed sprawami, cedując je na współpracowników — nie bacząc, że klienci zdecydowali się zapłacić właśnie im — niekiedy horrendalne — honorarium, by osobiście zajęli się ich sprawą i reprezentowali ich podczas rozpraw.
— Substytucja jest bardzo często nadużywana, zwłaszcza przez duże i znane kancelarie prawnicze lub renomowanych prawników. Niestety, wielu klientów nie rozumie pojęcia substytucji. Tymczasem można jej uniknąć, zaznaczając w pełnomocnictwie jej wyłączenie. Niedawno byłem świadkiem sytuacji, gdy klienci wynajęli znanego adwokata, zapłacili mu niezwykle wysokie honorarium, a tymczasem na rozprawę zamiast niego przyszedł kompletnie nieprzygotowany aplikant, którego zachowanie na sali było żenujące... — twierdzi jeden z warszawskich radców prawnych.
Fakt, może się zdarzyć, że prawnik podstawowy na przykład zachoruje, jest na urlopie, następuje kolizja terminów kilku rozpraw — i zastępstwo jest konieczne. Wówczas substytut nie jest nieetyczny. Rzecz jasna: niezwykle istotne także, kto zastępuje szefa, bo może to być zarówno znakomity fachowiec, jak i „dziecko we mgle”. Ale warto i — co najmniej — wypada: o szczegółach poinformować klientów, bo nie każdy z nich musi mieć tego świadomość.
Zawiłe prawo i gąszcz paragrafów często ułatwia prawnikom ich dowolną interpretację, a nierzadko również naginanie prawa. Bywa, że na niekorzyść klienta.
To tajemnica poliszynela, że niektóre kancelarie prawnicze celowo podpuszczają klientów, sugerując im pewną wygraną w sądzie. Rzeczywistość weryfikuje jednak te zapewnienia, lecz prawnicy i tak inkasują honorarium, tłumacząc się, że „takie jest w Polsce prawo”.
— Pozostawałem w sporze ze wspólnikiem. Prawnicy ze znanej warszawskiej kancelarii po prostu podpuścili go, by się ze mną sądził, obiecując, że za odpowiednio duże pieniądze są w stanie zinterpretować na jego korzyść niemal każdy przepis. Dwie kancelarie, jego — znana warszawska i moja — mała lokalna, w skrajnie różny sposób zrozumiały i komentowały te same artykuły kodeksu spółek handlowych. Ekspertyzy prawne jego kancelarii okazały się zupełnie rozbieżne z wyrokiem sądu. Zapłacił kilkaset tysięcy złotych, ja — kilkadziesiąt — wspomina Józef Marglem.
Załatwiacze i układowcy
Pod logo kancelarii Siwek Gaczyński widnieje sentencja: „Rozwój w zgodzie z prawem”.
— Dajemy sygnał, by do naszej kancelarii nie przychodził nikt, komu prawnik ma służyć jako narzędzie nieuczciwości — mówi mec. Andrzej Siwek.
Bywa że niektórzy prawnicy wchodzą w układ z klientami, podejmując się spraw z pełną świadomością, że ich klienci nie mają racji. To tzw. załatwiacze.
— Kilkakrotnie klienci złożyli mi propozycje, że po wygranej sprawie otrzymam część zasądzonej kwoty. Kilka miesięcy temu zwrócił się do mnie przedsiębiorca w sprawie czeku in blanco, który otrzymał od kontrahenta. Zamiast 40 tys. zł wpisał na nim 70 tys. zł... Moim zadaniem miało być poświadczenie nieprawdy i oszukanie sądu — za co klient obiecywał 15 tys. zł. Nie podejmuję się udziału w takich sprawach, ale wiem, że są prawnicy, którzy pieniądze cenią bardziej niż etykę zawodową — twierdzi jeden z warszawskich radców prawnych, pragnący zachować anonimowość.
Taka synergia między nieetycznymi prawnikami i nieuczciwymi przedsiębiorcami nie należy do rzadkości, ale w obu środowiskach owiewa ją zmowa milczenia.
Paradoksalnie: co dla jednych przedsiębiorców jest zmorą, dla innych bywa złotym cielcem. Zdarza się, bowiem, że sami biznesmeni świadomie zatrudniają nieetycznych prawników, by zyskać określone profity bądź w kontaktach z innymi przedsiębiorcami, bądź z klientami.
— Wiele umów jest tak skonstruowanych, że w efekcie druga strona płaci więcej, niż się spodziewała. Dlaczego? Bo prawnicy świadomie umieszczają w nich nieuczciwe zapisy. Podkreślam: nie omyłkowo, świadomie! Dopiero po ingerencji np.: organizacji konsumenckich zapisy te znikają z dokumentów. Niejeden bank czy biuro turystyczne zmuszone były do usunięcia tzw. niedozwolonych klauzul z umów z klientami. Nie byłoby ich, gdyby prawnicy, którzy je przygotowywali, kierowali się etyką zawodową — twierdzi Siwek.
Układy
Wśród wielu przedsiębiorców panuje przekonanie, że nie można wygrać sprawy, nawet gospodarczej, jeżeli do sądu nie pójdzie się z adwokatem z palestry. Innymi słowy: że środowisko prawników jest skorumpowane. Takiemu przeświadczeniu sprzyja jego hermetyczność.
— Ludzie z palestry znają się od lat, często znają ojców i synów obecnych adwokatów. To taka grupa zawodowo-towarzyska... Kiedyś w jednej z restauracji zauważyłem, jak przy jednym stole biesiadowali szef miejscowej palestry, prokurator i sędzia. W małym mieście. Zastanawiałem się potem, ile spraw wspólnie ułożyli i za jakie pieniądze — mówi przedsiębiorca z niewielkiego miasta w Wielkopolsce.
Czy to tylko podejrzenia, wynikające choćby z goryczy po przegranej sprawie? Bo przecież tylko z tego z powodu, że ktoś z kimś razem studiował prawo albo że łączy ich krąg towarzyski, sama z siebie zmowa jeszcze nie wynika.
— Kiedyś sędzia zapytał mnie przed rozprawą wprost: „Pan, na takim stanowisku i dopuścił do sprawy?!” — wspomina Józef Marglem.
Zdarza się, że prawnicy wymuszają na klientach wynajęcie określonego obrońcy. W przeciwnym razie — straszą — biznesmen nie ma szansy na wygraną w sądzie.
— Nie dałam działki dla adwokata z góry — no to na ostatnią rozprawę przyszła aplikantka, która nawet nie miała akt sprawy w ręku. Musiałam bronić się sama. Doszło do tego, że w sprawach proceduralnych pomagał mi prawnik przeciwnej strony! — twierdzi Beata Kowalska, architekt z Warszawy.
Zawyżanie rachunków
To częste — przedsiębiorcy, którzy choć raz zetknęli się z kancelarią prawną, twierdzą to samo: koszą jak za zboże. Mimo i tak już wysokich stawek, prawnicy mają wiele sprytnych sposobów, aby wyciągnąć od klienta jeszcze krocie. Jednym z nich jest przeciąganie sprawy i tłumaczenie się „niewydolnością polskiego sądownictwa”.
Rzecz w tym, że większość umów zakłada rozliczenie godzinowe (rzadko „za dzieło”), dlatego nawet najdrobniejsza czynność może być wyliczona z dokładnością do 1/10 godziny. Prawnik kancelarii liczącej sobie 100 euro za godzinę pracy, za 20-minutowe wystąpienie przed sądem policzy więc sobie około 33 euro. Ale bywa, że zanim dojdzie do jego wystąpienia, kancelaria „zmuszona jest podjąć wiele działań natury technicznej” — jak przygotowanie pisma procesowego. Rzadko kiedy czynność tę wykonuje sam prawnik, a zazwyczaj ktoś niższy rangą — np. aplikant. Jeżeli więc napisanie takiego pisma zajmie aplikantowi również 20 minut, to czy klient zostanie obciążony również kwotą 33 euro? I tu tkwi kruczek, bo… tak!
— Większość klientów nie zwraca uwagi na to, jak liczony jest czas, za który płacą kancelarii. W efekcie zdarza się, że płacą jej tyle samo za napisanie pisma przez sekretarkę czy dojazd prawnika do sądu, jak za wystąpienie renomowanego mecenasa przed sądem... Dla klienta najlepiej byłoby, gdyby kancelaria ustaliła w umowie osobną stawkę za czynności techniczne — czyli za czas poświęcony danej sprawie, ale niezwiązany z merytoryczną stroną pracy prawnika — twierdzi Andrzej Siwek.
Owszem, byłoby najlepiej — tyle że klienci wielu kancelarii o tym nie wiedzą. Nie wiedzą, że wiele czynności technicznych wykonują nie prawnicy, lecz ich asystenci, aplikanci, a nawet sekretarki lub gońcy, a mimo to nieświadomie płacą im, jak renomowanym prawnikom.
Warto zwrócić uwagę na sposób, w jaki kancelarie liczą sobie za czas dojazdu swoich prawników. Wielu klientów firm prawniczych nie zdaje sobie sprawy, że płacą za dojazd prawnika do siedziby ich firmy. Jeżeli więc taksówka z naszym prawnikiem utknie w korku na pół godziny, musimy za to zapłacić. Rada? Jedna: umawiać się w kancelarii.
Może się też zdarzyć, że jeżeli rozprawa trwa 30 minut, a dojazd do sądu zabiera w obie strony godzinę, klient zapłaci za półtorej godziny pracy prawnika! Różne kancelarie inaczej rozwiązują ten problem.
— W naszej kancelarii liczymy sobie czas przejazdu w jedną stronę i nie doliczamy kosztów przejazdu — twierdzi Siwek.
A gdy prawnik np. z Warszawy ma reprezentować klienta na rozprawie w Poznaniu? Rozprawa trwa powiedzmy 2 godziny, ale dojazd — w sumie 6 godzin. Czy w takim razie klient powinien zapłacić za to, że mecenas 6 godzin spał w pociągu?
— Gdy chodzi o wyjazd prawnika na cały dzień, nasza kancelaria stosuje ryczałt: klient płaci za 6 godzin — mówi Siwek.
Niektóre duże kancelarie, chcąc być fair wobec klientów, po ukończeniu dosłownie każdej, nawet najdrobniejszej czynności wysyłają do nich faks z potwierdzeniem, by na koniec miesiąca dołączyć je do zestawienia zbiorczego i rachunku. Takie — wydawałoby się absurdalne wręcz procedury — stosują zwłaszcza kancelarie zachodniej proweniencji.
Klienci zawsze powinni ustalić, ile czasu — w przybliżeniu — zajmie kancelarii załatwienie ich sprawy i dopilnować, by prawnicy informowali ich o wykonywanych czynnościach. W przeciwnym razie może się okazać, że sprawa nie będzie kosztować 3000 euro, a — na przykład 30 000 euro...
Częstą praktyką jest omawianie interesów podczas lunchu. Na 90 procent: jego koszt zostanie doliczony do końcowego rachunku wraz z honorarium prawnika...
Nie tylko lunch. Nawet jeżeli twój prawnik dzwoni do ciebie w prostej sprawie, robi to na… twój koszt. Niektóre kancelarie liczą koszt każdej rozmowy telefonicznej, każdego faksu, a nawet kopii ksero. Ułatwiają im to specjalne programy. Każdy klient ma kod, od którego należy rozpocząć wybieranie numeru telefonu lub wykonanie kopii ksero. Program zlicza następnie długość trwania rozmów i liczbę kopii, sporządzając na koniec słony rachunek.
— Moja kancelaria przedstawiła mi kiedyś rachunek za rozmowy telefoniczne. Dosłownie każdą sekundę takiej rozmowy przemnożono przez wskaźnik, daleki od stawki operatora telekomunikacyjnego. Wysyłka każdego faksu kosztowała 20 czy 30 złotych. Zdziwiło mnie to — tym bardziej że za godzinę pracy kancelaria liczyła sobie kilkaset euro — twierdzi Marek Kołakowski, właściciel fabryki mebli Mebelplast.
— Gdy zaczynałem karierę w naszej kancelarii, często byłem świadkiem sytuacji, gdy w czasie długich narad wysyłano sekretarkę do „chińczyka” po obiad dla kilku osób, a potem rachunek dołączano do teczki klienta — twierdzi prawnik jednej z największych kancelarii w Warszawie.
Gdy końcowy rachunek wyda się za niski, zawsze można go podbić, doliczając honorarium za „konsultacje wewnętrzne” bez udziału klienta.
— To częsty trik, bo klient nigdy nie ma możliwości zweryfikowania, czy rzeczywiście rozmawiano o jego sprawie, czy robiono listę świątecznych zakupów — twierdzi prawnik z Warszawy.
Dodatkowi prawnicy
W filmie „Erin Brockovich” bohaterka zjawia się na sali rozpraw w towarzystwie robotników przebranych za prawników, by dodać sobie animuszu — i zbić z tropu drugą stronę, reprezentowaną przez kilku adwokatów. To wybieg, ale często zdarza się tak, że klient nieświadomie płaci za dodatkowych mecenasów. Warto zatem liczyć nie tylko godziny, ale i… samych prawników.
— Duże kancelarie bardzo często mają zwyczaj wysyłać na spotkanie z klientem 2-3, a niekiedy nawet 4 prawników. Klient z reguły jest zachwycony, prawnicy — też, bo każdy dostanie osobne honorarium, które zapłaci klient, choćby nawet rozmawiali o pogodzie — twierdzi prawnik — pracownik jednej z największych warszawskich kancelarii.
Skoro nasz prawnik musi konsultować się z dwoma innymi, to oznacza, że sam sobie nie radzi ze sprawą. Dlaczego jego klient ma za to płacić? Jeżeli 2 prawników twierdzi, że musiało zorganizować burzę mózgów, w której udział wzięło jeszcze 3 ich kolegów, to znaczy, że we dwóch miało zbyt małą wiedzę, by coś wiedzieć. Za takie konsultacje nie należy płacić pozostałym uczestnikom takiego spotkania.
— Klient może ustalić z kancelarią akceptowaną przez niego liczbę prawników jednocześnie zajmujących się jego sprawą. W umowie należy to jasno określić. Inaczej może się okazać, że nad sprawą pracowało kilku prawników lub też prowadzono ją w szerszym gronie, co pociąga dodatkowe koszty. Idzie o to, by konsultacje w szerszym gronie — co przy trudnych sprawach nieodzowne — klient zaakceptował zawczasu — sumuje Siwek.
Warto jednak wiedzieć, że nie zawsze jeden prawnik prowadzący sprawę, to dobry wybór. Bo co, gdy zachoruje? Dlatego wiele kancelarii na własny koszt wysyła na spotkania z klientem dodatkowego prawnika — dla własnego bezpieczeństwa. A w sprawach trudniejszych kancelarie mogą zasugerować klientowi udział nawet kilku prawników, z których każdy jest specjalistą w wąskim obszarze prawa.
— Gdy na przykład sprawę musi prowadzić 2 prawników, nasz klient zapłaci nie dwa, lecz 1,5 honorarium. I zawsze jest o tym informowany przed faktem, nigdy — po — mówi mec. Siwek.
Prawnik na wylocie
Nikt nie wie, ilu prawników utraciło prawo do wykonywania zawodu z powodu nieetycznej postawy. Od samych prawników dowiedzieliśmy się, że takich przypadków było wiele.
— Niestety — za mało! Wiele spraw jest po prostu niewłaściwie, czy połowicznie wyjaśnianych przez same korporacje. Prawnicy, mimo że działali nieetycznie, często na szkodę klienta, nadal wykonują swój zawód. Dotyczy to zwłaszcza zasłużonych prawników — twierdzi znany warszawski radca prawny.
Jednym z takich zatuszowanych przypadków była historia znanego radcy prawnego, który — mając pełnomocnictwo klienta do zakupu kilkunastu atrakcyjnych działek — wykupił na podstawioną osobę jedną z nich, ale o kluczowym znaczeniu dla całej transakcji. Za jej odsprzedaż zażądał 400 procent wartości, około miliona złotych. Klient dowiedział się o tym pocztą pantoflową...
