Poniedziałek pokazał, że amerykański biznes i inwestorzy autentycznie przestraszyli się efektów wojny handlowej. Indeks amerykańskich spółek narażonych na efekty wzrostu ceł, konstruowany przez Goldman Sachs, spadł od piątkowego do poniedziałkowego popołudnia o 5 proc., czyli najmocniej od początku sierpnia zeszłego roku. To więcej niż w ostatnich dniach tracił analogiczny indeks dla spółek europejskich. Symboliczny może być fakt, że aż o 6,5 proc. taniały w pewnym momencie akcje Tesli, ponieważ inwestorzy obawiali się, że inne kraje uderzą regulacjami i cłami w biznes najbliższego współpracownika prezydenta.
Niezadowolenie dużego biznesu może być jednym z powodów, dla których większość obserwatorów jest wciąż przekonana, że do radykalnej wojny handlowej nie dojdzie. W poniedziałek po południu Donald Trump zdecydował, że przesuwa cła na Meksyk o miesiąc. A jednocześnie notowania na rynku predykcyjnym Polymarket wskazywały, że odwołanie lub zredukowanie ceł na Kanadę do maja ma 70-procentowe prawdopodobieństwo.
Weekendowe rozporządzenie w sprawie ceł było pierwszym negatywnym wstrząsem dla amerykańskiego biznesu, który generalnie pozytywnie podchodzi o perspektyw gospodarczych Stanów Zjednoczonych.
Indeks PMI dla przetwórstwa, czyli najważniejszy wskaźnik bieżącej koniunktury na świecie, zanotował w USA w styczniu wyraźny wzrost – do 51,2 pkt wobec 49,4 pkt w grudniu. Każdy odczyt powyżej 50 pkt oznacza w tym badaniu ankietowym ekspansję. Prowadząca badanie firma S&P Global widzi wyraźny wzrost optymizmu związany ze zmianą polityczną w USA.
Chris Williamson, ekonomista tej firmy, napisał tak: „Nowy rok i nowy prezydent przyniosły nowy optymizm w sektorze produkcyjnym Stanów Zjednoczonych. Zaufanie biznesu co do perspektyw na nadchodzące 12 miesięcy wzrosło do najwyższego poziomu od prawie trzech lat, odnotowując jeden z największych miesięcznych wzrostów w historii badań. Producenci raportują, że niepewność polityczna ustąpiła, a prorozwojowe podejście nowej administracji poprawiło ich perspektywy”.
Łatwo w takim kontekście zrozumieć, że cła są jak beknięcie na przyjęciu. O ile niektórym branżom mogą one pomóc, o tyle w większości będą prowadziły do istotnych zaburzeń w dostawach, wzrostu cen, niezadowolenia klientów i ostatecznie też rozczarowania wyborców.
Najważniejsze pytanie jest dziś takie, czy Amerykanie są gotowi na poniesienie kosztów wyższych ceł, by doprowadzić do odbudowy fizycznej produkcji w kraju. Zwolennicy protekcjonizmu uważają, że stawka jest warta tych kosztów. W długim okresie, ich zdaniem, tylko fizyczna produkcja towarów zapewnia krajowi możliwość rozwoju gospodarczego, bowiem tylko wokół przemysłu tworzy się środowisko badań, innowacji i postępu technologicznego. Najtwardsi zwolennicy protekcjonizmu są gotowi na krótko i średniookresowe straty po to, by osiągnąć długookresowy cel. Natomiast w administracji ścierają się różne środowiska i opinie, na tym etapie nie wiadomo, czy wygra protekcjonizm, czy nacisk dużego biznesu.
Wracając jeszcze do nastrojów biznesowych – warto odnotować, że w polskim przemyśle też doszło do minimalnej poprawy w styczniu. Indeks PMI wzrósł do 48,8 pkt wobec 48,2 pkt w grudniu. Szczególnie wart dostrzeżenia jest fakt, że prognozy biznesu na 12 miesięcy uległy istotnej poprawie – ich miesięczna poprawa była najsilniejsza od czterech lat. Aczkolwiek bieżąca produkcja i zamówienia pozostają niskie. W polskich fabrykach wciąż jest więcej niepewności niż w USA.
