Wojna handlowa i cła, czyli jak Trump walczy z problemem, którego nie rozumie

Gabriel ChrostowskiGabriel Chrostowski
opublikowano: 2026-02-23 07:00
zaktualizowano: 2026-02-24 07:00

Amerykański prezydent ponownie grozi całemu światu cłami. Tym razem Donald Trump powołuje się na rzekomy kryzys bilansu płatniczego. Ta narracja też nie ma większego sensu.

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

- dlaczego prezydent USA uważa, że Ameryka jest okradana, a rzeczywistość jest inna

- co musiałby zaakceptować prezydent USA, aby poprawić bilans płatniczy, i dlaczego może to być niekorzystne

- w jaki sposób Stany Zjednoczone stały się ofiarą własnego sukcesu gospodarczego i co to oznacza dla ich bilansu

- dlaczego ujemne saldo w relacjach z zagranicą jest w pewnym sensie podatkiem od dominacji Ameryki

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Kto okrada i wyzyskuje USA

Zaledwie rok temu prezydent USA straszył świat cłami, przekonując, że głęboki deficyt handlowy jest dowodem na okradanie Ameryki przez partnerów handlowych. Nałożone w ślad za tym tzw. cła wzajemne zostały jednak przed kilkoma dniami unieważnione przez amerykański Sąd Najwyższy. W odpowiedzi Trump uderza w nowe tony – mówi o kryzysie bilansu płatniczego i głęboko ujemnej międzynarodowej pozycji inwestycyjnej netto, co ma być kolejnym dowodem na wyzysk USA. Powołując się na sekcję 122 Ustawy o handlu z 1974 r., administracja podniosła cła z 10 do 15 proc. Choć ustawa ta pozwala na wprowadzenie taryf na 150 dni, wymaga to wystąpienia fundamentalnych problemów z płatnościami międzynarodowymi.

Nie słabość lecz potęga

W rzeczywistości ta narracja nie trzyma się kupy. Deficyt w bilansie płatniczym USA nie jest oznaką słabości, lecz konsekwencją potęgi tego kraju: siły dolara, giełdy, dominacji technologicznej oraz innowacyjności krajowych firm. Gdyby Trump rzeczywiście chciał poprawić saldo płatnicze, musiałby zaakceptować utratę tych wszystkich atutów, z czego zapewne nie zdaje sobie sprawy.

Weźmy jako przykład rynek akcji, który dla Donalda Trumpa pozostaje głównym barometrem nastrojów społecznych i kondycji gospodarki. Prezydent regularnie wskazuje na indeks S&P 500 jako dowód na skuteczność swojej polityki. W ostatnich trzech latach indeks ten wzrósł o prawie 70 proc., napędzany gigantycznym napływem zagranicznego kapitału w związku z rewolucją AI, w której Amerykanie wiodą prym. Świat chce posiadać amerykańskie aktywa: inwestorzy z Unii Europejskiej, Chin czy krajów arabskich wolą lokować kapitał w USA niż u siebie, ponieważ to tam bije serce globalnego postępu.

Ofiara własnego sukcesu

Tu dochodzimy do sedna. Ten ogromny napływ kapitału znajduje odzwierciedlenie w międzynarodowej pozycji inwestycyjnej netto (NIIP), która w ciągu ostatnich trzech lat gwałtownie spadła i według ostatnich danych wynosi ok. -27,6 bln USD. Stany Zjednoczone stały się w pewnym sensie ofiarą własnego sukcesu. Napływ kapitału, który winduje wyceny giełdowe, bezpośrednio podnosi zobowiązania USA wobec zagranicy, co automatycznie pogarsza pozycję inwestycyjną netto.

Co to oznacza w praktyce? Nie da się jednocześnie utrzymywać rekordowych wycen na Wall Street i rosnącego salda płatniczego. Nie da się być głównym dostawcą waluty rezerwowej świata i jednocześnie notować nadwyżkę handlową. Trudno oczekiwać dodatniego salda płatniczego, posiadając najbardziej zaawansowane technologicznie firmy i oferując najłatwiejszy dostęp do kapitału na świecie.

Ujemne saldo w relacjach z zagranicą to w pewnym sensie podatek od dominacji, jaką Ameryka sprawuje w sferze gospodarczej, finansowej i technologicznej.

Możesz zainteresować się również: