W połowie grudnia upadł bielski Videowall — operator reklamowych telebimów. Inwestycja kosztowała jego akcjonariuszy ponad 40 mln zł. Spółka przegrała z recesją na rynku reklamowym i restrykcjami prawnymi wobec reklamy zewnętrznej.
Od 16 grudnia trwa postępowanie upadłościowe spółki Videowall. Jej zadłużenie, według nieoficjalnych informacji, przekracza 30 mln zł. Bielska spółka była do niedawna operatorem pięciu wielkoformatowych ekranów w największych miastach Polski i sieci mniejszych telebimów w centrach handlowych.
Wierzyciele nie mają wielkich szans na zaspokojenie roszczeń. Cztery z pięciu wartych po 6 mln zł ekranów Phillips Alfresco przejęła firma leasingowa, należąca do holenderskiego producenta elektroniki.
— Piąty trafił do jednej z firm ubezpieczeniowych — mówi jeden z byłych pracowników Videowall.
Inwestycje Videowall (spółka inwestowała także w ekrany małoformatowe umieszczane w centrach handlowych) pochłonęły ponad 10 mln USD (40 mln zł). W bielską spółkę zainwestował m.in. fundusz Raiffeisen Private Equity Management. Jego przedstawiciele nie chcieli ujawniać szczegółów transakcji.
Emisja 30-sekundowego spotu reklamowego na wszystkich ekranach firmy kosztowała około 20 zł (dla porównania miesięczny wynajem tradycyjnego billboardu kosztuje od 400 do 1200 zł). Miesięczne przychody spółki wynosiły od 200 do 300 tys. zł.
— Żeby zrównoważyć koszty i zacząć zarabiać, sprzedaż musiałaby być dwu-, trzykrotnie wyższa — mówi były pracownik Videowall.
Leszek Leńko, były prezes Videowall, tłumaczy kłopoty spółki wprowadzonymi kilkanaście miesięcy temu restrykcjami prawnymi wobec reklamy zewnętrznej.
— Tuż po uruchomieniu warszawskiego ekranu wszedł zakaz reklamy papierosów. Zanim skończyliśmy budowę sieci, wprowadzono zakaz reklamy piwa. W ten sposób straciliśmy dwóch potencjalnie największych klientów — mówi Leszek Leńko.
Spółkę miał uratować tajemniczy zagraniczny inwestor, ale ostatecznie nie zdecydował się na inwestycję.
Zdaniem analityków, właścicielom Videowall zabrakło koncepcji na sprzedaż nośników.
— Trzydziestosekundowe spoty nie sprawdziły się, bo były zbyt długie. Poza tym przekaz telewizyjny pozbawiony był dźwięku, co stawiało pod znakiem zapytania sens jego wykorzystywania. Przygotowanie reklam, specjalnie na potrzeby ekranów miejskich, było z kolei nieopłacalne — wylicza Piotr Piętka, zastępca dyrektora mediów w domu mediowym Starcom.