Wiosenne boje związkowców

Adam Sofuł
opublikowano: 22-03-2007, 00:00

Od kilkunastu lat nadchodzącą wiosnę zwiastuje nie przylatujące z ciepłych krajów ptactwo, tylko związkowe demonstracje, które właśnie wtedy wylegają na ulice miast, zwłaszcza stolicy. Nie inaczej jest w tym roku: w weekend po Warszawie chodziło 10 tysięcy nauczycieli, wczoraj protestowali (fakt, w nieporównanie mniejszej skali) związkowcy z PLL LOT i PGNiG.

Każdy z tych protestów był w innej sprawie — nauczycielom nie podoba się minister, związkowcom z LOT dla odmiany podoba się obecny, choć zawieszony prezes, a załoga PGNiG domaga się obiecanych dawno temu akcji pracowniczych. Wszystkie te protesty mają jednak wspólny mianownik — będą się powtarzać, bo rząd nie podjął ani jednej próby złagodzenia napięć. Nie chodzi o automatyczne ustępstwa, ale o próbę negocjacji i poszukiwania wspólnych rozwiązań. Trudno popierać sytuację, by — tak jak w LOT — związkowcy decydowali, kto ma być prezesem, nawet jeśli się ma poważne zastrzeżenia do polityki kadrowej ministerstwa skarbu. Można jednak próbować wytłumaczyć związkowcom, dlaczego konieczne są takie, a nie inne posunięcia. Trzeba by się jednak spotkać i porozmawiać.

Z rozmawianiem obecna ekipa rządząca ma jednak kłopot, co zresztą sama przyznaje. Co jakiś czas prezydent lub premier ze skruchą wyznają, że dialog społeczny kuleje. Po takich wyznaniach kuleje nadal. Ostatnie demonstracje nie stanowią rzecz jasna zapowiedzi niekontrolowanego wybuchu społecznego, jakim uwielbiali nas straszyć związkowcy jeszcze kilka lat temu. Można ich było jednak uniknąć, podejmując wcześniej negocjacje. Prędzej czy później dojdzie do takiej eskalacji tych konfliktów, że rząd będzie musiał zdecydować się na ich rozwiązanie. Negocjacje wówczas będą trudniejsze, niż mogłyby być kilka miesięcy temu. Wiceminister Mirosław Orzechowski może na codziennych konferencjach prasowych odsądzać ZNP od czci i wiary, ale nie skłoni to działaczy tego związku, by na następnej manifestacji pojawili się w worach pokutnych.

Rząd często narzeka, że jest bezpardonowo atakowany. Często ma rację, ale jeśli się idzie na wojnę, to nie ma się co dziwić, że strzelają. A obecna ekipa parę wojen już wywołała — z Polską liberalną, z wykształciuchami, teraz świadomie lub nie dąży do zwarcia ze związkowcami. Jednocześnie rozpoczyna bitwy o aborcję i pornografię. Bitwy, bo nie ma mowy o negocjacjach i kompromisie, podobnie jak w poprzednich konfliktach. Nie wnikając, czy wszystkie te wojny są prowadzone w słusznej sprawie, wypada zapytać o polityczną kalkulację — czy koalicja jest w stanie wygrać na tylu frontach. Jeżeli się wypowiada wojnę, to tylko wówczas, kiedy ma się nadzieję na zwycięstwo. Chyba że chodzi tylko o to, by „na dnie z honorem lec”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu