Supernadzór się kruszy

Mira Wszelaka
07-08-2006, 00:00

Ministrowie rolnictwa i zdrowia mieli rozbieżne wizje kontroli nad bezpieczeństwem żywności. Teraz jej losem zajmie się premier.

Miało być taniej i sprawniej. Przynajmniej taka idea przyświecała Kazimierzowi Marcinkiewiczowi, który w ramach programu „Tanie państwo” forsował połączenie sześciu inspekcji, chcąc na ich bazie utworzyć Państwową Inspekcję Bezpieczeństwa Żywności (PIBŻ). Tyle teorii, bo praktyka się z nią rozminęła. Powstanie instytucji zablokował minister zdrowia, który sprzeciwił się wejściu do nowego tworu Państwowej Inspekcji Sanitarej. Powodów nie brakowało.

Pełne zaskoczenie

2 stycznia 2006 r. były premier powołał radę ds. bezpieczeństwa żywności, która w sześć miesięcy miała opracować projekt jednolitego zintegrowanego systemu kontroli i bezpieczeństwa żywności oraz zająć się analizą prawa. W tym czasie udało się jedynie ustalić linię frontu prawdziwej batalii, która rozgorzała między resortami rolnictwa i zdrowia.

— Od samego początku nie kryliśmy zaskoczenia. Po pierwsze, dlatego że od 2002 r. istniał międzyresortowy zespół ds. bezpieczeństwa żywności, po drugie zaś plany reorganizacji nie były z nami konsultowane — tłumaczy Marek Ludwik Grabowski, zastępca Głównego Inspektora Sanitarnego (GIS), który reprezentował w zespole ministra zdrowia.

Jako najważniejszy powód podaje jednak brak równowagi w liczbie członków zespołu. Jego szefem został minister rolnictwa, a w jego skład weszło dodatkowo czterech innych przedstawicieli resortu oraz po jednym z resortu zdrowia, spraw wewnętrznych i administracji, finansów, środowiska oraz UOKiK.

— Nie ukrywam, że razem z ministrem Religą robiliśmy wszystko, by zablokować powstanie tej instytucji i tym samym uchronić Polskę przed kłopotami. Jesteśmy otwarci na zmiany, ale to był bardzo zły pomysł. Ten system trzeba poprawiać ewolucyjnie. Rewolucję przeprowadza się tylko wtedy, gdy są wyraźne powody, a w tym wypadku nawet Komisja Europejska nie miała zastrzeżeń — podkreśla Marek Ludwik Grabowski.

Drożej, a nie taniej

Jego zdaniem kuriozalny wydawał się fakt, że o bezpieczeństwie żywności, które wpływa na jakość życia i zdrowia, miałby decydować minister rolnictwa.

Co więcej, problemem okazały się także koszty.

— Podczas głosowania kończącego prace zespołu od głosu wstrzymał się przedstawiciel Ministerstwa Finansów. Podczas konsultacji okazało się, że zanim pojawią się oszczędności, przez wiele lat trzeba będzie ponosić wysokie koszty — podkreśla Marek Ludwik Grabowski.

To jednak nie koniec strat finansowych. PIBŻ miała powstać na znaczącej części laboratoriów podlegających pod GIS.

— Wyłączenie części zadań na rzecz nowej instytucji wiązałoby się z podziałem i przekazaniem naszych nowoczesnych laboratoriów, na których akredytację wydaliśmy ponad 200 mln zł. Podział laboratoriów (na część żywnościową podległą PIBŻ i epidemiologiczną byłby wysoce nieracjonalny i w niejednym przypadku paraliżowałby badania — przekonuje Marek Ludwik Grabowski.

Był to jeden z wielu powodów do weta ministra zdrowia.

— Wyniki prac zespołu przekazaliśmy do kancelarii premiera i to on zdecyduje o dalszym losie inspekcji — mówi Marek Ludwik Grabowski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mira Wszelaka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Supernadzór się kruszy