Robota w karatach

Jacek Konikowski
opublikowano: 27-06-2008, 00:00

Pukanie do drzwi. Uzbrojeni posłańcy z białą kopertą z Antwerpii. Potem bracia zamykają się w gabinecie, na piętrze. Adam rozkłada na biurku aksamitną tkaninę, Piotr wysypuje na nią zawartość koperty. Cisza. Kilkanaście migoczących gwiazd. Każdą chwytają pęsetą.

Nieoszlifowane diamenty wyglądają jak szare kamienie, po które rzadko kto się schyli. Specjalista — i owszem, ale i on nie przewidzi, co kryje szara skała. Zanim jej nie przetnie... Zaskoczenia? Rzadkie. Większość diamentów jest matowa i ma skazy. Tylko połowa z nich zamieni się w brylanty.

Początki

Odkrywanie Apartu zaczęło się w 1983 roku — w czasach, gdy wszystkiego było mało i wszystko nie takie, jakie być powinno. Dwaj bracia, rzemieślnicy. Adam Rączyński, już wtedy jubiler, miał mały warsztat w Poznaniu. Piotr doszlusował nieco później, gdy stwierdził, że może wykorzystać w rodzinnym biznesie wyższe wykształcenie techniczne, zdobyte na Politechnice Poznańskiej (organizacja i zarządzanie przemysłem).

— Jubiler w czasach komunizmu pracował trzy dni, a przez resztę tygodnia patrzył w okno. Na tyle bowiem starczały państwowe przydziały srebra — wspomina Adam Rączyński.

O złocie tacy jak oni, prywaciarze, nie mieli wtedy co marzyć. Ale w okno nie patrzyli.

— Dla nas srebra nie starczało, ale półki państwowych sklepów jubilerskich Polsrebra uginały się od srebrnych sztućców, cukiernic, pucharków. Można też było kupić zestawy nakryć stołowych — po sześć noży, widelców, łyżek, łyżeczek i jeszcze łopatki do tortów, sałatek. I my, jako klienci z ulicy, kupowaliśmy je, topiliśmy i dodawaliśmy do tych mizernych 3 kg przydziałowego srebra. I produkowaliśmy biżuterię — wyjaśnia prosty mechanizm Piotr Rączyński.

Jaka by bieda w narodzie była, na komunię medalik zawsze musiał być! Podobnie z obrączkami. Kobieca słabość do biżuterii, w końcu nie aż tak drogiej, bo ze srebra, też pomagała, dlatego firma rozwijała się nieźle.

— Już wtedy konkurenci podrabiali nasze wzory. Ale nie jakość… Cyzelowaliśmy szczegóły, żadnych niedopolerowanych miejsc czy zarysowań — mówi Adam.

Złoty szlif

Diament obrabiany przez szlifierza (żmudne to i niebezpieczne) może pęknąć, wręcz rozsypać się pod niewprawną ręką. Podzieli wtedy losy mniejszych, mniej urodziwych, których jest wiele. Ale nowoczesność weszła i tu. Dzisiaj komputer ocenia wnętrze diamentu i kalkuluje, jak go pociąć, by ubytek surowca był najmniejszy. Kryształ tnie laser. Poszczególne fasetki mniejszych diamentów też laser szlifuje, lecz w przypadku większych okazów nic nie zastąpi oka i ręki szlifierza. Bo laser nie myśli.

Zanim oszlifowano Centenary, słynny szlifierz Tolkowsky rok analizował diamentowy kryształ — ze wszystkich stron. Samo szlifowanie trwało trzy lata!

Szlifowanie Apartu rozpoczęło się w połowie lat 90. Polacy mieli coraz większy apetyt na złoto.

— W tamtych czasach kupowało się złoto w niewielkiej ilości, bo i niewiele go było na rynku. Wpierw sprzedawał nam kruszec lubiński KGHM, a gdy zaczęło nam złota brakować, nabywaliśmy je — tak jak zresztą i dziś — w Szwajcarii — tłumaczy Piotr.

Pierwsza dostawa: 10 kg złota. I strach olbrzymi, bo zakład produkcyjny był na odludziu.

— Pamiętam właśnie ten strach. I podniecenie. Mieliśmy świadomość, że w kwestii bezpieczeństwa jesteśmy „pod kreską”, więc niemalże spaliśmy pod sejfem — wspomina żartobliwie Piotr.

Dzisiaj bracia śpią już spokojnie. Łatwiej się dostać do gabinetu prezesa NBP, niż wjechać przez system śluz — chociażby — na parking przed firmą.

Złoto z sejfu zamieniali w pierścionki zaręczynowe i obrączki. Kto pamięta, ten wie: na ślubne obrączki były zapisy, a na zapisy szło się z zaświadczeniem z USC.

Choć później czasy się zmieniły, mentalność Polaków pozostała ta sama: kapitał lokować w dolary i złoto, bo — a nuż — przyjdą chude lata. Szły jak woda złote łańcuszki, medaliki, pierścionki.

— W 2001 roku uncja złota kosztowała 275 dol. Dzisiaj — 900. Więc czapki z głów przed złotem, które nikogo nigdy nie zawiodło i nie zawiedzie! Podobnie brylanty: drożeją rocznie o 6-7 procent, zwłaszcza w tym roku — mówi Piotr.

Brylantowa ulica

Antwerpia. Stolica diamentów. Na Hoveniersstraat, „diamentowej ulicy”, mieszczą się biura ponad tysiąca handlarzy i firm związanych z branżą diamentową. Na jednej z czterech giełd handluje się „roughem” (z ang. rough — surowy, nieoszlifowany), czyli jeszcze nieoszlifowanymi diamentami.

Przy kilkudziesięciu stołach siedzą naprzeciw siebie sprzedawcy i kupcy. Aby się tu dostać, trzeba mieć listy polecające od kilku innych członków giełdy.

A transakcje? Wyglądają prozaicznie. Jeden człowiek rozpakowuje papierowe zawiniątko, drugi pochyla się nad zawartością. Po chwili pada kwota. Jeżeli wystarczająca — słychać: „mazal”, które kończy diamentową transakcję. „Mazal” czyli po hebrajsku: „pomyślności”.

Po pierwszą partię diamentów Rączyńscy pojechali do Antwerpii w 1999 roku. Raptem 200 karatów — w większości niewielkie kamienie o małej wartości. Teraz jednorazowo sprowadzają dziesięć razy tyle. Wtedy, nikt nie wiedział o tej podróży. Wracali samochodem. Z duszą na ramieniu. Na granicy celnicy nie wierzyli, że wiozą diamenty tak sobie — jak pomarańcze, bez obstawy. Gdyby wiedzieli ile ich to nerwów kosztowało! Dzisiaj, bracia, nawet w myślach nie chcą do tego wracać.

Zdobycie zaufania „diamentowej ulicy” do nieznanej firmy z postkomunistycznego kraju wymagało jednak nie lada zachodu. I nieco szczęścia. Wiele lat wcześniej bracia poznali szefa jednej z włoskich firm, znanej w Europie z ekskluzywnej biżuterii, który wprowadził braci w świat jubilerskiego rynku Europy.

Pierwsze kontakty. Nieśmiałe — bo zaufanie kosztuje. I kolejne, już śmielsze. Włoski patron polecił braci kolegom z branży, m.in. Marcowi Garelowi, który właśnie szukał w Polsce odbiorcy pierścionków i łańcuszków. Gdy zaprosił Rączyńskich do Paryża i pokazał swą luksusową biżuterię — oniemieli. I na widok diamentowych kolii, i na widok samej ekspozycji.

— Inny świat... Wtedy zrozumieliśmy, że chcemy w Polsce sprzedawać piękną, drogą, luksusową biżuterię w ekskluzywnych salonach pod własną marką. To była decyzja o strategicznym znaczeniu dla Apartu — wspomina Piotr Rączyński.

W 1997 roku bracia otworzyli pierwszy salon. Kilka miesięcy później — następny, przy głównej ulicy Poznania. Dzisiaj jest ich już 120.

Srebro i złoto

Mowa jest srebrem, a milczenie — złotem. Trochę jak z braćmi Rączyńskimi. Jeden jest jak złoto, drugi niczym srebro. „Złoty” Adam — spokojny i wyważony — na co dzień zajmuje się wszystkim, co dotyczy biżuterii, pilnuje firmowych spraw, nadzoruje finanse. Rysunek z nowym wzorem musi przejść przez jego ręce. Każdy projekt — zyskać aprobatę. Nierzadko sam je wymyśla.

A Piotr? Żywe srebro. Ekspresyjny, dynamiczny. Choćby już w samych słowach i gestach. W miejscu nie usiedzi. Wiecznie gna, myśli o nowych inwes-tycjach, rozwiązaniach w salonach, handlu. Jako prezes zajmuje się strategią rozwoju. I nieustannie poszukuje nowych partnerów w zegarmistrzowskiej branży.

Dzień zaczynają od sprawdzenia fiksingu złota na giełdzie w Londynie (Adam ubolewa, że nie może pójść do polskiego banku i kupić 10-20 kg złota — jak chociażby w bankach włoskich czy francuskich). Potem — szara rzeczywistość.

— Kończymy góra o siedemnastej, bo wtedy automatycznie wyłącza się klimatyzacja — żartuje Piotr.

Żartuje? Rzeczywiście, po szesnastej obu braci próżno szukać w firmie.

Cokolwiek by się działo, przed siedemnastą znikają z gabinetów. Dom, rodzina, sport… Nie są typami biznesmenów, którzy w biurze czują się jak w domu — mówią pracownicy.

Kamienne stereotypy

Piątkowe popołudnie. Do jednego z salonów Apartu w Poznaniu wchodzi mężczyzna. Pyta o kolię z rubinami. Ta, którą wybrał, jest raptem jedna na całą Polskę, na dodatek w Warszawie. Stawia wszak warunek: chce zobaczyć intensywność barwy rubinów. Czerwień musi być w kolorze gołębiej krwi.

W poniedziałek kolia dociera do Poznania. Wykonana z białego złota, diamentów i wysokiej klasy rubinów birmańskich. Mężczyzna pochyla się, przygląda dość długo. W końcu decyduje — tak, to ta niezwykła czerwień, jakiej szukał. Kolia jest warta ponad 90 tys. zł? Jeszcze niedawno wystarczyło, by był to po prostu rubin!

Piotr wspomina o stereotypach. Nie było łatwo walczyć z zakompleksionym rynkiem siermiężnego kapitalizmu. Trudny był do ugryzienia dla kogoś, kto chciał zarabiać wyłącznie na komunijnych medalikach czy ślubnych obrączkach.

— Do niedawna ludzie unikali jak ognia biżuterii z perłami, gdyż w mentalności mieli zakodowane, że zwiastują one nieszczęście. Długo musieliśmy przekonywać klientów, że to mit. Podobnie z diamentami — mówi Piotr.

To trzeba kogoś do nich przekonywać?

— Polacy do niedawna uważali diamenty za symbol luksusu, zupełnie niedostępnego dla nich. Dlatego jeszcze osiem lat temu panowie kupowali pierścionki zaręczynowe z cyrkoniami, imitującymi diamenty… Na świecie nikt tego nie robi! Pierścionek zaręczynowy musi być z diamentem — i koniec! Bo diamenty to emocje i — tak jak one — są wieczne. Dużo czasu nam zabrało, by udowodnić, że pierścionek z diamentem może być niewiele droższy od tego z cyrkonią — mówi Adam.

Teraz mało kto ogląda się za cyrkoniami. Jesteśmy bogatsi? Może też. Ale bracia, właściwie jako pierwsi w Polsce, „zarzucili” rynek diamentową biżuterią. Żadna inna firma jubilerska w Polsce nie ma tylu diamentowych precjozów w ofercie.

— I to zarówno dla tej pani, która wymarzyła sobie pierścionek z diamentowym „oczkiem” i przez lata na niego uzbierała, jak i dla tej, której małżonek robi wielkie interesy i może pozwolić sobie na luksusową diamentową kolię — dodaje Piotr.

Gdy już się zwalczy stereotypy, łatwiej wprowadzać nowinki. Do niedawna rzadko kto w Polsce widział na przykład tanzanit.

— Jaki niezwykły kamień! Tysiąc razy rzadszy od diamentu. Występuje tylko w jednym miejscu na świecie, u podnóży Kilimandżaro, w Tanzanii właśnie. Mieni się specyficzną niebiesko-fioletową barwą. Odkrył go dla jubilerstwa Tiffany, a pokazała światu Elizabeth Taylor: pierwsza nosiła biżuterię z tym kamieniem — mówi Adam.

To ulubiony kamień gwiazd Hollywood: biżuterię z tanzanitem noszą m.in.: Angelina Jolie, Catherine Zeta-Jones czy Elle MacPherson. Dzisiaj chętnych na biżuterię z tanzanitami jest coraz więcej; należy do najdroższych, choć jest osiągalna.

A czy pozostał jakiś symbol rzeczy nieosiągalnej?

— Chyba diamenty o barwach fantazyjnych — np. niebieskiej czy różowej. Rarytas i unikat zarówno w przyrodzie, jak i na światowym rynku jubilerskim. Cena za karat diamentu różowego może dochodzić nawet do miliona dolarów — mówi Adam.

Ale bywają klienci, którzy o nie pytają. Może wkrótce zdarzy się taka transakcja?

— Ostatnio klientka zażyczyła sobie 1,5-karatowego brylantu. Sprecyzowała dokładnie cechy kamienia, który ją interesuje. Wykonaliśmy na jej zamówienie biżuterię, zapłaciła ponad 100 tys. złotych… — dodaje Piotr.

Zegar czas odmierza

Miłością Piotra są zegarki. To jego poletko w Aparcie, uprawiane od prawie dekady.

— W 2000 roku rozpoczęliśmy sprzedaż zegarków Baume & Mercier. To pierwsza marka z wyższej cenowej półki, jaką zaoferowaliśmy w salonach. Nie są to dzieła sztuki, ale bardzo solidne szwajcarskie zegarki. Potem zaczęli do nas pukać przedstawiciele niezwykle ekskluzywnych szwajcarskich manufaktur. Dziś mamy w ofercie m.in. Vacheron Constantin, Jaeger-LeCoultre, Piaget, Zenith, Audemars Piguet… — wylicza Piotr.

Na jego ręku błyszczy Breitling for Bentley. Dosłownie, bo koperta jest z różowego złota. A ten pierwszy zegarek?

— Ruhla, rzecz jasna. Pierwszy i „przydziałowy” — mówi Piotr.

Uchodzi za znawcę zegarków. Na stole kładę więc przepiękny — jak mi się zdaje — Maurice Lacroix, na skórzanym pasku z delikatnej skóry. Piotr nie bierze go nawet do ręki. Rzuca wzrokiem, zerka na mnie. Grymas rozbawienia.

— Nie jest to szwajcarska robota, co najwyżej dzieło szwajcarskiego robota. Ładna kopia, nie powiem — też mam kilka takich vacheronów, jaegerów czy roleksów, kupionych za kilka dolarów od azjatyckich handlarzy — mówi Piotr.

Wyglądają pozornie identycznie, kosztują ułamek ceny oryginału. Cóż jest więc esencją zegarka — dajmy na to: takiego jak Vacheron Constantin Tour de l’Ile, za 1,5 mln euro, czyli około 5,7 mln zł? Wszak czas odmierza tak jak rolex czy casio. Co sprawia, że ludzie w świecie elektronicznych czasomierzy, także tych wbudowanych w rozmaite urządzenia i gadżety, decydują się zamienić fortunę na przedmiot, który — choć praktyczny — niezbędny nie jest?

— Akurat Tour de l’Ile powstał z okazji 250. rocznicy istnienia firmy Vacheron Constantin. I to cała odpowiedź! Tradycja, ludzie i sposób, w jaki tworzą zegarki. Ten akurat jest dziełem najznamienitszych zegarmistrzów świata. Nikogo przypadkowego. W Szwajcarii trudno dostać się do znanej firmy zegarmistrzowskiej, nie ukończywszy specjalnej szkoły, do której na kilka miejsc są tysiące chętnych. To swoista gildia zegarmistrzów. Zegarki robione rękami fachowców nigdy nie przestaną działać. Przechodzą z pokolenia na pokolenie. Każdy ma własny certyfikat. Bo to dzieła sztuki, na równi z obrazami czy rzeźbami. Powstają pod okiem mistrzów, niemal każdy element podlega ręcznej obróbce, potem zegarmistrz składa w całość skomplikowany mechanizm. W manufakturach, które można porównać z atelier artystów. A czasomierze — jak dzieła sztuki — powstają miesiącami, niekiedy latami. Vacheron Constantin Tour de l’Ile rodził się aż 10 lat: siedem lat wyłaniał się projekt, trzy lata — prototyp. A na rynek trafiło kilkanaście sztuk... Bo najsłynniejsze i najdroższe zegarki rzadko opuszczają manufaktury w seriach większych niż, góra, kilkaset sztuk. Dobro luksusowe, ale limitowane… Sztuka nie jest dla wszystkich, tylko dla tych, którzy ją docenią i rozumieją. Ci ludzie nie kupują zegarka, by tylko odmierzał im czas, oni fascynują się czymś więcej, tą magią rzeczy wyjątkowych, jedynych w swoim rodzaju. W maju sprzedaliśmy zegarek za ponad 150 tys. złotych… — mówi Piotr.

Im dłużej, tym z większą pasją. Raz jego głos cichnie, raz wybucha z ekspresją. To opowieść o życiu, pasji, o emocjach. Cudzych, ale też swoich i brata.

CV

Piotr Rączyński

Rodzina: żona Aleksandra, córka Anna

Wiek: 56 lat

Wykształcenie: Organizacja i Zarządzanie Przemysłem (Politechnika Poznańska)

W wolnych chwilach: podróżuję i wypoczywam

Ostatnio przeczytana książka: „Lapidarium V” Ryszarda Kapuścińskiego

Miejsce na świecie, które chciałby odwiedzić: Nowa Zelandia, Australia

Autorytet: Jan Paweł II

Ulubione powiedzenie: najpiękniejsze chwile są przed nami

Irytuje go: brak szacunku dla drugiego człowieka

Męska zabawka, samochód: Lexus LS 430

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu