Mroźna zima to gorący okres na rynku stali. Wraz z początkiem 2026 r. zaczął obowiązywać system CBAM, czyli podatek graniczny płacony m.in. od importu wyrobów hutniczych wytwarzanych w wysokoemisyjnym procesie produkcji. Pod koniec stycznia natomiast Komisja Handlu Międzynarodowego Parlamentu Europejskiego będzie głosować nad projektem zmiany przepisów ograniczających nawet o połowę wysokość kontyngentów na wyroby stalowe i podniesieniem ceł z 25 do 50 proc., które mają wejść w życie najpóźniej w połowie roku. Pod koniec stycznia Komisja Europejska miała także zaprezentować projekt Industrial Accelerator Act dotyczący zmian w zamówieniach publicznych, ale właśnie pojawiły się nieoficjalne sygnały, że jego ogłoszenie zostało przesunięte o miesiąc. Celem prac nad nim jest sprawniejsza realizacja strategicznych inwestycji publicznych i zwiększenie wykorzystania w nich produktów wytworzonych w Unii Europejskiej, np. zielonej stali.
Producenci zapowiedzieli podwyżki
Polskie huty liczą więc na wzrost popytu i cen, ale czy sprostają zagranicznej konkurencji.
— Ten rok zapowiada się nieźle. Dzięki m.in. systemowi CBAM wyroby stalowe mogą podrożeć o 50-100 EUR za tonę w zależności od rodzaju i gatunku — mówi Przemysław Sztuczkowski, prezes Cognoru.
Henryk Orczykowski, prezes Stalprofilu, informuje, że producenci zapowiedzieli podwyżki o 20 EUR za tonę już od lutego, ale nie wiadomo, jak zareaguje rynek, gdyż popyt już od dłuższego czasu jest dość niski. Zakłada jednak, że zapowiadane w Polsce i innych krajach UE wdrażanie local contentu, czyli rozwiązań mających na celu preferowanie wykorzystania produktów wytworzonych w Europie, może zwiększyć zapotrzebowanie na stal, a tym samym ceny wyrobów.
Drogi prąd dobija huty
Przedstawiciele producentów obawiają się jednak, że mimo zapowiadanego local contentu i rozwiązań chroniących europejski rynek przed importem spoza UE polscy dostawcy pozostaną na słabszej pozycji w stosunku do firm z innych krajów. Winne są m.in. ceny energii, które w Polsce należą do najwyższych w Europie.
— Polska ma dzisiaj jeden z najdroższych rynków energii na świecie. Za samą energię elektryczną na Towarowej Giełdzie Energii trzeba zapłacić średnio ponad 100 EUR za megawatogodzinę. Do tego dochodzą opłaty sieciowe, które dla przemysłu energochłonnego w Polsce są najwyższe w UE, oraz opłaty regulacyjne, takie jak mocowa i jakościowa, które w ostatnich latach drastycznie wzrosły. W rezultacie rachunek za energię elektryczną dla huty w Polsce może być nawet trzykrotnie wyższy niż w Chinach czy USA. Przy takim poziomie nie da się utrzymać konkurencyjności. Przemysł energochłonny po prostu nie wytrzyma dalszego wzrostu kosztów energii — alarmuje Mirosław Motyka, prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej (HIPH).
Podkreśla, że polskim producentom trudno konkurować nie tylko z dostawcami z krajów trzecich, ale także z krajów unijnych, które mają preferencyjne ceny energii dla przemysłu.
— Wiele uprzemysłowionych krajów w Europie, w tym Francja, Niemcy i Wielka Brytania, stosuje ulgi w kosztach sieciowych dla przemysłu na poziomie nawet 80-90 proc. — informuje prezes HIPH.
Niemcy np. dzięki 6,5 mld EUR dotacji z krajowego funduszu klimatycznego obniżają opłaty za przesył energii elektrycznej o 57 proc. Przeznaczyli również 6 mld EUR na program dekarbonizacji przemysłu.
Zdaniem Mirosława Motyki, aby polskie huty mogły konkurować w UE oraz z dostawcami spoza kontynentu, konieczne jest obniżenie ceny energii do 50-60 EUR za megawatogodzinę.
Menedżerowie i eksperci przypominają, że strategia działań mających ulżyć branży hutniczej została uzgodniona z Ministerstwem Przemysłu, ale po jego likwidacji plany pozostały jedynie na papierze.
Hutnicy chcą eksportu złomu z Ukrainy
Przemysław Sztuczkowski obawia się nie tylko trudnej rywalizacji z producentami z Europy Zachodniej, ale także z dostawcami zza wschodniej granicy. Wdrożony CBAM oraz planowane działania dotyczące ceł i kontyngentów obejmują wyroby stalowe z Ukrainy, ale ich rosnący import trudno będzie ograniczyć. Obawy budzą wprowadzone w Ukraine od tego roku restrykcje dotyczące złomu — rząd wprowadził zerowe kontynenty, które w praktyce blokują eksport cennego dla hut surowca.
Budzi to obawy także Mirosława Motyki.
— To nierynkowa interwencja, która sztucznie zwiększa podaż złomu na rynku wewnętrznym Ukrainy, obniżając koszty surowcowe hut, co uderzy w konkurencyjność producentów w Unii Europejskiej, w tym głównie polskich — mówi Mirosław Motyka.
Podkreśla, że złom stalowy jest kluczowym surowcem dla hut wyposażonych w piece elektryczne, a w naszym kraju mają one duży udział w produkcji. Huty ukraińskie natomiast wytwarzają stal głównie w tzw. procesie wielkopiecowym, czyli z użyciem rudy żelaza i koksu, uzupełniając ten wsad sporą ilością złomu. Dlatego też zakaz jego eksportu daje im sporą przewagę.
