Kazimierz, choć wypada nazwać go Kuzmir, bo tak brzmi jego nazwa w jidysz, otwiera się na tradycję żydowską. Do niedawna w mieszczącej się w Kamienicy Celejowskiej Galerii Letniej Muzeum Nadwiślańskiego zobaczyć można było 250 prac malarzy żydowskich, związanych z miasteczkiem, bądź nim zainspirowanych.
We wrześniu odbędzie się Festiwal Sztuki Filmowej Jidysz, jako część Festiwalu Kultury Jidysz. Kilka dni temu zakończył się organizowany po raz drugi Festiwal Muzyki i Tradycji Klezmerskiej. Podczas finałowego koncertu na Rynku w rytm rzewnych klezmerskich melodii pląsały setki zadowolonych ludzi.
— A ci samą sztuką nie żyją — zaciera ręce jeden z kazimierskich taksówkarzy. Nie bez powodu. Wiadomo, jak się coś dzieje, to są ludzie. A z nimi także „loty” — tak taksówkarze mówią o swych kursach.
Klimat do wskrzeszenia
Aby
najlepiej smakować rytmy sprzed lat, warto się wybrać lekko w bok od Rynku. Na
tzw. Małym Rynku stoją drewniane budynki przedwojennych koszernych jatek.
Atmosfera wspaniała. Przynajmniej tak uważają ci, którzy tam zajrzeli.
— W tym roku było dobrze. W przyszłym zapowiada się jeszcze lepiej — nie ma wątpliwości Robert Hózman Mirza Sulkiewicz, spiritus movens festiwalu.
Zgadza się z nim Grzegorz Dunia, burmistrz Kazimierza. Jemu idea wskrzeszenia choćby ułamków żydowskiego miasteczka bardzo się podoba. Magistrat włączył się w tym roku w organizację festiwalu.
— Jesteśmy dumni ze swej historii i pokazujemy ją innym — mówi jako mieszkaniec Kazimierza.
Po chwili zaś, już jako sprawny menedżer, dodaje, że dziś turyści chcą czegoś nowego, ciekawego i oryginalnego. Wisła, baszta i urocze kamieniczki im nie wystarczają. Takie wydarzenia jak koncerty klezmerów, wystawy i przypominanie o przedwojennym sztetl, coś takiego w sobie mają. Zwłaszcza w Kazimierzu, bo w tamtejszym bruku zostało sporo przedwojennego klimatu. Trzeba go tylko wydobyć.
Anegdota mówi, jak to Szalom Asz, polski Żyd, jeden z najbardziej znanych na świecie pisarzy tworzących w języku jidysz, miał pewnego dnia powiedzieć swemu przyjacielowi i koledze po piórze, Witkacemu, o magii tego miejsca:
— W Kazimierzu Wisła mówi do mnie po żydowsku — Asz, rzecz jasna, miał na myśli Kazimierz lat międzywojennych, gdy ponad połowę mieszkańców miasteczka stanowili Żydzi.
Cymes u Tatara
Sztetl Kuzmir
również wtedy stanowił nie lada atrakcję dla chrześcijańskich gości miasta. Ten
obraz zabrała wojna i powojenna historia naszego kraju. Od ładnych kilku lat
stara się go wskrzesić Robert Sulkiewicz. Wychowany w Warszawie potomek
książęcego rodu polskich Tatarów przybył do Kazimierza kilkanaście lat temu. Po
Żydach została tylko przerobiona na kino stara bożnica i kilka eksponatów
judaików w Muzeum Złotnictwa. Myślał, szukał.
W 1999 r. otworzył knajpę U Fryzjera, podającą żydowskie specjały. Pytanie o to, dlaczego zamiast tatarskich cybulników i baraniny U Fryzjera pachnie goldene joich (rosół drobiowy z knedelkami macowymi), pieczona kaczka, a także przesławny cymes — duszona w miodzie marchew z cynamonem i z suszonymi śliwkami, zwyczajnie go dziwi.
— Przecież kuchnia żydowska i jej zapachy jak ulał pasują do atmosfery tego miasteczka. Zachodzę w głowę, dlaczego nikt przede mną na to nie wpadł. Tatarskie specjały w Kazimierzu byłyby równie nie na miejscu, co hiszpańska paella — mówi z uśmiechem.
Przyznaje, że chociaż niekoszerna (w niedalekim Lublinie, z równie bogatą historią Żydów, też nie ma koszernej gastronomii), kuchnia cieszy się powodzeniem u turystów, wśród których przeważają Polacy. Kupują sobie związane z kazimierskimi Żydami pamiątki. Choćby reprodukcje przedstawiające starozakonnych mieszkańców. Potwierdza to Mariusz Aab, który najpierw takie scenki rysuje, a potem powiela i sprzedaje.
— W myśl przysłowia „Nie ma Żyda, w domu bida”, takie obrazki cieszą się sporym powodzeniem. Najlepiej, żeby to był starszy mężczyzna liczący pieniądze — precyzuje Aab.
Nasuwa się pytanie, czy komercyjne korzystanie z historii ludzi, którzy ponieśli przerażającą śmierć z rąk hitlerowców, jest na miejscu.
— Gdyby przed wojną starzy Żydzi widzieli, że nie-Żyd prowadzi knajpę z żydowskim jedzeniem i jeszcze na tym traci, pękliby ze śmiechu — choć brzmi to jak szmonces, Robert Sulkiewicz mówi poważnie.
I pewnie ma wiele racji, bo polscy Żydzi są w Kazimierzu coraz bardziej widoczni. I myślą podobnie. Warszawska Gmina Żydowska, do której należy budynek starej synagogi, postanowiła wyrwać go z niebytu. A że społeczności żydowskiej w Kazimierzu nie ma, więc na razie o powrocie do sakralnego charakteru tego miejsca mowy nie ma. Tymczasem utrzymanie budowli kosztuje.
— Może ona na siebie zarobić — przekonuje Marek Karnasel, opiekun synagogi z ramienia gminy.
Dzień gminy
Na górze pozostaną
istniejące od jakiegoś czasu pokoje gościnne do wynajęcia. Dół całkowicie zmieni
oblicze. Powstanie księgarnia z literaturą judaistyczną, sklep z pamiątkami oraz
z judaikami z prawdziwego zdarzenia. Innymi od tych, które można kupić w
kramikach przy Rynku.
— Sali modlitw zdecydowaliśmy się nie odtwarzać. Przez lata była to sala kinowa i coś z tego zostanie. Będziemy organizować tu projekcje wartościowych filmów oraz wystawy — zapowiada Karnasel.
Są otwarci na propozycje. Chcą wnieść w to miejsce więcej życia. Będzie go dużo 9 sierpnia, w Dzień Gminy Żydowskiej w Kazimierzu, od historii i zwyczajów, po bardziej przyziemne i pachnące rzeczy. Prawdziwy koszerny kucharz już obmyśla jadłospis.
Szkoda tylko, że nigdy nie będzie tu tak jak kiedyś. Bo skąd wziąć żydowskich przewoźników przez Wisłę, z których słynął przedwojenny Kazimierz? Szczęście, że uwiecznili ich artyści. n
Kino w synagodze
Pierwszą
synagogę w Kazimierzu wybudowano w XVI w. Żydowskie podania mówią też o
drewnianej, którą miał ufundować król Kazimierz Wielki. Stojąca do dziś bożnica
pochodzi z II połowy XVIII wieku. Zbudowana na planie prostokąta i zdobiona
polichromiami oraz licznymi malowidłami miała salę główną, przedsionek i
babiniec. Synagoga cieszyła się modlitwami pobożnych Żydów do września 1939 r.,
gdy zamknęli ją Niemcy. Hitlerowcy zdewastowali ją w lipcu 1944 r. Po wojnie
obrazu dopełnili szabrownicy i chuligani. W 1953 r. budynek został odnowiony i
przez kilkadziesiąt lat służył jako kino. Od 2001 r. stanowi własność Gminy
Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie.
Romans królewski
Jak chce Jan
Długosz i w co święcie wierzyli Żydzi z Kuzmiru, król Kazimierz Wielki właśnie w
Kazimierzu romansował z piękną żydówką Esterką. Władca miał dla niej pobudować w
pobliskiej Bochotnicy zamek, gdzie dochodziło do schadzek. Do
królewsko-żydowskiego romansu przyznaje się co najmniej 12 innych miejscowości w
Polsce.
Żydowskie liczby Kazimierza
601 - lat
Tak długa jest historia Żydów w Kazimierzu nad Wisłą. Dokumenty potwierdzają
obecność gminy żydowskiej w 1406 r.
3 tys. - Tylu Żydów mieszkało w Kazimierzu przed II wojną światową. To ponad połowa społeczności miasta. Niemal wszyscy zginęli w obozie w Bełżcu, dokąd hitlerowcy wywieźli ich w marcu 1942 r.
500 - tyle razy mniejsza niż w rzeczywistości jest makieta Kazimierza Dolnego A.D. 1910 w Kamienicy Celejowskiej. Pozwala wyobrazić sobie, jak przed wojną wyglądała dzielnica żydowska.
Wieczny tułacz
Szalom Asz
urodził się 1 października 1880 r. w Kutnie. Miał zostać rabinem, jednak wybrał
inną drogę. Uczył się czytać po polsku, rosyjsku i niemiecku. Pochłaniał
literaturę pisaną w tych językach. W wieku 17 lat opuścił rodzinę, zarabiał na
chleb m.in. pisząc listy niepiśmiennym Żydom. Przyjaźnił się z Witkacym i
Żeromskim, znał Orzeszkową i Konopnicką. Potrafił szokować zarówno żydów, jak i
chrześcijan. Jego utwory przetłumaczono na kilkadziesiąt języków. Za „Przed
potopem” otrzymał order Polonia Restituta. Nowelą „Sztetl” o Chaimie,
przewoźniku przez Wisłę, uwiecznił kazimierskich Żydów na kartach literatury.
Wiele podróżował (USA, Niemcy, ZSRR, Francja, Izrael). Zmarł 10 lipca 1957 r. w
Londynie.
Puls Biznesu wyd. 2408, s. 12