Szkoła realna w czasach zarazy

opublikowano: 11-03-2021, 20:00

Jesteśmy w stanie, w małej grupie, jak partyzanci na wojnie, zebrać się i postanowić o pewnych rzeczach sami, a pracujemy w jakiejś fikcji centralnego sterowania, które na wojnie nie działa — mówi Dorota Fiett, dyrektorka Bednarskiej Szkoły Realnej.

„PB”: Pandemia mocno zmieniła szkołę. Wszyscy przeszli na naukę online, tam z różnymi przerwami się uczą. Jak zmieniła się szkoła?

Dorota Fiett: Zmieniła się radykalnie. Przede wszystkim rozmawia pan z dyrektorką szkoły społecznej, niedużej, która się nazywa Realna. Została założona sześć lat temu właśnie po to, żeby była realna. Dla nas ta realność to bardzo silna społeczność, która mocno ze sobą współpracuje, spędza ze sobą dużo czasu, mnóstwo rzeczy robi w byciu razem. W związku z tym pandemia dotknęła ją bardzo — założenia zostały mocno podcięte: nie możemy się spotykać, przynajmniej tak intensywnie, lecz współdziałać inaczej, co w trybie online jest bardzo trudne. Stanęliśmy więc przed ogromnym wyzwaniem, gdyż uważamy, że szkoła skutecznie uczy i wychowuje, wykształca różne umiejętności i wbija wiedzę podczas bycia razem. Jeśli tych relacji się pozbywamy czy je ograniczamy, np. przez bycie tylko na ekranie, to nie ma co się łudzić, że wszystko jest OK.

W pierwszej fazie pandemii wszystko zostało sprowadzone do rozmów o tym, czy jest odpowiednia liczba komputerów, czy wszyscy mają internet, czy nauczyciele nauczą się obsługiwać platformę itd. Myślę jednak, że technologia to najmniejszy problem…

Technologia jest bardzo istotna i na początku skupiliśmy się na skutecznej komunikacji i nowych narzędziach. Niektórzy ich używali od lat, a niektórzy, choćby ja, mieli do nich organiczny wstręt. Jestem biologiem, lubię siedzieć w lesie i prowadzić zajęcia terenowe, więc na sobie mogłam sprawdzić, jak to jest zmusić się i chwycić za te narzędzia. Niektórych trzeba było mocno przekonywać, bo przecież następnego dnia po zamknięciu ruszyliśmy ze zdalną szkołą. Cały IT był postawiony na nogi. Akurat nasza szkoła uczy bardzo dużo informatyki, więc była bardzo dobrze wyposażona, a wszyscy uczniowie mają laptopy. Sporo jednak musieliśmy zainwestować w sprzęt. Dział IT szkolił nauczycieli. Uruchomiliśmy gigantyczną samopomoc. Anglista zbierał grupę nauczycieli, pokazywał im, jak się to robi. Polonistka, która umiała dzielić arkusze, uruchamiać prezentacje i robić lekcje interaktywne, natychmiast się w to włączyła.

Koleżanki w redakcji uważają, że rok zdalnej szkoły w podstawówce jest stracony. Czy ten rok odbije się na poziomie wiedzy wyniesionej ze szkoły?

Pracuję w liceum. Rozmawiałam z licealistami, np. ze świetnymi uczniami, którzy bardzo obsunęli się w nauce, nie zaliczyli semestru. Pytam: „Hej, przecież byłeś świetny z matematyki i fizyki, a masz niezaliczone. Co się z tobą dzieje?” I mój bardzo dobry uczeń mówi mi miesiąc temu, czyli już po roku zdalnej szkoły: „Wie pani, cały czas miałem wrażenie, że to zaraz się skończy i wtedy wezmę do roboty”. Myślę, że bardzo wiele osób, również nauczycieli, miało takie przeczucie. Musimy jednak przyjąć do wiadomości, że trzeba się rozwijać w ramach tego, co mamy, i cieszyć z tego, czego uczymy się teraz, w takich warunkach. Dzieci chodziły do innej szkoły — szkoły życia. Trzeba przestawić sposób myślenia na to, jakie korzyści są z takiej szkoły. To jest potrzeba bardzo poważna, psychologiczna i poznawcza.

Jak pani ocenia zamykanie szkół, potem czasowe otwieranie, następnie znowu zamykanie. To było słuszne?

Mnóstwa rzeczy nie trzeba było robić albo robić inaczej. Przede wszystkim nauczyciele w Polsce nie są grupą powszechnie szanowaną. W pandemii co prawda okazało się, czym jest ten zawód, a rodzice zobaczyli nauczyciela w akcji, ale przede wszystkim jesteśmy traktowani instrumentalnie. Bez przerwy przysyła się nam — teraz wręcz codziennie, bo w sprawie szczepień — ankiety do wypełniania. Pamiętam te ankiety sprzed roku z kuratorium. Kuriozalne: ilu uczniów jest, ilu nie ma, wpisz, zaznacz, wypełnij. Mam wrażenie, że wszystkie te ankiety nie służyły temu, żeby poprawić dobrostan, tylko żeby ktoś rozliczył się z jakichś rubryczek. Ale czy coś z tych rubryczek wynika? Ja codziennie wypełniam ankietę, w której wpisuję, ilu moich nauczycieli jest zaszczepionych i codziennie wpisuję zero. Czy z tego, że ja wpisuję zero, coś wynika? Nie dzwoni do mnie następnego punkt szczepień, tylko nasz sekretariat wydzwania po wszystkich punktach. Te działania są pozorne, fikcyjne. Lepiej oddać pewne rzeczy w ręce dyrektorów. Jesteśmy w stanie, w małej grupie, jak partyzanci na wojnie, zebrać się i postanowić o pewnych rzeczach sami, a pracujemy w jakiejś fikcji centralnego sterowania, które na wojnie nie działa.

Rozmawiał Grzegorz Nawacki

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane