PKP nie chcą ujawnić, ilu inwestorów złożyło oferty przejęcia podmiejskich kolei z Warszawy i Trójmiasta. Czyżby niezbyt wielu?
W następny czwartek ma być gotowy raport firmy Andersen w sprawie ofert inwestorów zainteresowanych przystąpieniem do rokowań na prywatyzację Warszawskiej Kolei Dojazdowej (WKD) i Szybkiej Kolei Miejskiej (SKM) z Trójmiasta. Do tego czasu PKP, które poszukują kupców dla nich, nie chcą ujawnić liczby chętnych.
— Może się okazać, że część propozycji nie spełnia warunków. Chcemy też się dowiedzieć, co wynika z ofert. Firma doradcza je zweryfikuje — wyjaśnia Maria Wasiak, dyrektor ds. prywatyzacji w PKP.
Nieoficjalnie zaś mówi się, że nie było zbyt wielu chętnych.
— Zapewniam, że doradca ma co robić — ucina dyrektor Wasiak.
Argument „za”
Prywatnych inwestorów w Warszawie miała odstraszyć oferta konsorcjum lokalnych samorządów z urzędem marszałkowskim na czele.
— Skoro mamy inwestować w WKD, chcemy mieć kontrolę nad wydawaniem pieniędzy — przekonywał Bogusław Kowalski, wicemarszałek województwa, kiedy konsorcjum składało ofertę w PKP.
Tę opinię podziela też Halina Sekita, szefowa WKD.
— Charakter tych przewozów wskazuje, że to samorząd powinien zarządzać WKD. Kolej podmiejska powinna być powiązana z całym systemem przewozów — twierdzi Halina Sekita.
Argument „przeciw”
Mikołaj Segeń, prezes SKM, też by chciał takiego właściciela, ale nie ma na to szans. To, co mazowieckie gminy przekonuje do zainwestowania w WKD, dla władz Pomorza stanowi argument, aby tego nie robić.
— SKM jest finansowana z budżetu samorządu. Niedopuszczalne jest, aby podmiot dotujący jednocześnie był właścicielem spółki przewozowej. Chcemy, aby na rynku pojawił się konkurent dla PKP, bo to spowoduje, że pieniądze będą wydawane efektywniej — uważa Łukasz Żelewski, dyrektor departamentu gospodarki i infrastruktury w Pomorskim Urzędzie Marszałkowskim.