Spanie na uranie

Rafał Kerger
opublikowano: 2008-03-14 10:14

Był prezesem. Wymyślił nazwę Amica. Dziewięć lat temu Marek Jankowski kupił kopalnię uranu w Kowarach. I zrobił błyskotliwy biznes.

Pracownicy i współpracownicy mówią o nim, że ma niebywały dar dobierania sobie ludzi. Zasady firmy — jak prawdziwy szef — ustala sam. Marek Jankowski, były wiceprezes Amiki, w Kowarach, w Karkonoskim Parku Narodowym, skończył tworzenie jednego z najciekawszych ośrodków spa w kraju.

W Jeleniej Strudze SPA Resort w kranach, spod prysznica, zewsząd, płynie woda źródlana. Używa się jej nawet do mycia podłóg. Z nazwy źródła Jelenia Struga wzięła się nazwa ośrodka. Źródlana woda służy też do rozrabiania maseczek do zabiegów pielęgnacyjnych, jak na przykład do popularnej w wielu spa mikrodermabrazji.

Diament na potencję

W podziemiach hotelu zwiedzić można zamkniętą w 1973 r. kopalnię uranu, należącą do Jankowskiego. Szefem przewodników turystycznych jest syn ostatniego dyrektora zakładu. W jednym z tuneli odbywają się podziemne inhalacje radonem. To jedyne takie inhalatorium w Polsce i jedno z pięciu na świecie. W Kowarach pije się potencjałkę, wodę wypływającą ze źródła w sztolni. Zalicza się ją do jednego z siedmiu diamentów Karkonoszy. Jest naturalnym afrodyzjakiem. Marek Jankowski ma na potencjałkę glejt z wrocławskiej Akademii Medycznej. Badania dowiodły, że wody radoczynne — a taką jest potencjałka — powodują wzrost poziomu hormonów płciowych oraz poprawiają witalność i samopoczucie.

Wodę można pić tylko w Kowarach, bo z powodu krótkiego okresu półtrwania radonu, wynoszącego 3,8 doby, powinno się ją spożywać przed upływem 24 godzin.

Z pietyzmem w Jeleniej Strudze dopracowane są nawet takie szczegóły, jak jadłospis restauracji, dostosowany do grupy krwi gości. Wrażenie robi basen na pierwszym piętrze. Ma taką konstrukcję, że na jego krawędziach unosi się kilkumilimetrowa warstwa wody, a do tego, nurkując w nim — przez szybę w dnie — widać, którzy goście akurat nawiedzają recepcjonistów rezydujących na parterze.

Pierwsze koty za płoty

Początkowo Marek Jankowski o sobie nie chciał mówić zbyt chętnie.

— W niedzielę sobie usiądziemy, to pogadamy. Bo w sobotę mamy tutaj mistrzostwa w zjeździe na saniach rogatych — usłyszałem na wstępie.

Właściciel Jeleniej Strugi zapomniał tylko dodać, że jest jednym z najbardziej zagorzałych zjazdowiczów.

Po paru porządkujących wyjaśnieniach (co do konstrukcji jego spa), przy szklance potencjałki, w gustownie urządzonym saloniku winiarni, w końcu usłyszałem odpowiedź na najbardziej nurtujące mnie pytanie: jak do tego doszło, że inżynier, człowiek, który nie tylko był menedżerem i szefem rady nadzorczej, znanej giełdowej spółki, ale wcześniej zajmował się także technicznymi aspektami poszczególnych produktów, został hotelarzem i przecierał szlak dla ośrodków spa w Polsce. A na dodatek zrobił to w miejscu, które swobodnie można nazwać końcem świata — szczególnie z perspektywy Warszawy.

— Sprawa jest prosta. Uważam, że mam szczęście. Wyznaję zasadę, że z życiem trzeba się mierzyć, a nie się mu poddawać — wypalił Marek Jankowski.

Taka konstatacja nie wypływa znikąd. Od dziecka walczył z życiem i jakoś mu się udawało. Urodził się w 1944 r. na Pawiaku, bo mama działała w konspiracji. Tylko niewielka część dzieci tam urodzonych przeżyła. Później ponoć już wszystko wydawało się łatwe.

— Wbrew namowom znajomych, gdy komuna kwitła, wymeldowałem się z Warszawy. Pojechałem w odwrotnym kierunku, niż większość by wolała. Oni chcieli się zameldować w Warszawie, choć było to — jak w kilku innych dużych miastach — niemożliwe. Chciałem zameldować się na prowincji. Tak trafiłem do Wronek — wspomina Marek Jankowski.

We Wronkach zrobił karierę. Na stałe zapisał się w historii firmy. Rozpisał konkurs na nową nazwę spółki. Na dodatek sam go wygrał.

