Wróblewski, chłopiec do umierania

opublikowano: 23-06-2019, 22:00

Czy rynek dzieł Andrzeja Wróblewskiego da się opisać w trzech słowach? Pewnie nie, ale już ze względu na siedmiocyfrowe ceny warto spróbować

Słowo 1: pokaz

Dorobek Andrzeja Wróblewskiego potrafi być przeszywający jak
niebieskie sylwetki ofiar wojny, zagadkowy jak abstrakcja i zupełnie łagodny
jak martwa natura z bukietem kwiatów. Przekrojowo prezentuje go obecnie stołeczna
Libra, która z domu aukcyjnego stała się na moment galerią dla kolekcjonerów
Zobacz więcej

OD NAPIĘCIEM:

Dorobek Andrzeja Wróblewskiego potrafi być przeszywający jak niebieskie sylwetki ofiar wojny, zagadkowy jak abstrakcja i zupełnie łagodny jak martwa natura z bukietem kwiatów. Przekrojowo prezentuje go obecnie stołeczna Libra, która z domu aukcyjnego stała się na moment galerią dla kolekcjonerów

Szkło w oku, sól na ranę — w pracach Andrzeja Wróblewskiego rzeczywiście wyczuwalne bywają napięcia schodzące całym mrowiskiem do kości, ale swobodnego dotykania odradza się z powodów czysto materialnych. Warszawska Libra, która przeprowadza właśnie pierwszy w kraju kolekcjonerski pokaz dorobku malarza poza muzealnymi murami, zrezygnowała z podobnych względów z oficjalnego otwarcia — prace autora są na rynku w pewnym sensie relikwiami, dlatego zahaczyć o milion funtów można, nawet mijając większy szkic na szarym papierze jak do pakowania. Skąd pomysł, żeby je więc wystawiać, zapraszając widzów z nieprzewidywalnymi palcami?

Dlatego że rynek zbyt rzadko daje się z tak bliska podejrzeć, a gorączkowo licytowane unikaty najczęściej znikają w przepastnych zbiorach daleko poza linią widzenia ciekawskich. Tym razem dzieła ze ścian różnych kolekcjonerów zawisły natomiast w sali domu aukcyjnego razem i nie na sprzedaż — trochę jako soczewka lokalnego rynku, ale i czegoś bardziej nieuchronnego, obwiedzionego sztywną kreską i ziębiącego na niebiesko.

Słowo 2: kres

Śmierć jest mistrzem z Niemiec — pisał Paul Celan, próbując przepędzić z własnych powiek te same uporczywe widoki, z którymi przez swoje niedługie życie mierzył się Wróblewski: kolby, czoła z dziurami, hełmy, furgonetki. Zupełnie jak wspomniany autor „Fugi śmierci”, malarz sporządził wojnie pamięciowy portret z czytelnych, zrozumiałych znaków: kiedy ustawieni pod ścianą ściskali się za ręce, dłoń poszarzała wystawała spod marynarki żywego, a niebieska była już tylko kawałkiem ciała. Przejmująca seria „Rozstrzelań” powstała pod koniec lat 40., a obecnie tworzy uniwersalny, polski zapis rozpoznawany przez kolekcjonerów z całego świata — same szkice do tych kompozycji, pokazywane właśnie przez stołeczną Librę, zawstydziłyby więc ceną nawet drużynę wyprężonych autoportretówMalczewskiego. Czemu, skoro na aukcyjnym rynku prace autora widywane są tak rzadko, że sporo początkujących inwestorów nie zdołało sobie ich utrwalić? Jak zaznaczają eksperci przygotowujący pokaz, światowy poziom cen obrazów Wróblewskiego wielokrotnie przebija siedmiocyfrowe notowania z aukcji nad Wisłą, dlatego że ustanowiony został przez transakcje w galeriach zagranicznych — też w milionach, ale funtów, choć i to jeszcze nie wskazuje samej przyczyny ocierania się o kult.

Słowo 3: ikona

Trzecie słowo dotykające dorobku Wróblewskiego równie blisko co kres to ikona — silna narodowa melancholia żywiona takimi czynnikami, jak autentyzm obrazów wojny i przeraźliwie krótki, niespełna 30-letni żywot ich autora. Pod koniec maja do 900 tys. zł zlicytowano na warszawskiej aukcji obraz olejny, a kilka dni później do 480 tys. zł pracę na papierze, przy czym w obu przypadkach z not katalogowych krzyczały lata 1956 i 1957, a więc dwa ostatnie w życiu malarza. Współczesna sztuka ma dwa mity: jeden nazywa się „Strzemiński”, a drugi „Wróblewski” — pisze Jan Michalski w „Chłopcu na żółtym tle” — drugi związany jest z romantycznym etosem klęski i wynosi ideę krytycznej obserwacji rzeczywistości i własnej kultury. Ukazuje kryzysowość wyobcowania — ciągnie autor, dochodząc poprzez drobiazgową analizę do obserwacji, że nie tylko sam mit artysty zmienia się z kolejnymi pokoleniami odbiorców, ale też pozwala zadać poważne pytania kulturze naszych czasów. Czy podobne dylematy w ogóle obchodzą inwestora, który zasyci się informacją, że obraz Wróblewskiego najpewniej będzie już tylko drożał? Być może nie zawsze, chociaż rozterkę, czy wyobcowanie wciąż stanowi w kulturze tak niezbędną wartość, warto zostawić sobie na jakąś dłużącą się chwilę w poczekalni. Jeśli odsunie się ją w kąt głowy na zawsze, rynek sztuki już do reszty przestanie być zrozumiały, a na wystawy jak w Librze popychać będzie tylko sensacja kalibru paru ram wartych tyle co cała ta przestrzeń z Pałacem Kultury za oknami.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu