PiS za wszelką cenę dąży do przeforsowania we wtorek specustawy „o szczególnych rozwiązaniach dotyczących ochrony życia i zdrowia obywateli w okresie epidemii COVID-19”. Projekt powstawał w bardzo nerwowej atmosferze i w końcu został wniesiony 27 stycznia, ale już po zakończeniu obrad. Lista sygnatariuszy obejmuje 40 posłów PiS, w tym prezesa Jarosława Kaczyńskiego. To okoliczność o wielkim znaczeniu politycznym, ponieważ najwyższy władca nieczęsto składa podpis osobiście, jest przecież generalnym panem losów projektów. Ale skoro podpisał, to wydał klubowi rozkaz do bezwzględnego podporządkowania się i poparcia projektu. Z czym nie powinien mieć problemu, albowiem autorzy całkowicie pominęli wywołujący w PiS ostre podziały wątek szczepionek.
W planie władców nastąpił jednak w poniedziałek dość niespodziewany zwrot. Projekt szybko nazwany „lex Kaczyński” od prawdziwego autora – ewentualnie „lex Rychlik” od formalnego reprezentanta sygnatariuszy – został skierowany do pierwszego czytania w Komisji Zdrowia. Standardem byłoby jego klepnięcie, z załączeniem opozycyjnych wniosków mniejszości, w tym najważniejszego – o odrzucenie bubla od razu w pierwszym czytaniu. Ponieważ jednak posiedzenie przebiegało w cieniu uderzenia COVID-19 w kierownictwo Ministerstwa Zdrowia – dość niespodziewanie, stosunkiem 20:19 przeszedł wniosek o… zamknięcie obrad. Skomplikowało to PiS harmonogram, teraz pierwsze czytanie komisja odbędzie we wtorek o godz. 15, później szybkie drugie czytanie Sejmu, zblokowanie go od razu z trzecim, wieczorne głosowania – i ustawa gotowa. Potem w Senacie zapewne utknie na pełne 30 dni, zostanie odrzucona, następnie przywrócona przez Sejm i trafi do podpisu.
Tydzień temu premier Mateusz Morawiecki zaprosił parlamentarne kluby do dyskusji na temat zwiększenia skuteczności walki z pandemią. Rząd nie był wtedy gotowy z jakimkolwiek projektem, jedynym istniejącym było „lex Hoc” – od nazwiska posła sprawozdawcy – czyli ustawa „o szczególnych rozwiązaniach zapewniających możliwość wykonywania działalności w czasie epidemii COVID-19”. Po pracach komisji projekt stracił zęby, jego przesłaniem było umożliwienie także w Polsce – analogicznie do rozwiązań w państwach Unii Europejskiej – kontrolowania zaszczepienia się uczestników życia publicznego, w tym pracowników. Przedsiębiorcy i pracodawcy oczekiwali, że plonem burzy mózgów w KPRM będzie doprecyzowanie czy nawet zastąpienie blokowanego projektu poselskiego jakimś lepszym rządowym, którego fundamentem oczywiście miał być system szczepień. Nadpremier Jarosław Kaczyński postawił jednak akcent na zupełnie inny wątek – upowszechnienie testowania. Teoretycznie jest to druga noga walki z pandemią, która powinna zostać logicznie zharmonizowana ze szczepieniami. Nikt się jednak nie spodziewał, jakie szkodnictwo przyjdzie do głowy autorom projektu. Wobec nieudolności rządu i generalnie aparatu państwa, wymyślili przerzucenie odpowiedzialności za testowanie pracowników na… pracodawców. Wprowadzili przy tym mechanizm pozasądowego orzekania przez pracodawców winy pracowników i skazywania ich za posądzenie o transmitowanie wirusa – czego przecież medycznie absolutnie nie da się dowieść – na grzywny, oszukańczo nazwane odszkodowaniami. Filarem ustawy jest powszechna szczujnia – pracowników wzajemnie na siebie, ale także na firmy. Prawną utopię oczywiście obali w procedurze odwoławczej każdy sąd administracyjny, ale w Sejmie prezes swój absurd przeforsuje.