— Nie mogliśmy przecież wprowadzić na giełdę Zakładów Sprzętu Grzejnego Predom-Wromet. Jak by to brzmiało? Amica wzięła się stąd, że skojarzyłem dwa słowa: amper i kaloria. Amper, bo urządzenie elektryczne. Kaloria, bo ciepło, kuchnia. Mniej poważnie mówiąc, potem na tym pomyśle kilka razy zyskałem. Mężczyzna może mieć w życiu wiele miłości. Zawsze mogłem powiedzieć partnerce, że tę nazwę wymyśliłem właśnie dla niej — uśmiecha się Marek Jankowski.

Amica to po łacinie przyjaciółka.

Za komplet mebli

Przed decyzją o tworzeniu spa Marek Jankowski też miał sporo szczęścia. Znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. W 1999 r. pojechał na sylwestra z przyjaciółmi w Karkonosze. Wyczytali, że w pobliżu jest kopalnia uranu. Zdziwili się, że taki zakład w ogóle istniał. Postanowili go odszukać.

— Wtedy w Kowarach trudno było namierzyć kogoś, kto miałby pojęcie, gdzie nas pokierować — wspomina Jankowski.

W końcu trafili na polanę około kilometra od wjazdu do Karkonoskiego Parku Narodowego (stoi tu dziś Jelenia Struga). Z rozmowy dyskutujących akurat obok tubylców wywnioskowali, że są na miejscu.

— Pooglądaliśmy wyłamane kraty. Dowiedzieliśmy się m.in., że większość kopalni zalana, ale ludzie tam wchodzą, bo szukają legendarnego skarbu Walonów, który jest tu ponoć ukryty. Odjechaliśmy — opowiada Marek Jankowski.

Za dwa dni, ni stąd, ni zowąd, we Wronkach dzwoni telefon.

— To pan był przy kopalni w Kowarach? Wiem, że się pan nią interesował. Ten teren jest mój i mogę go sprzedać — mówi głos.

— Ale ja nie chcę kupić. Skąd w ogóle takie przypuszczenie, że mógłbym chcieć — odpowiada rozbawiony Jankowski.

— Ale ja dużo nie chcę — znów wcina się głos.

— Nie zamierzam nic kupować — broni się bardziej stanowczo Jankowski.

— Ale, wie pan, chcę otworzyć sklep w Kowarach i potrzebuję na meble.

— Że co?

— Za równowartość tych mebli chciałbym sprzedać…

Cóż mógł zrobić?

— Byłbym idiotą, gdybym nie kupił. Przyznam, że dopiero po transakcji zacząłem się zastanawiać, co z tym fantem zrobić. A przede wszystkim przyglądać się sytuacji i perspektywom Kowar — opowiada Marek Jankowski.

Uran w samolocie

Kowary u podnóży Jeleniej Strugi, jak 9 lat temu, tak i dziś, nie wzbudzają szczególnych emocji. Niby jest odnowiona urokliwa starówka, ale kiedy się jedzie przez liczące niespełna 12 tys. mieszkańców miasteczko, widać, że tutejsze władze dopiero próbują się otrząsnąć z upadku istniejącego tutaj przemysłu. Po lewej opuszczone zakłady, po prawej w połowie rozebrane domy-bloki, w których pewnie za przemysłowych czasów miasta gnieździło się po kilka rodzin.

Kowary do dziś wielu kojarzy głównie z produkcją dywanów, które były tu robione od połowy XIX w.

W latach 1948-73 — najpierw w ścisłej tajemnicy, a potem otwarcie — działała tutaj kopalnia uranu. Uran odkryli Niemcy. Rudę wykorzystywali do badań nad energią jądrową, prowadzonych w laboratorium w Oranienburgu. Jego eksploatację na szeroką skalę rozpoczęli jednak Rosjanie, pod osłoną NKWD. Do czasu, gdy Moskwa nie zorientowała się, że ma własne ogromne złoża, cały urobek samolotami trafiał za naszą wschodnią granicę.

Do 1973 r. w Kowarach wydrążono 24 sztolnie i 75 kilometrów wyrobisk do głębokości 520 metrów. Dopiero w 2001 r. odnaleziono skrzynię, w której były radzieckie dokumenty i mapy z lat 50.

Pierwsza kopalnia

— To był mój punkt zaczepienia. Odwodniliśmy kopalnię, przygotowaliśmy trasę, dostaliśmy wszelkie pozwolenia i ruszyliśmy. Do dziś pamiętam, jak zorganizowaliśmy kurs na przewodników. Zgłosiło się ponad sto osób, choć pracę miało dostać ledwie kilku. A jak cieszyliśmy się, gdy w majówkę odwiedziło kopalnię sto osób — opowiada Jankowski.

