Nie tędy droga — tak analityk ocenia plany budżetowe rządu na przyszły rok.
„Puls Biznesu”: Dostaliście do zaopiniowania projekt przyszłorocznego budżetu. Jak go pan ocenia?
Maciej Krzak: Największym jego błędem jest brak naprawy finansów publicznych. Nie znajdujemy w nim żadnych jej przejawów. Przy wysokim wzroście gospodarczym zwiększają się wydatki socjalne. Prowadzimy politykę procykliczną — zamiast redukować deficyt, podbijamy tempo wzrostu. Marnotrawimy szansę na obniżenie wydatków dzięki reformie strukturalnej. W momencie, gdy rosną dochody i zatrudnienie, przy niskich stopach procentowych i inflacji, byłoby to najmniej bolesne. My, niestety, rezygnujemy z tej szansy, mimo że Polska ma nadmierny deficyt i zobowiązała się, że zredukuje go poniżej 3 proc. PKB. Ta perspektywa się oddala. Ryzykujemy utratą funduszy strukturalnych.
Czym grozi takie konstruowanie budżetów?
To ryzykowne. Gdy nastanie spowolnienie, a można się spodziewać, że niedługo nadejdzie, bo korzystna koniunktura trwa już dość długo, mogą pojawić się problemy. Jeśli dalej pójdziemy drogą Romana Giertycha i Andrzeja Leppera, wkrótce rynki finansowe zaczną nas oceniać podobnie jak Węgry, gdzie w wyniku radykalnego programu oszczędnościowego (zakładającego też podwyżki podatków) w przyszłym roku wzrost gospodarczy ma się obniżyć z 4 do 2 proc., a inflacja średnioroczna wzrosnąć z 3 do 7 proc. To myślenie krótkowzroczne, polegające na tym, że dzięki wzrostowi uda nam się wyjść z deficytu.
W sytuacji spowolnienia i rosnącego deficytu możemy spodziewać się też podnoszenia podatków, co jest złym rozwiązaniem. Nie można również zapominać o długu publicznym i destabilizacji finansów publicznych, a w konsekwencji stagnacji lub recesji.
A jak ocenia pan poszczególne założenia?
Istnieje ryzyko, że dochody z VAT są przeszacowane o 1-2 mld zł. Zbyt mało przeznaczono na inwestycje, źle oceniamy powrót do corocznej indeksacji rent i emerytur. Wydatki rosną szybciej niż PKB, co nie może cieszyć. Podobnie jak pompowanie dochodów, które pozwala na zwiększanie wydatków. Wzrosną one w ciągu roku o blisko 19 mld zł. Przy dobrej sytuacji gospodarki jest to dla ekonomisty pewien szok.