Embargo na eksport żywności z UE jest wprawdzie pewnym dobrodziejstwem dla rosyjskiej gospodarki — produkcja nabiału i mięsa zwiększyła się o kilkanaście procent, ale też dużym utrudnieniem dla niewielkich biznesów, które opierały działalność na zachodnich produktach.

Chodzi zwłaszcza o restauracje oraz sklepy z wykwintną żywnością. — Z biznesowej perspektywy właściwie odcięto mi ręce. Dobrze, że przynajmniej zostawili dostęp do wina — przyznaje Julia Dzeban, prowadząca w Moskwie sklep z wykwintnym jedzeniem i winem. Importowany ser np. stanowił aż 30 proc. rynku sera przed zakazem importu.
Rodzimi producenci próbują te braki nadrabiać, ale i tak ceny żywności rosną — mięso i drób zdrożały o 16,8 proc., a produkty mleczne o 16,2 proc. To tempo przewyższa i tak wysoką, bo 8-procentową, inflację. Przybywa rodzimych podróbek najpopularniejszych zachodnich oryginałów, takich jak sery feta czy mozarella, ale one nie zaspokajają potrzeb przyzwyczajonych do zachodnich smaków klientów.
— Możesz próbować zrobić pizzę używając rosyjskiego sera, ale to już nie będzie prawdziwe włoskie jedzenie — mówi Nikołaj Borysow, właściciel trzech włoskich restauracji w Moskwie. Na podobne problemy narzeka Aleksander Krupeczkow, były informatyk, który w lipcu otworzył w Moskwie sklep z serami.
— Wtedy nie przypuszczałem, że w ciągu miesiąca większość mojego asortymentu stanie się „nielegalna” — mówi Aleksander Krupeczkow. Próbował ratować się sprowadzając oryginalne sery z Izraela, nieobjętego sankcjami, ale „klienci i tak ciągle pytali o roquefort”. Prawdziwy problem zacznie się po Nowym Roku kiedy skończą się zapasy w magazynach.
— Będziemy musieli jakoś się trzymać. Co innego nam pozostaje? — pyta Nikołaj Borysow.
