W 2019 r. wybory europejskie odnowiły — istotnie personalnie, nieznacznie politycznie — skład PE, zaś krajowe przedłużyły szefowi rządu stanowisko. Zdecydowanie różnią się jednak teoretyczne cele obu wystąpień. W poprzedniej kadencji była to planowa wizyta ad limina w Strasburgu, w cyklu prezentowania przez kolejnych prezydentów/premierów ich wizji przyszłości UE. Obecnie zaś Mateusz Morawiecki na własny wniosek postanowił stawić czoło wrażym eurosiłom w debacie „Kryzys praworządności w Polsce a prymat prawa unijnego”. Jej finał i tak jest oczywisty — uchwalenie przez PE, w bloku głosowań w czwartek, kolejnej już rezolucji uderzającej w rządy PiS. Na szczęście bez znaczenia prawnego.
Mimo znacznej wymiany składu PE przebieg debaty z 2018 r. jest punktem odniesienia dla obecnej. Wtedy Mateusz Morawiecki teoretycznie przedstawił fundamenty UE 2.0, składającej się z upodmiotowionych narodów i realizującej uwspółcześnioną wizję Charlesa de Gaulle’a. Jednak prawie nikt w PE — poza europosłami PiS — nie był zainteresowany słuchaniem. Stanowiska ponadnarodowych grup partyjnych oraz głosy pojedynczych dyskutantów, a w konsekwencji również odpowiedzi premiera odnosiły się do sytuacji w Polsce — głównie zmian w sądownictwie. Sytuacja obecna jest znacznie gorsza i bardziej konfliktowa, albowiem Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 7 października przecież unieważnił — na wniosek premiera — na obszarze RP trzy przepisy podwójnie ratyfikowanego przez Polskę (w 2003 r. w referendum, zaś w 2009 r. w zwyczajnym trybie została ratyfikowana nowelizacja z Lizbony) traktatu o UE: art. 1 akapity 1 i 2, w związku z art. 4 ust. 3, następnie art. 2 oraz art. 19 ust. 1 akapit 2. Wspólnota pozostaje w szoku, ponieważ taki zamach na prawo pierwotne zdarzył się pierwszy raz w jej dziejach. Wszelkie orzeczenia sądów konstytucyjnych różnych państw, w tym również naszego TK od 2004 r., na temat relacji prawa krajowego i unijnego miały inny charakter.

Mateusz Morawiecki już przed wystąpieniem w Strasburgu upublicznił jego tezy. W poniedziałek rozesłał list do prezydentów/premierów, którzy zjadą w czwartek do Brukseli na standardowy szczyt Rady Europejskiej (RE). W tym kontekście trudno właściwie powiedzieć, po co tak naprawdę przyjeżdża do Strasburga, gdzie klęska wizerunkowa to oczywistość. Zapewnienia premiera, że Polska pozostaje lojalnym członkiem UE, zdecydowana większość europosłów uznaje za fejki. Notabene spośród wszystkich decyzyjnych instytucji unijnych zdecydowanie najmniej skonfliktowana z rządem PiS jest RE, zatem to właśnie na niej powinny koncentrować się działania antykryzysowe. Przyczyn relatywnej łagodności RE jest kilka: pisemne konkluzje szczytów wymagają jednomyślności, wielu prezydentów/premierów także ma za uszami różne przewiny, a poza tym zmiany w składzie RE następują tak szybko, że unijne służby nie nadążają z aktualizowaniem broszurki z portretami uczestników.
Najbardziej logicznym uzasadnieniem występu Mateusza Morawieckiego przed PE jest skierowanie go na rynek… krajowy. Ma być kolejną manifestacją politycznej twardości i potwierdzeniem, że absolutnie bezzasadne są posądzenia PiS o pełzający polexit. Z tym się można zgodzić. Takie zarzuty realnie są fejkami. Istnieje jednak także druga prawda, bardzo gorzka — Polska pod rządami PiS nigdy nie zostałaby do wspólnoty przyjęta.