Po latach kurczenia się popytu mięso i wędliny wracają do łask. W 2024 r. Polacy kupili o 1 proc. więcej mięsa czerwonego i o 0,3 proc. wędlin – wynika z danych Consumer Panel Services YouGov. Wzrost jest wprawdzie symboliczny, jednak to pierwszy ruch w górę od sześciu lat. Wartościowo rynek również nie zawiódł, bo wydatki gospodarstw domowych przekroczyły 34 mld zł, rosnąc rok do roku o 3,6 proc. Przeciętnie oznacza to ponad 2,2 tys. zł na jedno gospodarstwo.
Branża jednak nie świętuje, bo zbierają się nad nią ciemne chmury w postaci zagrożeń epizootycznych. Grypa ptaków, rzekomy pomór drobiu i ASF są już obecne w kraju, a za południową i zachodnią granicą Polski wykryto pryszczycę. Jej ewentualne przeniknięcie nad Wisłę oznaczałoby nie tylko wstrzymanie produkcji i nowe ograniczenia sanitarne, ale też realne ryzyko handlowego embarga. Eksporterzy obawiają się utraty dostępu do rynków zbytu. Tymczasem koszty bioasekuracji rosną.
Nikt nie jest bezpieczny
Po raz ostatni pryszczyca nawiedziła nasz kraj w 1971 r. To wysoce zaraźliwa choroba parzystokopytnych, zarówno hodowlanych, jak i żyjących dziko. Dla ludzi nie stanowi poważnego zagrożenia, a jej objawy ustępują samoistnie, jednak dla sektora rolno-spożywczego może zakończyć się handlowym paraliżem i miliardowymi stratami.
– Skalę zagrożenia widać chociażby po brytyjskich doświadczeniach sprzed ponad dwóch dekad. W 2001 r. po wykryciu ognisk pryszczycy w Wielkiej Brytanii zutylizowano 6 mln sztuk bydła, owiec, kóz i świń, a straty dla tamtejszej gospodarki oszacowano na ok. 8 mld GBP – mówi Aleksander Dargiewicz, prezes Krajowego Związku Pracodawców Producentów Trzody Chlewnej Polpig.
W przypadku wykrycia wirusa na terytorium Polski automatycznie zostaną ustanowione strefy zapowietrzone i zagrożone w promieniu odpowiednio 3 i 10 km, a przemieszczanie zwierząt i produktów pochodzenia zwierzęcego zostanie zakazane. Dla hodowców oznacza to masowe wybijanie stad i ryzyko trwałych strat. Dla przetwórców – załamanie dostaw surowca, potencjalną konieczność zmniejszenia produkcji i problemy z eksportem.
Przykłady Węgier oraz Słowacji pokazują, że negatywne konsekwencje wystąpienia pryszczycy mogą być bardzo duże, zarówno w obszarze eksportu, jak i dostaw na rynek wewnętrzny. W dodatku nie dotyczą tylko bydła. Rykoszetem obrywa też sektor trzody chlewnej. Pełne zakazy przywozu lub istotne ograniczenia dotyczące krajów, w których wystąpiły ogniska pryszczycy, wprowadziły zarówno wybrane państwa unijne, jak i spoza Unii, co mocno komplikuje sytuację państw zmagających się z tą chorobą. Równolegle w krótkim okresie może zostać zdestabilizowany rynek wewnętrzny. Przetwórcy będą mieli obawy przed zaopatrywaniem się u lokalnych rolników, co spowoduje spadek cen i wzrost importu z krajów wolnych od choroby.
Dla tak dużego eksportera jak Polska ewentualne konsekwencje mogą być bardzo poważne. Nasz kraj należy do czołówki producentów i eksporterów mięsa w Unii Europejskiej. W przypadku wołowiny udział eksportu w krajowej produkcji mięsa wynosi około 80 proc. W przypadku wieprzowiny to około 20-30 proc. Wszelkie ograniczenia w sprzedaży zagranicznej spowodowałby wymierne straty dla rolników oraz przemysłu mięsnego.
– Polska to ważny gracz na rynku eksportowym mięsa i jego przetworów, dlatego ewentualne ograniczenia handlowe byłyby dla nas poważnym wyzwaniem. Liczymy jednak, że w razie wystąpienia pryszczycy większość krajów stosowałaby zasadę regionalizacji, podobnie jak w przypadku ASF. Wierzymy też, że w przypadku produktów poddanych obróbce cieplnej, a więc bezpiecznych pod względem wirusologicznym, nie byłoby większych utrudnień – mówi Przemysław Gostkiewicz, prezes Grupy Sokołów.
Podkreśla, że równie trudnym wyzwaniem może być organizacja pracy pod restrykcyjnym reżimem sanitarnym oraz ograniczona dostępność surowca.
