Chiny tu, Chiny tam, Chiny rynek skroją nam – w taki rytmiczny sposób można podsumować nastroje panujące w europejskim przemyśle w ostatnich latach. Narasta przekonanie, że chińska dominacja w wielu gałęziach przemysłowych poszła za daleko. Ten lęk polityków i biznesu idealnie oddają słowa Mario Draghiego w słynnym już raporcie o konkurencyjności UE: „Chińska konkurencja staje się dotkliwa w branżach takich jak czyste technologie i pojazdy elektryczne, napędzana potężną kombinacją masowej polityki przemysłowej i subsydiów. [...] Jeśli UE nie podejmie działań, ryzykujemy, że staniemy się podatni na przymus. [...] Problem nie jest błahy, jest egzystencjalny”. Z kolei Ursula von der Leyen mówi, że dla UE „opcja ‘business as usual’ nie jest już możliwa”.
Wzrost bez zysku i bez rozwoju
Ale w czasie gdy my w Europie zastanawiamy się, jak zareagować na chińską ekspansję przemysłową, tam, w samym sercu gospodarki, trwa wyżerająca ją od środka inwolucja. Ekonomiści Bruegla w fascynującym artykule „Growth without profits: How will ‘Involution’ in China end?” pokazują, że sektor przedsiębiorstw przechodzi przez duży wstrząs finansowy, ponieważ w warunkach drastycznej konkurencji spadają ceny i marże. Od 2022 r. ma miejsce deflacja cen producenta: wskaźnik PPI utrzymuje się stale na minusie, oscylując w okolicach od -4 do -6 proc. Około jednej czwartej firm przemysłowych sprzedaje produkty po cenach, które nie gwarantują żadnego zysku.
Idźmy dalej: udział firm zombie, niezdolnych do pokrycia z przychodów odsetek od zobowiązań, wzrósł w latach 2019–24 z 6,4 proc. do 12,2 proc., podczas gdy na świecie jest to średnio 6,6 proc. W samej branży OZE już niemal jedna trzecia chińskich przedsiębiorstw to zombie. Kurczą się inwestycje, brakuje popytu na kredyt. W zasadzie nic w chińskim sektorze przedsiębiorstw nie przypomina obecnie normalnej, zdrowej sytuacji w gospodarce, która – wedle oficjalnych statystyk – wykręca 5 proc. wzrostu PKB. Jest to wzrost bez zysku, wzrost bez rozwoju.
Pytanie narzuca się samo: jak to wszystko się skończy? To pytanie o to, jak długo firmy mogą wypychać nadprodukcję za granicę po bardzo niskich cenach bez utraty gruntu pod nogami. To sprawa o tyle fundamentalna, że bezpośrednio dotyczy polskiego i europejskiego przemysłu. Czy zgodzimy się, że napływ tanich towarów zza Wielkiego Muru to teraz jedno z głównych wyzwań UE.
Dwa scenariusze
Wróćmy do opracowania Bruegla. Ekonomiści europejskiego think tanku zarysowali dwa scenariusze – jeden pozytywny, drugi negatywny dla Chin.
Pierwszy scenariusz zakłada, że Chiny wracają do mechanizmu rynkowego. Rząd i władze lokalne przestają sztucznie podtrzymywać nierentowne firmy przy życiu, następuje więc fala upadłości i konsolidacja, a to pozwala wyeliminować nadmiar mocy produkcyjnych. Rynek ulega stabilizacji z mniejszą liczbą graczy, ale są oni bardziej produktywni, rentowni i innowacyjni. Mniej firm na rynku to mniejsza konkurencja, wyższe ceny i zyski.
Ale, ale. Ten scenariusz wymaga zaakceptowania bolesnego, krótkookresowego szoku w postaci wzrostu bezrobocia i spowolnienia wzrostu PKB, a może nawet recesji wskutek masowych bankructw firm zombie. W gospodarce kapitalistycznej i demokratycznej właśnie tak by się stało. Gospodarka mocno zależna od decyzji politycznych rządzi się jednak swoimi prawami. Wzrost PKB i niskie bezrobocie legitymizują chińskie władze, a żadna autorytarna władza nie pozwoli sobie na wyzbycie się tego oręża.
Drugi scenariusz (bardziej prawdopodobny) polega na tym, że rząd przez państwowe banki dalej podtrzymuje działalność firm zombie, by uniknąć recesji w gospodarce. W rezultacie przemysł pozostaje w stanie deflacji cen, słabych wyników finansowych i wyniszczającej konkurencji. Trwa wyścig o to, kto mocniej zetnie ceny. W konsekwencji coraz bardziej brakuje kapitału na rozwój i innowacje, ekspansja towaru za granicę trwa w najlepsze, a chińskie dobra są coraz mocniej sankcjonowane. Na poziomie makro oznacza to niższe tempo wzrostu gospodarczego, złą alokację zasobów i stagnację produktywności. Ekonomiści Bruegla scenariusz ten trafnie nazywają „wysysaniem zasobów”.
Teoretycznie inwolucja mogłaby się skończyć w prosty, naturalny sposób: poprzez istotny wzrost popytu krajowego. Ale to się w dającej się przewidzieć przyszłości najpewniej nie wydarzy. Modelu eksportowego nie można nagle, za pomocą czarodziejskiej różdżki, zamienić na model oparty na krajowej konsumpcji. Dlatego wszystko zależy od decyzji politycznych: wspieramy zombie czy wycofujemy się z ich dotowania.
Jeżeli Bruegel dobrze to wszystko diagnozuje, to Chiny są w potrzasku, trochę między młotem a kowadłem.
