Hiszpania, wraz z uruchomieniem linii Madryt–Walencja, odebrała Francji pierwsze miejsce w dziedzinie superszybkich pociągów. Sieć kolejowa, po której się poruszają, ma długość 2665 km i stawia Hiszpanię na drugim miejscu w świecie – po Chinach.
Czy Hiszpania mogła zafundować sobie taki luksus, kiedy jest kryzys? I czy takie rozwiązanie jest sensowne? Po co wydawać na to fortunę – 6 miliardów euro – jeśli według oficjalnych przewidywań w pierwszym roku nie będzie więcej niż 3,5 miliona pasażerów? A to kompletny drobiazg w porównaniu z 400 milionami pasażerów pociągów podmiejskich.
Ekologowie i hiszpańskie stowarzyszenia na rzecz zróżnicowania transportu nie zgadzają się z dysproporcjami w sieciach: „Europa ze zdumieniem obserwuje sposób, w jaki wykorzystujemy unijne fundusze”, mówią. „Zamiast dbać o spójność, ulepszając transport w sąsiedztwie, preferuje się wielką szybkość. A to służy tylko Madrytowi, zaś Walencję, Saragossę i inne wielkie miasta zmienia w dzielnice stolicy”.
