Trudno o argumenty za umocnieniem złotego

Krzysztof Kolany, Bankier.pl
09-08-2018, 22:00

Od kwietnia trwa globalny odwrót od emerging markets. Cierpią na tym GPW oraz polski złoty, a marnym pocieszeniem pozostaje fakt, że inni mają zdecydowanie gorzej

Na wielu wykresach aktywów z emerging markets widać to samo. To data 17 kwietnia 2018 r. Po tym dniu notowania walut rynków wschodzących zaczęły spadać, jakby ktoś nagle pozbawił je siły nośnej. Przykładowo, kurs USD/PLN podskoczył z 3,35 zł do niemal 3,80 zł na początku lipca. To samo można zaobserwować na wykresie indeksu MSCI Emerging-Market Currency, który w tym samym okresie zaliczył spadek o 5,6 proc. Równocześnie indeks dolara poszedł w górę — z 89 do 95 pkt., co przekłada się na 6,7-procentowe umocnienie amerykańskiej waluty.

Nie był to przypadek. 17 kwietnia Ludowy Bank Chin obniżył stopę rezerwy obowiązkowej o 100 pkt. baz., do 17 proc. w przypadkudużych banków. Było to istotne poluzowanie polityki monetarnej za Wielkim Murem. Zmianę kursu Pekin potwierdził w czerwcu, ordynując potężny zastrzyk pieniądza w system bankowy oraz ponownie tnąc stopę rezerw obowiązkowych.

Zmiana polityki monetarnej w Chinach negatywnie odbiła się na wartości juana, co zresztą zdaniem niektórych komentatorów było zamierzonym działaniem chińskich władz. A wraz z juanem w dół poszły notowania prawie całego koszyka „emerdżingowego”. Według stanu na 8 sierpnia, z całego koszyka na plusie względem początku roku utrzymują się tylko peso meksykańskie oraz kolumbijskie. Stosunkowo nieźle trzymają się jeszcze niektóre waluty azjatyckie.

Polski złoty znalazł się w połowie stawki, ze stratą 5,4 proc. od początku roku. Nieco więcej straciły rupia indonezyjska, peso filipińskie czy forint węgierski. Można by powiedzieć, że to swego rodzaju straty własne, powstałe w wyniku zmasowanego ostrzału krajów pogrążonych (lub pogrążających się) w kryzysie gospodarczym lub finansowym.

Kryzys tu, kryzys tam

Listę największych ofiar otwiera argentyńskie peso, które od początku roku straciło prawie jedną trzecią wartości względem dolara. Argentyński kryzys rozegrał się w maju i czerwcu — z powodu błędów w polityce monetarnej kraj utracił zaufanie zagranicznych inwestorów. Argentyna musiała się ratować awaryjną podwyżką stóp procentowych (do 40 proc.) i równie awaryjną pożyczką od Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Działania władz argentyńskich były zgodne z „podręcznikiem” i wydaje się, że przyniosły zamierzony efekt: od początku lipca kurs peso jest stabilny.

Rozpędu nabiera za to kryzys walutowy w Turcji, gdzie lira niemal co dnia bije rekordy słabości i od początku roku straciła już niemal 30 proc. Tu także przyczyny były dość klasyczne: brak reakcji banku centralnego na wzrost inflacji i boom kredytowy.

Inflacja CPI w Turcji dobija do 16 proc. i nie zatrzymały jej kunkatorskie podwyżki stóp procentowych w wykonaniu zależnych od prezydenta Recepa Erdoğana przedstawicieli TCMB. Co gorsza, Erdoğan wdał się w czysto polityczny spór ze Stanami Zjednoczonymi, co może poskutkować nałożeniem amerykańskich sankcji i wystraszyć nawet najbardziej odważny kapitał zagraniczny znad Bosforu. Sytuację Turcji pogarszają irracjonalne wierzenia samego Erdoğana, który publicznie powtarza, jakoby to wysokie stopy procentowe były przyczyną wysokiej inflacji. Ekonomiści dość zgodnie twierdzą, że jest dokładnie na odwrót: to zbyt niskie stopy procentowe napędzają inflację.

Osobnym tematem jest sytuacja w Republice Południowej Afryki, która wkroczyła na ścieżkę zimbabweńską. Rządzący „rewolucjoniści”, którzy doprowadzili do upadku apartheidu, teraz wywłaszczają białych farmerów i prowadzą niegdyś najbogatszy kraj Afryki w objęcia realnego socjalizmu. Pierwsze efekty już widać: stopa bezrobocia wynosząca 27 proc. sięga najwyższych poziomów od 15 lat, przy inflacji rzędu 5 proc. i rocznej dynamice PKB od lat nieprzekraczającej 2 proc.

Fed rozdaje karty...

Abstrahując od lokalnych i raczej specyficznych dla poszczególnych krajów problemów, nie można zapominać o działaniach Rezerwy Federalnej, która z cykliczną bezdusznością normalizuje politykę monetarną. Przez poprzednie 50 lat każdy cykl podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych prowadził do jakiegoś kryzysu finansowego.

Nierzadko były to kryzysy „na peryferiach” — czyli właśnie w krajach rozwijających się. Przebieg tych kryzysów był zawsze podobny. W czasach niskich stóp w USA kraje rozwijające się (zarówno rządy, jak i sektor prywatny) zadłużały się w tanim dolarze. Gdy Fed stopy podnosił, umacniał się dolar, co podwójnie uderzało w zdolność do obsługi dolarowych długów. Teraz mamy to samo: Fed bardzo powoli, lecz nieubłaganie, zaciska pętlę na szyi dłużników z rynków wschodzących: od Turcji przez Rosję po Argentynę (dolarowe długi akurat nie dotyczą Polski, ale niestety jesteśmy w jednym koszyku z dolarowymi dłużnikami). Trudno się dziwić, że w takich warunkach koszyk „emerdżingów” jako całość cierpi katusze.

...a RPP ucina sobie drzemkę

Nie wygląda na to, aby pełzający kryzys rynków wschodzących miał wkrótce zostać przezwyciężony. Nie bardzo widać też powody, dla których zagraniczny kapitał miałby się zainteresować polskimi aktywami. Polskie obligacji 10-letnie płacą obecnie 3,1 proc., podczas gdy amerykańskie oferują prawie 3 proc. rentowności. Trudno byłoby zrozumieć amerykańskiego inwestora, który wybrałby papiery polskie przy tak niskiej premii za ryzyko.

Jeszcze bardziej kuriozalna sytuacja panuje na krótkim krańcu krzywej terminowej. Rząd USA za pożyczenie dolarów na dwa lata płaci 2,67 proc. Rząd polski pożycza złote po koszcie 1,61 proc. I nie zanosi się, aby w tej materii cokolwiek miało się zmienić na korzyść polskich obligacji. Rada Polityki Pieniężnej w dającej się przewidzieć przyszłości nie planuje podniesienia stóp procentowych. Prezes NBP Adam Glapiński idzie jeszcze dalej i chciałby utrzymać rekordowo niskie stopy nawet od 2020 r. I to nawet w sytuacji, gdy projekcje samego NBP wskazują na to, że inflacja CPI sięgnie 3 proc., a wzrost PKB będzie hamował. W takim układzie trudno znaleźć jakiś argument przemawiający za umocnieniem złotego. © Ⓟ

TRZY PYTANIA DO... KONRADA RYCZKI, ANALITYKA DM BOŚ

Złoty znalazł się na uboczu

1. Co dzieje się z kursem funta brytyjskiego?

Wydaje się, iż perspektywa parytetu w kursie GBP/ EUR jest jednak dość odległa — scenariusz ten mógłby zostać zrealizowany tylko przy założeniu kompletnego fiaska procedury brexitu oraz zaskakującej siły euro, które pozostaje jednak pod presją ze strony dolara, z uwagi na perspektywy polityki monetarnej. Nie ulega jednak wątpliwości, iż ostatni kwartał przyniósł odwrót od brytyjskiego funta, głównie z uwagi na zawirowania w procedurze opuszczenia Unii Europejskiej. Pomijając napięcia polityczne, samo prawdopodobieństwo brexitu bez podpisania umowy handlowej z unią wynosi obecnie, według szefa Banku Anglii, 40-60 proc.

W przypadku realizacji tego negatywnego scenariusza (pozostało jedynie osiem miesięcy) handel na linii Wielka Brytania — unia regulowany byłby przez WTO. Powszechne jest jednak stanowisko, iż im większe będą problemy w handlu ze wspólnotą, tym silniej uderzy to w gospodarkę brytyjską, która może znaleźć się na skraju kryzysu. Za ostatnią słabość funta odpowiada również pośrednio Bank Anglii, który dokonując ostatniej podwyżki stóp procentowych, schłodził nieco oczekiwania na dalsze zacieśnianie polityki, sygnalizując również narastające ryzyko.

2. Lira leci na łeb na szyję, dołączył do niej rubel, wcześniej problemy miało peso. Na ile są to sygnały groźne dla złotego?

Zarówno zachowanie liry, jak i rubla w ostatnich kwartałach w nikłym stopniu wpływa na postrzeganie koszyka walut rynków wschodzących. Za przecenę obu walut odpowiadają czynniki lokalne. Złoty, jak cały koszyk walut Europy Środkowo-Wschodniej, znajduje się obecnie nieco na uboczu globalnych wydarzeń. Dlatego pozostaje w konsolidacji, w nikłym stopniu reagując na wydarzenia globalne. Wyjątek stanowi oczywiście zestawienie z funtem, gdzie spadki wynikały ze skali zmiany wyceny brytyjskiej waluty. Docelowo jednak potencjalnie mocniejszy dolar oraz zaostrzanie polityki monetarnej przez Fed i EBC, przy pasywności RPP, może zwiększyć presję podażową na złotego.

3. Dolar trochę potaniał. To tylko korekta trendu wzrostowego, czy coś więcej?

Wydaje się, iż kluczowym przedziałem w ocenie perspektyw dla dolara jest 1,15-1,1550 na EUR/USD, w przypadku sforsowania którego kurs amerykańskiej waluty wyznaczyłaby najpewniej nowe roczne maksimum. Kluczową kwestią jest ocena perspektyw działań Fedu i jego europejskiego odpowiednika. Obecnie wydaje się, że założenie jeszcze dwóch podwyżek stóp przez Fed w tym roku wystarcza, aby próbować rozegrać mocniejszego dolara. Tym bardziej, iż w trwających wojnach handlowych to Amerykanie są stroną ofensywną, niejako dyktującą tempo negocjacji i warunki. Najpewniej więc do momentu, aż EBC nie przyjmie bardziej jastrzębiego tonu, inwestorzy będą podbijać wartość dolara, co potwierdzają niedawne dane CFTC dotyczące pozycji spekulacyjnych.

Rozmawiał: Kamil Zatoński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany, Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / GPW / Trudno o argumenty za umocnieniem złotego