Debata w Pęcicach o korupcji w prawie gospodarczym: pustawo, sprawnie i na temat. A może dość „dworowania” z łapownictwa? Czas na czyny!
16 kwietnia 2004 r. Wiosna we Dworze Polskim „Pęcice” pod Warszawą. Debata „Korupcja w polskim prawie gospodarczym”. Organizator (międzynarodowa firma prawnicza Salans) witał zaproszonych po staropolsku: obsługa w szlacheckich strojach biła czołem na dzień dobry. Niestety, frekwencja — choć tę promocyjną imprezę świetnie zorganizowano — nie dopisała. Parking świecił pustkami.
Znamienite grono
O godzinie 10:30 w dworskim salonie dyskusyjnym nie było jeszcze żywej duszy. Za to w ogrodzie, tuż za werandą, zebrali się już prelegenci i goście — mi.in.: Barbara Niesłuchowska (Ministerstwo Sprawiedliwości), Bogusław Grabowski (były członek RPP, aktualnie prezes PTE Skrabiec Emerytura), Janusz Szlanta (były prezes Stoczni Gdynia), Sebastian Mikosz (wiceprezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych), Ryszard Petru (ekonomista Banku Światowego) i Krzysztof Stefanowicz (radca prawny kancelarii Salans). Kilkuosobowe grono stało w kółku, prowadząc ożywioną dyskusję. Brylował Janusz Szlanta.
— Robicie różne badania o korupcji. Analizujecie statystyki. A to przecież wszystko ogólniki! — kierował krytykę do przedstawiciela Banku Światowego.
Według niego, informacje zawarte w korupcyjnych raportach BŚ, Transparency International czy Fundacji Batorego nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością:
— Jest dużo gorzej! Ale by się o tym przekonać, potrzeba bezpośredniego kontaktu z małymi i średnimi przedsiębiorstwami. To, co się tam dzieje, woła o pomstę do nieba. Ale nikt otwarcie nie powie — nawet w anonimowych ankietach — całej prawdy.
Zareagował Bogusław Grabowski:
— Przecież każdy z nas ma kontakt z tymi firmami!
— Ale nie w relacjach biznesowych! — odparował Janusz Szlanta.
Na uboczu siedział, przysłuchując się rozmowie, przedstawiciel Elektrimu — jakby nieco mniej zainteresowany rozmową.
Tuż po godzinie 11 imprezę otwarto. Pierwszy przemówił krótko Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha (o wszechobecości korupcji). Potem wywołano do tablicy Macieja Wnuka z Transparency International. Pudło! Nie dojechał — ponoć utknął w korku. Następny prelegent...
— Zdążyłam, choć przyjechałam z Poznania. Musiałam wstać o 5.00 rano! — prof. Aldona Kamela Sowińska wcale się nie skarżyła.
I już się wzięła do referowania raportu „Jak nie oszukiwać skarbu państwa”. Pół godziny zajęło jej przedstawienie kilkunastu obszarów zagrożenia korupcją w rodzimym sektorze finansowymi. Opierając się na podawanych w prasie faktach (w zdecydowanej większości — na publikacjach „PB”), nie zostawiła suchej nitki na: przedsiębiorcach, władzy państwowej i organach ścigania. Szczególnie dwu ostatnim zarzuciła totalną niekompetencję i absolutny brak wiedzy o szeroko pojętej rachunkowości. Mówiła o teorii hazardu moralnego: że każdy zysk można stworzyć, że trzeba powołać do życia instytucję generalnego prokuratora gospodarczego. Po zakończeniu padły pytania.
— Co może być złego w zakupie zadłużonej spółki? Gdzie tu przestępstwo? — chciał wiedzieć prezes Szlanta.
— Przecież to się też działo za pani rządów... — dolewał oliwy do ognia Richard Mbewe z Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej.
— To się zaczęło dużo, dużo wcześniej — ripostowała była minister skarbu.
Układanie klocków
Po krótkiej wymianie ciosów z Aldoną Kamelą Sowińską ogłoszono przerwę. Pani minister spieszyła na kolejne spotkanie. Ale dla „Pulsu” znalazła czas. Dlaczego?
— Jesteście genialni. Czasami pokazujecie małą notatkę, z której tyle wynika... Ale — nie mając systemowej wiedzy — nie wiecie, do czego ten klocek pasuje!
— Nie naszą rolą jest układanie klocków, tylko ich tworzenie, czyli informowanie...
— Racja! Dlatego są tylko dwie gazety, które czytam: „Puls Biznesu” — najlepsza! — i zielone strony „Rzeczpospolitej”.
— Ten zasób wiedzy i fachowość pozwalają Pani spokojnie spać?
— Tak, bo osobiście nie mam sobie nic do zarzucenia.
— Spokojny sen z pełną świadomością tego, co się wokół dzieje...?
— A tak, z tego powodu nie śpię dobrze. Ale też nie na śnie się mój niepokój kończy. Założyłam partię polityczną, napisałam program gospodarczy. Jednym z jego elementów jest temat, który dzisiaj poruszyłam — próba stworzenia — w ramach istniejącego systemu prawnego — gospodarczego segmentu prokuratury generalnej. Jego celem byłoby poszukiwanie i rozwiązywanie problemów gospodarczych, przekrętów, malwersacji, łapownictwa... Tych z wyższej półki — wysublimowanych, inteligentych, trudnych!
