Boże Narodzenie sprzed roku. Wieczorem wzięłam na spacer psa. Było bardzo zimno. Kiedy wracałam, dostrzegłam, że w załomie wejścia do klatki ktoś siedzi. W windzie przypomniały mi się tyle razy słyszane zdania o miłości bliźniego, zbłąkanym wędrowcu, dla którego pozostawia się miejsce przy wigilijnym stole... Masz okazję coś zrobić — pomyślałam.
ZZostawiłam psa w domu i zjechałam na dół. Zapytałam tego człowieka, czy czegoś potrzebuje. Powiedział, że mu zimno i chciałby wejść do klatki, by się trochę ogrzać. Miałam wątpliwości, co powiedzieliby sąsiedzi, ale zaprosiłam go do środka. Usiadł na schodach, skulony, brudny, zaniedbany... Chwilę rozmawialiśmy o adresach noclegowni. Poprosił o herbatę. Poszłam do domu, zrobiłam herbatę, odnalazłam w internecie adresy, które mogłyby mu się przydać. Wręczyłam mu kartkę i dymiący kubek, mówiąc, że może go zatrzymać. Dziękował, grzał dłonie. Po kilku minutach się rozstaliśmy. Następnego dnia rano znalazłam postawiony w kąciku kubek.
Nie widziałam wyraźnie jego twarzy, ale przed kolejnymi świętami wraca do mnie jako symbol. Symbol mojego niewielkiego wysiłku, a jednocześnie przełamania jakiejś bariery w sobie. Każdego dnia mijamy ludzi podobnych do tego z mojej historii i zazwyczaj nic nie robimy. Zazwyczaj. Ale to były święta — symbol ciepła, bycia razem, czas magiczny. Czas, który kazał mi się zatrzymać, zastanowić i wykonać prosty gest, zamiast przejść obok, jak tysiące razy to robię.
Niedługo znowu będą święta pachnące choinką, wibrujące śmiechem i radością spotkań z najbliższymi. A moje myśli biegną do tych, którym nie będzie radośnie, odświętnie i pachnąco. Z różnych powodów. Jedni nie mają domów, drudzy są w swoich domach całkiem sami i zapomniani, jeszcze inni w zapiekłych konfliktach nie ruszą się ze swych skorup. Kolejni poważnie chorują, co może odbierać nadzieję i radość im i ich rodzinom. Życie nie zawsze i nie dla wszystkich jest jednakie.
Kiedy część z nas będzie się ogrzewać w gronie rodziny, inni będą płakali z żalu i samotności. Najczęściej nie mamy na to wpływu, to oczywiste, ale czasem... Gdyby tak nieoczekiwanie wykonać drobny, pozornie nic nieznaczący gest? Takie apele zawsze były dla mnie nieco pozbawione treści w swojej powtarzalności. Niby banalne, wyświechtane, ale może wystarczy zobaczyć w przechodzącej postaci człowieka takiego jak ja? To bardzo wiele i bywa trudne, gdy ten drugi tak radykalnie różni się ode mnie.
Baśń o dziewczynce z zapałkami większość z nas wzruszała. Kiedyś, w dzieciństwie. Mnie bardzo poruszała — dzisiaj myślę, że przede wszystkim poprzez kontrast między zmarzniętą do szpiku kości dziewczynką a ciepłym życiem, oddalonym od niej o grubość witryny, przez którą zaglądała. Andersen bezwzględnie pozbawił ją życia, by coś pokazać. Myślę o tym, jak baśnie bywają blisko życia. Jak często nie chcemy widzieć. Jak bardzo wygodnie nam we własnym świecie.
To wspaniale, że tylu z nas może beztrosko cieszyć się świętami, że są zmartwienia, które można zostawić za drzwiami odświętnych mieszkań i usiąść przy stole z tymi, których kochamy, a oni kochają nas. I to cudowne, że ten czas zbliżenia jest nam dany, że możemy się nim cieszyć kolejny raz.
Może spadnie śnieg, otulając świat niepowtarzalną bielą. Będziemy szli z drzewkami, pakowali prezenty, obserwowali miny obdarowanych i sami będziemy obserwowani. Znowu poczujemy smak dzieciństwa na podniebieniu. W skupieniu podzielimy się opłatkiem, złożymy sobie życzenia.
Zanim to wszystko się wydarzy, życzę każdemu z Państwa tylko tego, co dobre, ciepłe i radosne. Poczucia bliskości i wspólnoty z rodziną, sprzyjających zbiegów okoliczności, spełniających się marzeń — im częściej, tym lepiej, ale też wciąż nowych marzeń do spełnienia. Niech koniec roku będzie początkiem kolejnych sukcesów i niekończącego się szczęścia.
Ale też wszystkim, a więc i sobie, życzę czegoś najprostszego, a jednocześnie tak umykającego i trudnego — uważności na drugiego człowieka. Tego, który najbliżej, znanego, zaprzyjaźnionego, potrzebującego, ale też tego, który jest koło nas zupełnie obcy, inny, pogubiony. Obyśmy umieli dostrzegać się nawzajem, rozumiejąc albo nie, ale z największą życzliwością, na jaką nas stać. l
