Polski rynek pracy jest rozgrzany i najnowsze dane za kwiecień to potwierdzają. Widać też jednak oznaki wygaszania największej fali wzrostu popytu na pracę. Fakt, że liczba nowych ofert pracy zgłaszanych do urzędów obniżyła się w ciągu miesiąca najmocniej od marca 2020 r., może nam nic nie mówić, ale może też być sygnałem nadchodzącego spowolnienia. Może być to pierwsza rysa, pierwszy sygnał recesji.
Ze wstępnych danych Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej wynika, że stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła w kwietniu 5,3 proc. wobec 5,4 proc. w marcu. Po oczyszczeniu danych z efektów sezonowych otrzymujemy minimalny spadek o 0,02 proc., co pokazuję na wykresie. Stopa bezrobocia wyrównana sezonowo dotarła do 5,2 proc. i chyba już nie zejdzie dużo niżej (są to dane oparte o liczbę osób zarejestrowanych jako bezrobotne; według badań ankietowych bezrobocie wynosi w Polsce 3 proc.).

Jednocześnie zwalnia liczba ofert pracy napływających do urzędów. Z danych MRiPS oraz mojego wyrównania sezonowego wnioskuję, że między marcem a kwietniem liczba nowych ofert spadła o ponad 11 tys., czyli najmocniej od pamiętnego marca 2020 r., kiedy świat gospodarczy niemal stanął w miejscu.
Te dwa pakiety danych można interpretować na dwa sposoby.
Z jednej strony, powiedzą optymiści, można wnioskować, że rynek pracy jest tak rozgrzany, że po prostu nie może być już bardziej gorący. Wszyscy chętni mają pracę, a nie mają jej albo długotrwale bezrobotni, albo chwilowo bezrobotni, więc bezrobocie nie może dalej spadać. Ofert pracy jest coraz mniej, ale można to interpretować jako wahnięcie w stabilnym trendzie. Rynek jest na szczycie i jeszcze nie zaczął schodzić.
Z drugiej strony, powiedzą pesymiści lub realiści, lekkie hamowanie w danych dotyczących rynku pracy jest widoczne od marca, czyli od rozpoczęcia wojny w Ukrainie. Może więc jest to już pierwszy efekt niepewności ekonomicznej wywołanej przez tę wojnę. Kolejne miesiące pokażą, która interpretacja jest słuszna.
Paradoksalnie dla gospodarki byłoby dobrze, gdyby stopa bezrobocia się ustabilizowała. Jest na tyle niska, że nie tworzy poważniejszych problemów społecznych po stronie wykluczenia i ubóstwa. Jednocześnie stopień rozgrzania rynku pracy jest bardzo inflacjogenny. Nie jestem absolutnie zwolennikiem myślenia, że do ograniczenia inflacji potrzebne jest wyższe bezrobocie, ale przy obecnym poziomie nie potrzebujemy już jego dalszego spadku. Znajdujemy się bowiem w sytuacji, w której pracodawcy walczą o pracowników obietnicami podwyżek płac, które są w stanie zrealizować tylko poprzez przerzucenie ich na ceny. Najlepsze, co mogłoby nam się teraz trafić, to łagodne spowolnienie gospodarcze.

