Przeklęty biznes

  • Alina Treptow
opublikowano: 20-01-2016, 22:00

Osocze napsuło krwi — państwu, urzędnikom, przedsiębiorcom i inwestorom. Tym razem fatum dopadło Biomed, któremu grozi upadłość

Od ponad 20 lat nad polskim osoczem (składnikiem krwi wykorzystywanym m.in. do produkcji leków krwiopochodnych) wisi fatum. O idei wybudowania w Polsce fabryki (osocze najlepiej pozyskiwać z krwi populacji, dla której przeznaczone są leki) głośno zrobiło się w 1995 r., gdy został wyłoniony podmiot, który miał zrealizować inwestycję — Laboratorium Frakcjonowania Osocza (LFO). Budowa miała być finansowana kredytem udzielonym przez konsorcjum banków, na który gwarancji udzielił w ostatnich dniach urzędowania rząd Włodzimierza Cimoszewicza.

Waldemar Sierocki, prezes Biomedu- Lublin, od 
kilku lat przekonuje, że mieleckie laboratorium jest bardzo potrzebne. 
Obecnie nasze osocze jest frakcjonowane np. we Francji. Alarmuje, że 
Polska jest jedynym krajem europejskim, który nie ma własnego 
laboratorium.
Zobacz więcej

POLSKA- FRANCJA-POLSKA:

Waldemar Sierocki, prezes Biomedu- Lublin, od kilku lat przekonuje, że mieleckie laboratorium jest bardzo potrzebne. Obecnie nasze osocze jest frakcjonowane np. we Francji. Alarmuje, że Polska jest jedynym krajem europejskim, który nie ma własnego laboratorium. Marek Wiśniewski

Skończyło się aferą, bo zamiast fabryki powstały dwie hale, a państwo musiało zwrócić bankom 61 mln zł (Wiesław Kaczmarek, ówczesny minister gospodarki, oskarżany przez prokuraturę o wydanie nierzetelnej opinii, został uniewinniony dopiero w marcu 2012 r.). Przez kilka lat syndyk nie mógł znaleźć kupca na upadłe LFO. Drugie życie idea zyskała dzięki firmie Biomed-Lublin Wytwórnia Surowic i Szczepionek, która w 2009 r. przejęła niedokończoną inwestycję. Inwestor robił, co mógł, by odciąć się od aferalnej przeszłości projektu. W 2011 r. zapowiedział 200 mln zł nakładów i zatrudnienie około 200 osób. Nie zdołał jednak odwrócić fatum — właśnie złożył wniosek o upadłość. A laboratorium, jak nie było, tak nie ma…

Krew inwestorów

Giełdowa spółka ma problem z płynnością — przede wszystkim w wyniku ryzyka utraty dotacji, które trafiały do niej za pośrednictwem Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP). Biomed otrzymał 30 mln zł zaliczek, z których powinien się rozliczyć do końca 2015 r. PARP zakwestionowała jednak rozliczenie i zarzuciła spółce niedotrzymanie harmonogramu realizacji projektu. O przedłużeniu terminu nie chciała słyszeć. Tuż przedtem z finansowania projektu wycofał się jeden z banków uczestniczących w projekcie. „Nie ma możliwości odzyskania dodatkowo zaangażowanych w inwestycję w Mielcu środków obrotowych w kwocie 6,8 mln zł, co skutkuje brakiem płynności finansowej i zagraża niewypłacalnością” — napisała spółka w komunikacie. Bardziej obszernych wyjaśnień nie udzieliła.

— Dla dobra Biomedu do czasu zakończenia postępowania w sądzie nie będę komentował sprawy — ucina Waldemar Sierocki, prezes Biomedu-Lublin. Kurs akcji poleciał na łeb na szyję. Kapitalizacja Biomedu, notowanego na głównym parkiecie, wynosi obecnie około 30 mln zł, podczas gdy cztery lata temu, jeszcze na NewConnect, inwestorzy wyceniali spółkę na… ponad 240 mln zł. Liczyli wówczas na spektakularny sukces, zapowiadany na łamach prasy.

Feralna idea

Waldemar Sierocki, prezes Biomedu, liczył, że zakup LFO pomoże firmie wygrać przetarg na narodowego frakcjonatora osocza, ogłoszony w 2011 r., gdy rząd postanowił zrobić drugie podejście do stworzenia polskiego laboratorium. Do wyścigu stanęli międzynarodowi potentaci — amerykański Baxter i szwajcarska Octapharma. Wygrana Szwajcarów nie zniechęciła Biomedu do inwestycji. Spółka, wytwarzająca leki krwiopochodne z osocza przetworzonego we Francji, zapowiadała, że mielecki projekt zapewni jej zwielokrotnienie przychodów. Prognozy zostały na papierze. Podobny los spotkał projekt Octapharmy — laboratorium i fabryka na Pomorzu, które miały kosztować 100 mln EUR i zatrudniać 400-500 osób, nigdy nie powstały, bo inwestor nie uzyskał od państwa gwarancji, że polskie szpitale w pierwszej kolejności będą wybierać jego produkty. Po ucieczce Szwajcarów i klęsce Biomedu idea polskiego osocza prawdopodobnie znów trafi do zamrażarki. Kwestia frakcjonowania cennego surowca w kraju nie jest obecnie priorytetem resortu zdrowia.

— Żadne prace w tym obszarze się nie toczą — mówi Milena Kruszewska, rzecznik prasowy ministra zdrowia.

 

OKIEM EKSPERTA

Ekonomia, nie konieczność

JAKUB SZULC, ekspert sektora ochrony zdrowia w EY

Dobrze mieć w kraju zakład produkujący leki osoczopochodne, wytworzone z krwi danej populacji. Z drugiej strony profile immunologiczne Europejczyków nie różnią się tak bardzo i leki wyprodukowane z osocza Francuzów czy Niemców są tak samo skuteczne jak farmaceutyki z polskiej krwi. Za własną fabryką przemawiają jednak kwestie ekonomiczne — Polska ma nadwyżki osocza, które mogłaby wykorzystać, zamiast utylizować. Niestety, fabryki nie udało się wybudować od ponad 20 lat. Sądzę, że zabrakło woli albo pieniędzy. Obecnie na polskim rynku leków osoczopochodnych trudno byłoby zaistnieć nowemu podmiotowi — tort został już podzielony między dużych, zagranicznych graczy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Alina Treptow

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu