Ten pierwszy wątek rzeczywiście jest wyjątkowy, albowiem nieczęsto się zdarza, by szef rządu państwa kupującego amerykańską broń zaglądał do produkcyjnej kuchni. W środę zostały taką wizytą dowartościowane zakłady dwóch koncernów – Lockheed Martin, z których wylatują samoloty piątej generacji F-35, oraz centrum ANAD Anniston Army Depot, które serwisuje produkty General Dynamics Land Systems, czyli czołgi M1. Im patronuje generał Creighton Abrams, zasłużony dowódca z wojny napastniczej USA w Wietnamie. Notabene nadany został zbrojeniowy transatlantycki przekaz stereo, ponieważ w kraju minister Mariusz Błaszczak niemal w tym samym czasie zapowiedział z czołgowego poligonu, że Polska może stać się ośrodkiem serwisowania Abramsów nie tylko w naszych barwach, lecz także maszyn należących do innych europejskich państw. Oczywiście jeżeli ktokolwiek je kupi, bo na razie jesteśmy jedyni, amerykańskich maszyn nie ma na naszym kontynencie żadne inne państwo NATO, wszyscy stawiają na sprzęt europejski.

Notabene zastanawiam się, kto będzie z pompą odbierał pierwszy polski samolot F-35… Doskonale pamiętam z 2006 r. taką ceremonię dotyczącą F-16, do Fort Worth w Teksasie dotarł – pierwszy raz w życiu tak daleko – premier Jarosław Kaczyński. Jego wierny minister obrony Radosław Sikorski wtedy nawet… poleciał F-16 z doświadczonym amerykańskim pilotem, po zaliczeniu egzaminu zdrowotnego. Tamten zestaw personalny po 17 latach brzmi całkowicie abstrakcyjnie, ale jako żywo – tak było.
Bardziej powszedni dla premiera będzie czwartkowy udział w szczycie Banku Światowego (BŚ) i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). W tradycyjnej wiosennej zbiórce uczestniczą raczej ministrowie finansów oraz prezesi banków centralnych, chociaż oczywiście trafiają się także szefowie rządów. Mateusz Morawiecki weźmie udział w panelu o bardzo ogólnikowym tytule – debata na temat globalnej gospodarki. Towarzystwo godne, m.in. Kristalina Georgiewa, dyrektor zarządzająca MFW oraz Joachim Nagel, prezes Bundesbanku. Przebieg takich debat jest całkowicie przewidywalny – paneliści zafrasują się, że co prawda inflacja zasadnicza nieco spadła, ale presja cenowa wciąż się utrzymuje i rosnące koszty życia uderzają miliardowe rzesze. Co najgorsze, postępująca geoekonomiczna fragmentacja utrudnia wspólne przeciwdziałanie globalnym wyzwaniom. Ciekawe, ile razy premier użyje terminu „putinflacja”. Ze zrozumieniem tej kategorii przez słuchaczy będzie pewien kłopot, ponieważ uczestnicy zbiórki BŚ i MFW ze wszystkich kontynentów akurat doskonale umieją rozliczyć wpływ na inflację agresji Rosji na Ukrainę oraz zupełnie innych przyczyn.
W waszyngtońskich szczytach standardowo uczestniczy oczywiście Adam Glapiński, prezes NBP. Ale akurat w tych dniach analizy MFW okazują się zdecydowanie niezgodne z pragnieniami szefa banku centralnego. Oto fachowcy z Waszyngtonu opublikowali prognozę, że inflacja CPI – czyli wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych – w Polsce obniży się może do 2,5 proc. najwcześniej na koniec roku… 2027. Oznacza to, że ceny będą u nas rosły w tempie znacznie przekraczającym cel Narodowego Banku Polskiego aż osiem lat, jako że pierwszy raz wystrzeliły w czerwcu 2019 r. – na długo przed pandemią oraz Putinem… W zestawieniu z rzetelnymi szacunkami MFW opowieści prezesa Glapińskiego, że CPI już pod koniec tego roku zwolni do 6 proc. to całkowity odlot. Analitycy NBP są bardziej wstrzemięźliwi od szefa, byliby szczęśliwi z 8 proc., zaś ekonomiści rynkowi marzą o każdej jednocyfrowej. Niestety, przesłanie ze szczytu BŚ i MFW nie brzmi wiosennie…
