ANDRZEJ MALINOWSKI
prezydent Pracodawców RP
Wprasie i internecie mnóstwo pochwalnych peanów pod adresem Rady Służby Cywilnej, która postuluje likwidację urzędniczych trzynastek i życzy sobie, by wynagrodzenia pracowników administracji publicznej zależały od efektywności i jakości ich pracy. Moim zdaniem pomysł ten jest szkodliwy społecznie i niebezpieczny dla naszego państwa.
Dlaczego? Spieszę z wyjaśnieniem. W Polsce jest blisko pół miliona urzędników. Zarabiają całkiem nieźle, np. w naczelnych i centralnych organach administracji średnio 4800 zł. Jeśli do tej półmilionowej armii doliczymy członków rodzin, mamy kilka milionów zadowolonych obywateli prowadzących w miarę ustabilizowane i przewidywalne życie. Zwolnić urzędników ot tak po prostu — a nawet na mocy odpowiedniej ustawy — nie można, o czym boleśnie przekonał się sam premier. Natomiast powiązanie urzędniczych pensji z jakością pracy bezpowrotnie może zniszczyć błogi spokój setek tysięcy Polaków. Wywoła domowe awantury i wieczne pretensje współmałżonków typu: „Malinowski pracuje od ciebie, niedołęgo, 10 lat krócej, a zarabia znacznie więcej!”. Czy pomysłodawcy zdają sobie sprawę, że będą mnożyć konflikty i pobudzać niepokoje społeczne w polskich domach oraz przy urzędniczych biurkach?
Ważniejszy jest jednak ekonomiczny aspekt całej sprawy. Przecież to polscy urzędnicy — nie zaś tworzący dochód narodowy pracodawcy i pracownicy — ocalili nasze państwo i jego obywateli przed możliwymi, bardzo bolesnymi skutkami kryzysu.
Absurd? Wcale nie. Otóż, od 1989 roku liczba reglamentowanych — a więc zależnych od urzędniczego widzimisię — dziedzin i rodzajów działalności gospodarczej wzrosła blisko dwukrotnie. Roczna suma kosztów administracyjnych ponoszonych przez przedsiębiorców wynosi blisko 80 mld zł, czyli ok. 6 proc. PKB. Gdyby obciążenia te zmniejszyć o ¼, to nasz PKB wzrósłby o ok. 2 proc., a wydajność pracy o 2,5 proc.
A zatem gdyby nie urzędnicy, polska gospodarka rozwijałaby się znacznie szybciej, w budżecie byłoby znacznie więcej pieniędzy, dług publiczny i deficyt budżetowy byłyby znacznie mniejsze, a również z inflacją pewnie nie byłoby problemów. A to wszystko oznacza, że już wiele lat temu spełnilibyśmy tzw. kryteria konwergencji i dziś bylibyśmy członkami strefy EURO!!! I dopiero mielibyśmy problem…
Wszak sam wicepremier Pawlak powiedział niedawno, że gdybyśmy byli w strefie euro, to „mielibyśmy przechlapane w tej chwili, bo byłaby sytuacja, gdzie nasze możliwości reagowania na kryzys byłyby bardzo ograniczone”. I nawet minister Rostowski, który jeszcze w lutym 2009 roku zapewniał, że „przyjęcie euro to najlepszy środek na walkę z kryzysem”, dziś twierdzi, że „strefa euro wciąż nie jest na tyle bezpieczna, aby Polska mogła do niej przystąpić”.
Komu zawdzięczamy tę zbawienną nieobecność w eurostrefie, czyli de facto sukces w trudnych czasach?
Urzędnikom i ich twórczym umiejętnościom ograniczania wzrostu gospodarczego oraz zniechęcania ludzi przedsiębiorczych. A więc powtarzam — ręce precz od urzędników!