— Prokurator gospodarczy — ma Pani na myśli jakąś konkretną osobę?
— Nie, nie... Mówiłam o rozwiązaniach systemowych a nie personalnych. Ale nikt mi nie powie, że spośród 27 mln dorosłych obywateli nie znajdzie się 5-6 osób potrafiących profesjonalnie zająć się największymi przekrętami gospodarczymi — w skali krajowej i międzynarodowej. Niebawem najwięcej nadużyć pojawi się w zagranicznych kontraktach. Tu rynek krajowy, tu zagraniczny — tu giełda, tu przesunięcia czasowe. Już przecież mieliśmy taki przypadek — słynne 6 sekund na GPW!
— Mówiła też Pani o „speckomisji”, czymś na wzór tej ze Stanów po aferze Enronu...
— Chodzi o weryfikację sprawozdań spó-łek, nadzór nad audytorami. Amerykanie zareagowali natychmiast i wprowadzili takie ciało. Międzynarodowa Federacja Księgowych (IFAC — International Federation of Accountants) też zamierza powołać komisję publicznego nadzoru — tzw. Public Overside Board. Chcą, by zasiadało w niej 5-6 osób z całego świata (byłam jedyną kandydaturą z Polski). Nic nie stoi na przeszkodzie, by podobna rada zaufania publicznego powstała w Polsce.
— Wymieniła Pani z 15 obszarów rachunkowości zagrożonych korupcją i 3 nowe, które pojawią się lada moment...
— Jeden już się pojawił — 6-sekundowa różnica...
— Ilu polityków i urzędników w kraju zdaje sobie z tych zagrożeń sprawę?
— Niewielu.
— Dlaczego milczą?
— Być może z tego żyją.
Wiedza i praktyka
— Co do tych nowych zagrożeń... Pozostałe dwa to tzw. market timinig i...
— Space shelf...
— Właśnie. Na czym one polegają?
— Ogólnie? Na wykorzystywaniu przewagi informacyjnej, wynikającej z różnicy w czasie... Wartości sprzedawanych akcji, kontrakty długoterminowe, udziały w funduszach inwestycyjnych i emerytalnych — tego typu rzeczy... Źródłem niebezpieczeństwa jest wiadomość — ważna i wykorzystana wskutek różnicy czasu inwestowania na giełdach światowych. Tylko ten z niej żyje, kto ją ma...
— Kto mógłby temu przeciwdziałać?
— Trzeba zacząć to kontrolować — mimo, że u nas nie ma jeszcze masowego rynku kapitałowego.
— Ale kto powinien to robić?
— No chociażby Komisja Papierów Wartościowych i Giełd.
— Przeraziło mnie — prowokacyjne! — pytanie prezesa Szlanty...
— Mówiłam wtedy wyraźnie o stracie bilansowej — przy skonsolidowanym sprawozdaniu finansowym. W takim przypadku, nabywając zadłużoną firmę, nie wypłaca dywidendy, konsoliduje wynik, zysku nie ma, bo nie ma z czego... Chociaż najczęstsze przypadki są odwrotne — tak się rasuje wynik finansowy przy pustej kasie, by wyprowadzić dywidendę. Nie ma takiego bilansu, którego nie można podrasować! Nie ma!
— Jaki odsetek sprawozdań spółek z polskiego parkietu, to dokumenty sporządzone uczciwie?
— Podanie procentów to duża odpowiedzialność.
— Ale większość czy mniejszość?
— Nie odpowiem. Za to na pewno panu nie powiem, że 100 proc. to święci! Zbiorowej beatyfikacji w biznesie nie ma. Mogę rzec tak: jeżeli w sprawozdaniu spółki giełdowej pojawia się zastrzeżenie rewidenta, skontrolowałabym wszystko — od pierwszej do ostatniej strony. Są przypadki, że takie zastrzeżenie jest słuszne, uczciwe, dobre i potrzebne. Nasz świat musi być absolutnie czarno-biały! Jeszcze nie dorośliśmy — mentalnie, intelektualnie i moralnie — do stosowania narzędzi elastycznych! Jak tylko mamy do dyspozycji zbyt duży obszar decyzyjny w gospodarce, to on od razu staje się śliski. A to zajęcie dla wyższej szkoły jazdy!
— Jest sens organizowania takich paneli jak ten dzisiaj?
— Owszem jest, tylko nie dla tak małej liczby osób. Przecież tutaj wszyscy... Powiem inaczej: co komu przyniósł mój wykład? Kto z niego skorzystał?
— „Puls Biznesu” na pewno...
— Ale tam na tej sali... Moja prezentacja byłaby dobra dla dużego grona prokuratorów i sędziów. Nie żeby ich uczyć, tylko uczulić. To przecież nie było dla tych, którzy albo to stosują, albo o tym wiedzą... A przecież tak się podzieliła sala... Panie redaktorze... No nie jest to prawdą?