Zdarza się, że prawnicy dopuszczają się nie tylko działania na szkodę klienta, ale wręcz przestępstw. W środowisku wiele mówi się, jak to w jednej z kancelarii młodzi aplikanci adwokaccy, którym patron nakazał załatwienie sprawy, do tego stopnia przejęli się rolą, że… pobili dłużnika swego klienta. Stracili pracę.
Pozwać prawnika?
Rzadko się zdarza, by niezadowolony przedsiębiorca pozwał do sądu prawnika, żądając od niego zadośćuczynienia, na przykład odszkodowania. Rzadko też zdarza się, aby prawnik z własnej woli występował w sprawie przeciw drugiemu prawnikowi. Zawodowa solidarność. Od tego są adwokaci z urzędu...
— Nie zetknąłem się jeszcze z takim przypadkiem ani nawet z oczekiwaniem klienta, by pozwać jakiegokolwiek innego prawnika. Nawet jeżeli klienci byli niezadowoleni z poczynań swoich kancelarii, to fakt, że zerwali z nimi współpracę, wyczerpywał ich roszczenia — mimo że w wielu przypadkach można było postawić zarzuty zaniedbania — twierdzi Siwek.
Co przedsiębiorcy mogą zarzucić prawnikom, to przede wszystkim niedbałość o sprawy klienta, nierzetelność, niedopełnienie terminów — wskutek czego doszło do utraty określonych uprawnień bądź pogorszenia sytuacji. I właściwie nic więcej! Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce:
— Sprawa jest niezwykle skomplikowana, bo nawet jeżeli prawnik nie dotrzymywał terminów czy na przykład zgubił ważne dla sprawy dokumenty, wcale nie przesądza, jaki byłby wyrok sądu. Wówczas ewentualne dochodzenie od prawnika odszkodowania musiałaby poprzedzić symulacja, czy prawnik ten miał w ogóle szansę cokolwiek wygrać w danej sprawie — twierdzi Siwek.
Tym bardziej że i tu tkwi paradoks: prawnik pracujący źle, obcinający możliwość dalszego działania może okazać się dla klienta błogosławieństwem, gdyż ten nie musi mu dalej płacić w sprawie, której i tak by nie wygrał. Zdaniem Piotra Brudnickiego, bardzo często się bowiem zdarza, że klienci upierają się przy sprawach, w których nie mają racji. Niemniej:
— Jeżeli prawnik świadomie przyjmuje sprawę, o której z góry wie, że nie ma podstaw prawnych do dochodzenia roszczenia, nie powinien takiej sprawy przyjąć. A jeżeli już — to po czytelnej informacji dla klienta: „ta sprawa — moim zdaniem — jest beznadziejna. Zrobię wszystko, by ją wygrać, ale nawet jeśli tak się stanie, będzie to dziełem przypadku” — wskazuje mec. Brudnicki.
W Olsztynie kilku najlepszych adwokatów podjęło się obrony grupy przestępców, wymuszających w mieście haracze. Mecenasi „wpadli we własne sidła”, gdyż kazali sobie zapłacić z góry bardzo wysokie honoraria, „gwarantując” klientom pewne uniewinnienie. Nie przewidzieli jednak, że zarówno prokuratura jak i sąd staną na wysokości zadania — i wszystkich oskarżonych poślą do więzienia na wieloletnią odsiadkę. Dziś znajomi tych przestępców żądają od ich adwokatów zwrotu pieniędzy. Doszło już do pobicia jednego z mecenasów. Pozostali boją się o życie...
Wielu prawników wciąż przypomina bohatera słynnego filmu Olivera Stone’a „Wall Street” finansisty Gekko, granego przez Michela Douglasa. Tak jak on wyznają zasadę, że „greed is right, greed is good, greed works („w chciwości nie ma nic złego, chciwość jest dobra, chciwość daje rezultaty”). Problem, że istnieje pojęcie etyki zawodu prawnika, z którym ta zasada nie ma nic wspólnego.
