Głosujący otrzymuje aż cztery karty zróżnicowanej wielkości z kolorowymi poddrukami pod nazwiskami kandydatów. Chętni na wójtów/burmistrzów/prezydentów oznakowani są różowo, potencjalni radni gminni/miejscy – szaro, radni powiatowi (a w Warszawie dzielnicowi) – żółto, zaś kandydaci do wojewódzkich sejmików – niebiesko. Mieszkańcy 65 wielkich miast na prawach powiatu wyjątkowo otrzymają o jedną kartę mniej, bez żółtej, ponieważ w nich rada miasta jest organem podwójnym, zaś prezydent to automatycznie również starosta. W owych największych 65 grodach (stolica z odrębną ustawą jest 66) włodarz dysponuje jednoosobową władzą wręcz gigantyczną, kumulując uprawnienia wójta/burmistrza oraz zarządu powiatu. Kiedyś Lech Kaczyński ocenił porównawczo na podstawie własnych doświadczeń, że realna decyzyjność własna prezydenta RP wręcz nijak się ma do samodzielnych kompetencji prezydenta Warszawy.
Wielość kart symbolizuje ustrojową niespójność polskiego samorządu. Sejmiki wojewódzkie noszą nazwę bardzo zasadną, bo to całkowicie upartyjnione małe Sejmy. Notabene od 1999 r. wprowadzony został na poziomie 16 dużych województw – które zastąpiły 49 małych – trudny do zrozumienia hybrydowy ustrój rządowo-samorządowy. W mieście wojewódzkim istnieje ogromny gmach urzędu wojewody oraz często jeszcze większy marszałkowski. Dwa województwa mają nawet po dwie stolice ze świeckimi konkatedrami: lubuskie rządową ma w Gorzowie Wielkopolskim, a samorządową w Zielonej Górze, natomiast kujawsko-pomorskie – rządową w Bydgoszczy, zaś samorządową w Toruniu. Od wspomnianej reorganizacji administracji upłynęło już ćwierć wieku, ale nawet bardzo świadomemu obywatelowi do dzisiaj trudno zrozumieć, które sprawy wojewódzkie prowadzi który z potężnych gmachów.
Centralna klasa polityczna oraz centralne media emocjonują się głównie wynikiem starcia o 16 sejmików. Nieznacznie na drugim planie, ale także ważnym, znajduje się rywalizacja o prezydentury kilkunastu największych miast. Jest to nawet zrozumiale, bo tylko takie dane sondażowe uda się szybko ogarnąć i przedstawić w niedzielnych wieczorach wyborczych po zakończeniu ciszy. Ze względu na niewielki odstęp czasowy, tylko pół roku, właśnie wybory sejmikowe 7 kwietnia 2024 r. traktowane są jako dogrywka do parlamentarnych z 15 października 2023 r. Obecne konsorcjum rządzące chciałoby opanować jak największą liczbę województw, o czym marzy zawsze każda władza centralna. Niewyobrażalna jest jednak sytuacja np. z kadencji samorządowej 2010-14, gdy ówczesna koalicja rządowa PO-PSL przejęła także komplet sejmików, chociaż niektóre z lokalnymi aliantami. Pod koniec tamtej kadencji nastąpił w 2013 r. sensacyjny zwrot na Podkarpaciu, gdzie władzę w jedynym województwie przejęło PiS. Samorządowe wybory w latach 2014 i 2018 zakończyły się na poziomie sejmikowym z grubsza remisowo, co dowodziło, że arytmetyka z parlamentu krajowego nie jest prosto transmitowana na dół. Obecnie PiS – które w klasyfikacji partyjnej zostało przecież 15 października złotym medalistą – liczy na utrzymanie władzy przynajmniej w kilku sejmikach, tradycyjnie głównie na tzw. ścianie wschodniej. Paradoksalnie nawet jeszcze wiele dni po 7 kwietnia może nie być wiadomo, jaka koalicja została zmontowana w którym województwie, bo czasami może decydować jeden glos. Notabene aż do 30 kwietnia trwa jeszcze przedłużona stara kadencja 2018-24, sesje inauguracyjne wszystkich samorządowych organów stanowiących w nowych składach zostaną skumulowane dopiero 6-7 maja.
Wygodne medialnie skupienie się na sejmikach oraz na wybranych metropoliach zaciemnia istotę niedzielnych wyborów. Podstawą samorządowej piramidy i absolutnie najważniejszym poziomem są przecież gminy/miasta, w których obowiązuje ustrój silnej prezydentury. Włodarze wybierani są bezpośrednio przez mieszkańców i lokalne parlamenty po prostu skazane są na współpracę z nimi. W Polsce istnieje 2477 gmin, w tym 107 największych miast z prezydentami, 906 miast i gmin miejsko-wiejskich z burmistrzami oraz 1464 gminy wiejskie z wójtami. To na tym najniższym poziomie odbywają się w niedzielę najprawdziwsze wybory, których wyniki będą całkowicie zdecentralizowane. Nie będzie mogła zaliczyć ich na swoje konto żadna partia.