Główną atrakcją sztolni jest zwiedzanie podziemnego szlaku o długości 1,2 km. Przy wejściu każdy otrzymuje mapę z planem, na której ukryte są skarby walońskie. Na znalezienie skarbów jest godzina — tyle trwa zwiedzanie. Poszukiwanie zaczyna się przy Jeziorku Latimerii, skąd po przejściu przez kręty Labirynt Uranosa trafia się do Skarbca Walonów. Obok znajduje się drugi skarbiec — Królewski oraz Grota Uranowa i Safes Walonów. Jeśli tu niczego nie znajdziemy, nie pozostaje nic innego, jak przejść dalej długim korytarzem. Kopalnię w Kowarach odwiedza ponad 50 tys. turystów rocznie.

Dopiero gdy turystyka przy kopalni się rozhulała, Jankowski zorganizował w okolicy restaurację. Następnie pobudował hotel ze spa, którego ostatni etap budowy zakończył w ubiegłym roku.

Przełomem było zaoferowanie przez Jelenią Strugę terapii STR (skojarzonej terapii radonowej), którą prowadzi się w podziemnej sztolni o stałej całorocznej temperaturze 7- 8 stopni C, przy wilgotności powietrza 95-98 proc. Radon, uwalniany w naturalny sposób ze skał i wód podziemnych, tworzy w warunkach sztolni leczniczy aerozol. Kuracjusze leżą na łóżkach, słuchają muzyki i wchłaniają go przez drogi oddechowe, gruczoły wydzielania wewnętrznego i ściany naczyń krwionośnych.

Pierwiastek regeneruje i łagodzi dolegliwości kobiece, korzystnie wpływa na potencję oraz wzmocnienie sił witalnych. Innowacyjność i skuteczność terapii STR potwierdziła Klinika Rehabilitacji w Poznaniu. Pół miliona złotych na zorganizowanie STR dołożyła Unia Europejska. Żeby terapia odniosła skutek, trzeba odbyć co najmniej kilkanaście godzinnych sesji. Po każdej poćwiczyć w ciepełku na basenie, żeby radon się utrwalił w organizmie.

— Do zorganizowania nowego inhalatorium radonowego w Kowarach — bo kiedyś ono tu już funkcjonowało, tyle że w innym miejscu — mocno przyczyniła się pani Barbara, nasza pierwsza przewodniczka po kopalni. To ona wstawiła do sztolni różę, a ta tak się zakonserwowała, że nie zwiędła ponad dwa miesiące. To był pierwszy dowód. Drugi? Dzięki oprowadzaniu turystów pani Barbara wyleczyła się z dolegliwości odechowych — przez co nawet odebrano jej rentę — opowiada Marek Jankowski.

W Niemczech terapię radonem refundują tamtejsze kasy chorych. U nas na razie możemy o tym pomarzyć.

Wiesława Grześków, dyrektor Jeleniej Strugi SPA Resort każe jednak zaznaczyć, że goście nie przyjeżdżają do kowarskiego ośrodka tylko ze względu na radon.

— Na miejscu czeka ich dużo więcej. Doskonale przygotowane zabiegi, a także zawsze uśmiechnięta, fachowa obsługa. Wracają ze względu na holistyczny charakter ośrodka, a nie tylko ze względu na inhalatorium radonowe — wyjaśnia Wiesława Grześków.

Holistyczny charakter? Tak, bo spa w Kowarach, jak każdy inny taki szanujący się ośrodek, ma swą wyjątkową specyfikę. Pobyt ma się nierozerwalnie wiązać z pielęgnacją ciała, umysłu i ducha. Ma też być ciekawy. Dlatego klienci wybierają z 99 możliwości oczyszczania, odnowy i pielęgnacji oraz aktywności wellness. Oprócz inhalacji godne polecenia są m.in. zabieg kawiorowy, rytuał masażu królewskim bambusem czy też — uwaga! — poranne brodzenie boso w wodzie źródlanej. Ostatnio oddany do użytku został Hamam — rytualna łaźnia orientalna wraz ze wszystkimi towarzyszącymi zabiegami.

Zresztą nawet wizyta w kowarskiej saunie fińskiej dostarcza niezapomnianych przeżyć. Wychodząc z niej, nie wypada iść pod prysznic. Idzie się na zewnątrz. Mniej wytrwali chlapią się lodowatą wodą z górskiego strumyka. Bardziej zahartowani wskakują do beczki z równie lodowatą wodą.

W teren kupiony za równowartość kompletu mebli sklepowych Marek Jankowski zainwestował prawie 30 mln złotych. Do tego otworzył filię ośrodka we Wrocławiu, gdzie funkcjonuje tzw. Day SPA. Do Kowar Jankowski wciąż dojeżdża. Mieszka we Wronkach. Bo tu ma przyjaciół, m.in. tych, z którymi odkrył Jelenią Strugę.