– Naszą przewagą jest rozproszona struktura. Mamy aż osiem zakładów w różnych częściach kraju i szeroką sieć dostawców, co pozwala nam minimalizować ryzyko w razie objęcia danego regionu strefą zapowietrzoną. Ale nie każda firma w branży ma takie możliwości – zauważa prezes Sokołowa.
Jeden rynek, wiele zagrożeń
Zagrożenia epizootyczne to tylko jedna z bolączek, z którymi mierzy się dziś branża mięsna. Firmy duszą rosnące koszty produkcji, brak rąk do pracy, zwłaszcza na liniach produkcyjnych, i rosnąca konkurencja cenowa, napędzana m.in. przez tańszy import oraz spadek pogłowia trzody w Polsce.
– Coraz większym wyzwaniem są też wymagania środowiskowe i niestabilność rynku, od cen skupu po zmienność popytu. To wszystko utrudnia planowanie i zniechęca do inwestycji – mówi Anna Olewnik-Mikołajewska, prezes Grupy Olewnik.
Skutki? Mniej inwestycji, niższe marże, presja na cięcia i reorganizację. Zdaniem szefowej Olewnika sektor czeka kosztowna transformacja – od nowych technologii po zmiany w łańcuchach dostaw i przebudowę portfolio. Bez tego trudno będzie utrzymać pozycję konkurencyjną na coraz bardziej wymagającym rynku europejskim.
Obecnie nie można jednoznacznie określić, w jaki sposób pryszczyca została zawleczona najpierw do Niemiec, a później do Węgier i Słowacji. Służby weterynaryjne na razie milczą na temat źródła choroby. Ewentualne ognisko w Polsce oznaczałoby nie tylko zahamowanie eksportu i spadek cen żywca, ale też poważne problemy z nadpodażą mięsa na krajowym rynku. W takich warunkach trudno mówić o opłacalnej produkcji. Dziś służby weterynaryjne działają na pełnych obrotach: kontrolują granice, monitorują gospodarstwa, prowadzą szkolenia. Ale trzeba pamiętać, że wirus może przywędrować choćby na podeszwach butów. Liczę, że z nadejściem wiosny, a wraz z nią wyższych temperatur, ryzyko rozprzestrzeniania się choroby będzie mniejsze. Jej transmisji sprzyja niska temperatura i wysoka wilgotność powietrza, które są charakterystyczne dla okresu od późnej jesieni do wiosny. Na nałożeniu ewentualnych ograniczeń na polskich eksporterów skorzystałyby na pewno wszystkie kraje, z którymi rywalizujemy o rynki zagraniczne. W kontekście wołowiny byłyby to: Francja, Włochy, Niemcy i Irlandia.
Firmy mięsne się nie poddają. Branża wciąż widzi szanse na rozwój, a jej przedstawiciele szukają rozwiązań, które pozwolą utrzymać konkurencyjność.
– Szczególnie istotne są możliwości skorzystania z funduszy KPO wspierających automatyzację i modernizację zakładów produkcyjnych. Równie istotny jest rozwój technologiczny, w tym projekty wspierane przez NCBR oraz zastosowanie sztucznej inteligencji w zarządzaniu produkcją – mówi Anna Olewnik-Mikołajewska.
Menedżerka liczy także na konsumentów, ponieważ wzrost siły nabywczej, rosnące wymagania jakościowe i zmieniające się nawyki żywieniowe napędzają segment produktów premium. Dla firm to szansa na budowę wartości dodanej i wzmocnienie pozycji zarówno na rynku krajowym, jak i w eksporcie.
<div class="flourish-embed" data-src="story/3047702"><script src="https://public.flourish.studio/resources/embed.js"></script><noscript><img src="https://public.flourish.studio/story/3047702/thumbnail" width="100%" alt="visualization" /></noscript></div>
Gdyby pryszczyca dotarła do Polski, skutki dla branży mięsnej byłyby dramatyczne. Likwidacja stad, strefy zapowietrzone i zagrożone, zatrzymanie transportów, blokady eksportu – wszystko zgodnie z unijnymi regulacjami. Kontrahenci, w obawie przed rozprzestrzenieniem się choroby, przestaliby kupować polskie mięso.
W Niemczech mimo sprawnej akcji sanitarnej straty całego sektora rolnego wyniosły około 1 mld EUR. Nie ma powodu sądzić, że u nas byłoby inaczej.
Na razie Polska pozostaje wolna od pryszczycy, co zawdzięczamy szybkiej reakcji Inspekcji Weterynaryjnej i Ministerstwa Rolnictwa. Ale to nie oznacza, że zagrożenie minęło. Za bezpieczeństwo odpowiada nie tylko administracja, ale też branża. Przypadek Słowacji pokazuje, jak łatwo zawlec chorobę – wystarczyła jedna wizyta hodowcy z Węgier. Dlatego powstały sztaby kryzysowe, które informują, edukują i walczą z dezinformacją. Tylko pełna mobilizacja daje szansę, by nie powtórzyć czarnego scenariusza z południa Europy.
