Na nowej liście leków refundowanych, która weszła w życie 1 stycznia 2014 r., placówki apteczne straciły średnio kilka tysięcy złotych, w skali całego rynku ponad 40 mln zł.

Wszystko przez przeceny magazynów — w ramach nowej listy obniżono ceny większości farmaceutyków, tymczasem aptekarze mają na stanie produkty kupione jeszcze w ubiegłym roku, po wyższej cenie. Od 1 stycznia muszą je sprzedać znacznie taniej, w niektórych przypadkach poniżej ceny zakupu.
Z tego powodu regionalne izby aptekarskie postanowiły zbuntować swoich członków i zachęciły ich do masowej wysyłki listów do ministra zdrowia. Apelują w nich o zmianę prawa, argumentując, że lista leków refundowanych narusza konstytucyjną zasadę dotyczącą swobody prowadzenia działalności gospodarczej. Skargi aptekarzy w dalszej kolejności mają trafić do sądów administracyjnych. O akcji pisaliśmy w środowym wydaniu „PB”.
Szukanie winnego
Ministerstwo Zdrowia (MZ) jest zaskoczone oburzeniem aptekarzy. Krzysztof Bąk, rzecznik MZ, zwraca uwagę, że zmiany na listach nie są niczym nowym — ustawa refundacyjna, a tym samym nowe listy leków refundowanych, są wydawane przecież od 2012 r.
— Nie rozumiem, dlaczego wiedząc o nadchodzących zmianach, właściciele aptek poczynili takie zapasy produktów leczniczych, których przecena mogłaby narazić ich na istotne straty finansowe. Zgodnie z ustawą, apteka jest zobowiązana do zapewnienia dostępności do leku, a nie zapasów leku — mówi Krzysztof Bąk.
Jego zdaniem, prowadzenie apteki ogólnodostępnej „wiąże się z koniecznością utrzymywania określonych stanów magazynowych w celu zabezpieczenia potrzeb zdrowotnych na właściwym poziomie, jednakże sposób zarządzania tymi zasobami zależy od kompetencji właściciela apteki”. Podkreślił, że MZ zdaje sobie sprawę, iż apteka nie jest w stanie zapewnić dostępnościwszystkich produktów z listy refundacyjnej, których jest blisko 4 tys.
Oburzeni aptekarze
Eksperci i przedstawiciele branży są zaskoczeni tłumaczeniami resortu. Paweł Chrzan, prezes Gdańskiej Okręgowej Izby Aptekarskiej (GOIA), uważa, że są one krzywdzące dla aptekarzy.
— Straty poniosły wszystkie placówki, niezależnie od tego, czy były otwarte niedawno, czy działają na rynku ponad 20 lat, czy są placówkami indywidualnymi, czy należą do większej sieci, więc zarzucane aptekarzom nieudolne zarządzanie jest bardzo krzywdzące. Komentarz resortu zresztą się wyklucza.
Zgodnie z ustawą apteki muszą zapewnić dostępność leków, a tym samym posiadać odpowiednie zapasy, w przeciwnym razie czekają je kontrole i poważne konsekwencje, które w najgorszym wypadku mogą zakończyć się zabraniem koncesji — mówi Paweł Chrzan. Prezes GOIA twierdzi, że placówki apteczne, by zmniejszyć koszty, ograniczyły pod koniec roku stan farmaceutyków do absolutnego minimum.
— Mimo to nie udało się uniknąć strat — zaznacza Paweł Chrzan.
Wtóruje mu jeden ze szczecińskich aptekarzy. — Na przecenach straciłem 7 tys. zł. Jakiś czas temu otworzyłem drugą placówkę i patrząc na to, co się dzieje na rynku, teraz tego żałuję. Tłumaczenia resortu podnoszą mi tylko ciśnienie — mówi nasz rozmówca. Stanowiskiem MZ jest też zaskoczony Andrzej Sadowski, wiceszef Centrum Adama Smitha.
— Ze zdumieniem czyta się takie wypowiedzi resortu zdrowia. Są potwierdzeniem, że jest on nie tylko przeciwko rynkowi i przedsiębiorcom, ale także pacjentom. Cała sprawa wydaje się o tyle kuriozalna, że apteki tracą na tych zmianach nie z własnej winy, kompletnie nie mając na to wpływu — mówi Adam Sadowski.
O zagrożeniach związanych z przeceną magazynów pisaliśmy już ponad dwa lata temu, przed wejściem w życie ustawy refundacyjnej. Wtedy MZ tłumaczyło, że apteki niekoniecznie muszą być stratne, ponieważ jedne leki mogą stanieć, inne zdrożeć.