Wzajemne szczucie zamiast szczepień

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-01-31 18:44

Sejm na posiedzeniu 26-27 stycznia nie był w stanie zająć się palącym tematem antycovidowym, dlatego doszedł trzeci dzień obrad 1 lutego.

PiS za wszelką cenę dąży do przeforsowania we wtorek specustawy „o szczególnych rozwiązaniach dotyczących ochrony życia i zdrowia obywateli w okresie epidemii COVID-19”. Projekt powstawał w bardzo nerwowej atmosferze i w końcu został wniesiony 27 stycznia, ale już po zakończeniu obrad. Lista sygnatariuszy obejmuje 40 posłów PiS, w tym prezesa Jarosława Kaczyńskiego. To okoliczność o wielkim znaczeniu politycznym, ponieważ najwyższy władca nieczęsto składa podpis osobiście, jest przecież generalnym panem losów projektów. Ale skoro podpisał, to wydał klubowi rozkaz do bezwzględnego podporządkowania się i poparcia projektu. Z czym nie powinien mieć problemu, albowiem autorzy całkowicie pominęli wywołujący w PiS ostre podziały wątek szczepionek.

W planie władców nastąpił jednak w poniedziałek dość niespodziewany zwrot. Projekt szybko nazwany „lex Kaczyński” od prawdziwego autora – ewentualnie „lex Rychlik” od formalnego reprezentanta sygnatariuszy – został skierowany do pierwszego czytania w Komisji Zdrowia. Standardem byłoby jego klepnięcie, z załączeniem opozycyjnych wniosków mniejszości, w tym najważniejszego – o odrzucenie bubla od razu w pierwszym czytaniu. Ponieważ jednak posiedzenie przebiegało w cieniu uderzenia COVID-19 w kierownictwo Ministerstwa Zdrowia – dość niespodziewanie, stosunkiem 20:19 przeszedł wniosek o… zamknięcie obrad. Skomplikowało to PiS harmonogram, teraz pierwsze czytanie komisja odbędzie we wtorek o godz. 15, później szybkie drugie czytanie Sejmu, zblokowanie go od razu z trzecim, wieczorne głosowania – i ustawa gotowa. Potem w Senacie zapewne utknie na pełne 30 dni, zostanie odrzucona, następnie przywrócona przez Sejm i trafi do podpisu.

Tydzień temu premier Mateusz Morawiecki zaprosił parlamentarne kluby do dyskusji na temat zwiększenia skuteczności walki z pandemią. Rząd nie był wtedy gotowy z jakimkolwiek projektem, jedynym istniejącym było „lex Hoc” – od nazwiska posła sprawozdawcy – czyli ustawa „o szczególnych rozwiązaniach zapewniających możliwość wykonywania działalności w czasie epidemii COVID-19”. Po pracach komisji projekt stracił zęby, jego przesłaniem było umożliwienie także w Polsce – analogicznie do rozwiązań w państwach Unii Europejskiej – kontrolowania zaszczepienia się uczestników życia publicznego, w tym pracowników. Przedsiębiorcy i pracodawcy oczekiwali, że plonem burzy mózgów w KPRM będzie doprecyzowanie czy nawet zastąpienie blokowanego projektu poselskiego jakimś lepszym rządowym, którego fundamentem oczywiście miał być system szczepień. Nadpremier Jarosław Kaczyński postawił jednak akcent na zupełnie inny wątek – upowszechnienie testowania. Teoretycznie jest to druga noga walki z pandemią, która powinna zostać logicznie zharmonizowana ze szczepieniami. Nikt się jednak nie spodziewał, jakie szkodnictwo przyjdzie do głowy autorom projektu. Wobec nieudolności rządu i generalnie aparatu państwa, wymyślili przerzucenie odpowiedzialności za testowanie pracowników na… pracodawców. Wprowadzili przy tym mechanizm pozasądowego orzekania przez pracodawców winy pracowników i skazywania ich za posądzenie o transmitowanie wirusa – czego przecież medycznie absolutnie nie da się dowieść – na grzywny, oszukańczo nazwane odszkodowaniami. Filarem ustawy jest powszechna szczujnia – pracowników wzajemnie na siebie, ale także na firmy. Prawną utopię oczywiście obali w procedurze odwoławczej każdy sąd administracyjny, ale w Sejmie prezes swój absurd przeforsuje.

„Lex Kaczyński” nakazuje pracodawcy dochodzenie oraz stwierdzenie (na jakiej podstawie medycznej?) zarażenia pracownika koronawirusem przez innego pracownika nieprzetestowanego. Drugim krokiem jest złożenie przez pracodawcę do wojewody donosu na domniemanego winowajcę w celu finansowego ukarania go.
fot. iStock