Premier Ewa Kopacz poinformowała wczoraj, że nad wyciągnięciem konsekwencji wobec Cezarego Grabarczyka, ministra sprawiedliwości, zastanowi się dopiero, gdy prokuratura rozstrzygnie, kto zawinił w sprawie wydania mu pozwolenia na broń. Ciekawe, że sam minister odpowiada ogólnikami, iż otrzymał je „poprzez procedurę uzyskania pozwolenia”, a jej prawidłowość „jest w tej chwili weryfikowana”. A zatem wobec zarzutów przekrętu wcale nie idzie w zaparte, że wszystko OK.
Także wczoraj prokuratura obwieściła umorzenie śledztwa w sprawie tzw. kilometrówek posłów.
Najważniejszym z nich jest marszałek Radosław Sikorski. Prokuratorzy uznali, że brak jest podstaw do przyjęcia, iż posłowie dopuścili się zamierzonego oszustwa. Chodziło łącznie o 1,7 mln zł, wydane w związku z „rozliczaniem w ramach ryczałtu kosztów przejazdu samochodem z tytułu wykonywania mandatu”. Uzasadnienie akcentuje, że posłowie reprezentują okręgi oddalone od Warszawy, natomiast nie odnosi się do ich miejsc zamieszkania. Czyli np. w rozliczeniach marszałka podróże poselskie po Bydgoskiem liczone są nie od położonego tamże jego dworu w Chobielinie, lecz od… Warszawy. I dzięki temu kilometrówka uznana została za prawdopodobną.
W obu wspomnianych wątkach wspólne jest podejście klasy politycznej do jej grzechów. Władcy generalnie odnoszą się do wygodnych norm postępowania karnego, zgodnie z którymi wszelkie wątpliwości rozstrzygane są nie tylko na korzyść oskarżonego przez sąd, lecz już przez prokuraturę. A przecież fundamentem odpowiedzialności politycznej jest zasada dokładnie odwrotna — wszelkie wątpliwości działają na niekorzyść władzy. Dlatego np. wspomniany minister — zwłaszcza tego resortu — powinien wylecieć już za same wątpliwości, czy jego pozwolenie na broń to lewizna i od kiedy o tym wie.