Wojna handlowa zbiera recesyjne żniwo

Krzysztof Kolany
opublikowano: 27-11-2019, 22:00

Mimo prób deeskalacji wojny celnej między Stanami Zjednoczonymi a Chinami globalny handel pozostaje pod presją. Cierpi na tym światowy wzrost gospodarczy, ale ostatecznie może się okazać, że za całą awanturę zapłaci… amerykański konsument

Wojna handlowa trwa od 9 marca 2018 r., gdy prezydent Stanów Zjednoczonych zdecydował się obłożyć zaporowymi cłami stal i aluminium importowane do Ameryki. Ale na dobre wybuchła dwa tygodnie później, gdy Donald Trump podpisał memorandum otwierające drogę do nałożenia drakońskich ceł na towary sprowadzane z Chin. 25-procentowe karne taryfy wywołały odwet ze strony Pekinu. I od tego rozpoczęła się eskalacja konfliktu gospodarczego między dwoma supermocarstwami.

Handel pierwszą ofiarą ceł

Konflikt ekonomiczny między Stanami Zjednoczonymi i ChRL trwa zatem już 20 miesięcy. Początkowo inwestorzy i ekonomiści zdawali się bagatelizować jego znaczenie. Mało kto wierzył, że Donald Trump odważy się na tak destrukcyjne i ryzykowne posunięcie. Mówiono, że przecież politycy jak zwykle się dogadają. Jak dotąd się nie dogadali. I choć od miesiąca jesteśmy bombardowani pogłoskami o rzekomym „odprężeniu” na linii Waszyngton–Pekin, to dotychczasowych ceł i retorsji handlowych nikt nie odwołał. Nie wiadomo też, czy zapowiadana na grudzień „pierwsza faza” wielkiej umowy z Chinami zostanie wynegocjowana i podpisana.

Na razie oprócz medialnych plotek i kontrolowanych przecieków nic na to nie wskazuje. A w realnej gospodarce sytuacja z miesiąca na miesiąc zaczyna się robić coraz bardziej nerwowa. Od grudnia 2018 r. dynamika światowego handlu zasadniczo (czyli z wyjątkiem marca, kwietnia i maja) utrzymuje się poniżej zera. Jak wynika z opublikowanych w poniedziałek 25 listopada danych holenderskiego państwowego biura analiz ekonomicznych CBP, wolumen globalnego handlu był we wrześniu o 1,3 proc. niższy niż w sierpniu oraz o 1,1 proc. niższy niż rok wcześniej. Po raz pierwszy od czasu globalnej recesji z roku 2009 mamy do czynienia z trwałym regresem w handlu międzynarodowym.

Do podobnych wniosków doszli ekonomiści Światowej Organizacji Handlu (WTO). Comiesięczny „Barometr Handlu Towarami” we wrześniu przyjął wartość 96,6 pkt wobec 95,7 pkt w sierpniu. Ta niewielka poprawa nie zmienia faktu, że odczyty poniżej 100 pkt sygnalizują dynamikę niższą od długoterminowego trendu. Zdaniem WTO takie rezultaty oznaczają, że także w czwartym kwartale światowy handel będzie słabł.

Kto cierpi na wojnach

W wypowiedziach prezydenta Stanów Zjednoczonych słyszymy, że to Chiny najmocniej tracą na amerykańskich cłach i że Chińczycy są zdesperowani i że bardzo zależy im na nowej umowie handlowej. Sygnały płynące z Pekinu zdają się potwierdzać, że władzom ChRL faktycznie zależy na tym, aby Donald Trump nie nakładał już nowych ceł. Ale to nie oznacza, że Państwo Środka gotowe jest do bezwarunkowej kapitulacji. Niejednoznaczne dane płyną z raportów makroekonomicznych. Gdy przyjrzymy się danym holenderskiego CBP, to we wrześniu najsilniejszy spadek wolumenu eksportu odnotowały kraje afrykańskie i bliskowschodnie (aż o 8,1 proc. r/r).

Ale poza nimi najgłębszy regres eksportu odnotowano w Chinach (-2,8 proc. r/r) oraz pozostałych azjatyckich gospodarkach rozwijających się (-3,3 proc.). Dla porównania, eksport gospodarek rozwiniętych zmalał tylko o 0,1 proc., w tym Stany Zjednoczone zaliczyły spadek o 1,1 proc., strefa euro o 0,2 proc., ale już dostawy z Japonii zwiększyły się o 2,4 proc. Równocześnie amerykańskie cła wywołały zakłócenia w globalnych łańcuchach dostaw, co widać w danych o imporcie. Wolumen importu do Chin był bowiem aż o 5,9 proc. niższy niż przed rokiem, podczas gdy import do Stanów Zjednoczonych skurczył się tylko o 2,3 proc. r/r. Wzrost importu odnotowały za to Japonia (o 2,6 proc. r/r) oraz strefa euro (o 1 proc.).

To by sugerowało, że chińskie towary mogły trafiać do Ameryki okrężną trasą, po drodze zmieniając kraj pochodzenia. Trochę podobnie jak „białoruskie” jabłka trafiające do Rosji po nałożeniu embarga na Polskę i resztę UE. Jeszcze ciekawiej prezentują się dane amerykańskie. Według Biura Cenzusowego w okresie styczeń–wrzesień 2019 wartość towarów sprowadzonych z Chin była aż o 13 proc. mniejsza niż w tym samym okresie roku ubiegłego. Lecz równocześnie wartość całego importu do USA zmalała raptem o… 0,3 proc. Od razu widać, że coś tu się nie zgadza.

Pan płaci, pani płaci…

Inną anomalię w statystykach handlowych odkryli ekonomiści nowojorskiego oddziału Rezerwy Federalnej. Matthew Higgins, Thomas Klitgaard i Michael Nattinger doszli do wniosku, że faktyczne koszty ceł ponoszą… sami Amerykanie — choć prezydent Donald Trump wielokrotnie zapewniał, że za cła zapłacą Chińczycy. Lecz te deklaracje na razie nie znajdują potwierdzenia w danych. Obecnie obowiązują 25-procentowe cła na towary z Chin o rocznej wartości importu sięgającej 250 mld USD oraz 15-procentowe na produkty o wartości około 120 mld USD. Cło jest formą podatku nałożonego na import.

Podatek ten w sensie technicznym jest płacony przez importera w momencie, gdy towary znajdą się na terytoriumStanów Zjednoczonych. Zatem bezpośrednio płaci je nabywca, ale w sensie ekonomicznym sprawa jest bardziej złożona, bo koszty mogą się rozłożyć między eksportera, importera, hurtowników, detalistów i finalnych konsumentów. Donald Trump zapowiadał, że to chińscy producenci będą musieli wziąć na siebie koszty ceł. Jeśliby tak faktycznie się stało, to ceny importu z Chin musiałyby spaść o około 20 proc., aby zrekompensować 25-procnetowe cła.

Tyle że nic takiego się nie zdarzyło. Między czerwcem 2018 r. a wrześniem 2019 r. spadły tylko o 2 proc., czyli mniej więcej tyle samo co w przypadku towarów z innych krajów azjatyckich czy Meksyku. Skoro zatem przedsiębiorstwa zza Muru sprzedają swoje towary do Stanów Zjednoczonych po prawie takich samych cenach co rok temu, to amerykańskie firmy i konsumenci muszą płacić cło w wysokości około 40 mld USD rocznie.

Zatem koszt ceł Donalda Trumpa w trudnym do oszacowania stopniu obciąża zyski amerykańskich przedsiębiorstw (co zresztą widać w raportach kwartalnych spółek z Wall Street) oraz portfele Amerykanów. To by mogło tłumaczyć, dlaczego bazowa inflacja CPI w Stanach Zjednoczonych wynosi aż 2,3 proc., podczas gdy analogicznywskaźnik w strefie euro to tylko 1,1 proc.

Jak to zwykle bywa, ekonomiczne skutki działań polityków rozminęły się z deklaracjami. Ze względu na silny spadek importu z Chin wpływy z ceł są sporo niższe od oczekiwanych przez Biały Dom. Po drugie, część chińskich towarów, zanim dotrze do Kalifornii, zmienia kraj pochodzenia np. na Wietnam. Po trzecie, na wojnie celnej mogą korzystać producenci z innych krajów. I po czwarte, wszelkie cła i podatki finalnie zapłacą sponsorzy i wyborcy polityków, którzy owe daniny wprowadzili.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu