Złota hossa jeszcze potrwa

Marek Wierciszewski
opublikowano: 12-08-2011, 00:00

Fundamenty sugerują, że kruszec jest nadal niedowartościowany. Tendencje na rynku się nie zmienią.

Tempo zwyżek cen kruszcu wkracza w ostatni etap i może

przyspieszyć — uważa Ronald Stoeferle, analityk Erste Group

Fundamenty sugerują, że kruszec jest nadal niedowartościowany. Tendencje na rynku się nie zmienią.

Erste Group opublikowało w zeszłym miesiącu coroczny raport o perspektywach rynku złota. Bank podtrzymał wyznaczoną już trzy lata temu długoterminową cenę docelową, sięgającą 2300 USD za uncję. Dokładnie tam, przy uwzględnieniu inflacji, zatrzymała się poprzednia wielka złota hossa w 1980 r.

Złoto to jakość

Ostatnie tygodnie przyniosły zawieruchę na rynkach, jakiej nie widziano od kryzysu finansowego sprzed trzech lat. Niemiecki DAX zjechał o 21 proc., francuski CAC40 — o 19 proc., a brytyjski FTSE100 i SP 500 straciły po 13 proc. To, co wystraszyło inwestujących w akcje, zachęca do szukania bezpiecznego schronie- nia w złocie. Wciąż straszy pułapka zadłużenia w Europie, kondycja banków oraz niezdolność USA do ogra-niczenia deficytu budżetowego.

— Złoto to rodzaj pieniądza, ale w odróżnieniu od większości innych walut, to pieniądz wyjątkowo dobrej jakości. Jego podaż przyrasta przeciętnie zaledwie w tempie podobnym jak liczba ludności świata — tłumaczy fenomen popularności metalu Ronald Stoeferle, analityk Erste Group.

Jego zdaniem, nadmierne zadłużenie, z jakim boryka się świat, sprawi, że realne stopy procentowe jeszcze przez wiele lat pozostaną ujemne. Dzięki temu dłużnicy będą w stanie złapać oddech. Niestety, jest też druga strona tego medalu. Oszczędzający będą musieli pogodzić się z faktem, że w ujęciu realnym będą tracić pieniądze. Sposobem na to jest właśnie złoto.

W czwartkowym handlu w Azji za uncję płacono rekordowe w ujęciu nominalnym 1814,99 USD. Dlatego Erste Group przyznaje, że dotychczasowa wycena sięgająca 2300 USD wydaje się bardzo zachowawcza.

— Na razie nie podnosimy ceny docelowej. Stosunek potencjalnych zysków do ponoszonego ryzyka sprawia, że złoto jest bardzo atrakcyjne, ale podniesienie wyceny rozważymy dopiero wtedy, gdy ceny złota osiągną założony przez nas pułap — zapowiada Ronald Stoeferle.

Bańki nie ma

Po tym jak notowania złota zakończyły wzrostem dziesiąty rok z kolei, pojawia się jednak coraz więcej głosów twierdzących, że na rynku powstaje olbrzymi bąbel spekulacyjny.

— Nic z tych rzeczy — twierdzi specjalista Erste Group.

Przyznaje, że hossa może wchodzić w końcową fazę, jednak przypomina, że gdy poprzedni rynek byka dochodził do kulminacji, ceny podwoiły się w ciągu zaledwie sześciu tygodni.

— Teraz notowania rosną spokojnie i systematycznie. To dobra oznaka — twierdzi Ronald Stoeferle.

Jak podkreśla, obecna dobra passa kruszcu może okazać się jeszcze bardziej trwała od tej z lat 70. Znaczna część popytu pochodzi z Chin i Indii, których ludność jeszcze ponad trzy dekady temu była pogrążona w ubóstwie. Bogacący się obecnie Hindusi i Chińczycy tradycyjnie traktują złoto jako środek przechowania majątku.

Na co uważać

Specjalista Erste Group przyznaje, że zwyżki nie będą trwały w nieskończoność. Sygnałem zapowiadającym koniec hossy mogłoby być odwracanie się preferującego złoto trendu w innych niż dolar walutach. Obecnie złoto nie zyskuje na wartości jedynie względem franka szwajcarskiego. To, jak podkreśla specjalista Erste Group, podkreśla status bezpiecznego schronienia, jaki wyrobiła sobie waluta Szwajcarii.

Łatwym do spostrzeżenia sygnałem świadczącym o tym, że zwyżki dobiegają do końca, może być także pojawienie się szaleństwa na punkcie inwestycji w złoto. Tymczasem, jak oblicza Ronald Stoeferle, na razie kruszec stanowi około 0,15 proc. aktywów inwestorów instytucjonalnych. Kapitalizacja jego producentów należących do wskaźnika SP 500 to zaledwie 2 proc. kapitalizacji całego rynku.

— Gdy ponad 10 lat temu kończyła się wielka hossa w segmencie nowoczesnych technologii, każdy laik "wiedział", w jakie internetowe spółki warto inwestować. Tymczasem teraz na ulicy o złocie praktycznie się nie słyszy — zauważa Ronald Stoeferle.

RzĄdzĄcy zawsze psujĄ pieniĄdz

Władze nigdy w historii nie oparły się pokusie, by psuć pieniądz. Spadek wartości dolara, który odbija się w zwyżkach cen złota, to kolejna już odsłona tego samego dramatu. W czasach starożytnych upadek pieniądza postępował wskutek jego zwykłego fałszowania. Do kruszcu, z którego odlewano monety, dodawano coraz więcej stopów innych metali.

Waga monety złotej bitej w Cesarstwie Rzymskim spadła w ciągu blisko 300 lat z 10,5 grama do 0,77 grama. Mikołaj Kopernik wymieniał spadek wartości pieniądza wśród czterech głównych czynników, które prowadzą do upadku całych krajów. To, że złoto jest jedynym pieniądzem, który zachowuje wartość, potwierdza nawet Alan Greenspan, były szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej.

— Płatność w złocie nadal jest ostateczną formą płatności na świecie. W skrajnym przypadku pieniądz papierowy nie jest akceptowany przez nikogo. Złoto natomiast przyjmie każdy — powiedział Alan Greenspan na początku zeszłej dekady.

W ciągu kilku następnych lat skrajnie łagodna polityka pieniężna spowodowała powstanie i pęknięcie bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości. Jak wylicza ekonomista John Williams, oficjalny wskaźnik inflacji nie odzwierciedlał rzeczywistego spadku pieniądza. Prawdziwa wysokość inflacji sięgnęła według niego

w 2008 r. 13 proc.

MoŻliwości kupna

zŁota jest mnÓstwo

Najprostszym sposobem, by

zainwestować w złoto, jest za-

kup jednostek funduszy.

Zaletą tej metody jest możli-

wość zainwestowania już nie-

wielkich kwot, łatwość trans-

akcji i niskie koszty z nią zwią-

zane. Niestety, są także pewne

minusy. Niektóre fundusze

inwestują nie tylko w złoto,

ale w srebro (którego notowa-

nia — w przeciwieństwie

do złota — charakteryzują się

znacznie większą zmienno-

ścią). Mogą też posiadać

akcje producentów tych meta-

li. A te mogą być skorelowane

z rynkiem akcji.

Znacznie bardziej skomplikowane jest kupno fizycznego złota. Jeżeli zdecydujemy się na biżuterię, musimy pogodzić się z faktem, że cena, po jakiej odsprzedamy precjoza, będzie uwzględniała marżę nabywcy. W przypadku sztabek problemem jest ich duża wartość. Kilogramowy odlew to — według cen rynkowych — koszt 170 tys. zł. Po zakupie kruszec trzeba przechować i ubezpieczyć. Dodatkowym kosztem jest pobierana przez Mennicę Polską opłata za wytopienie sztabek, która sięga nawet kilku proc. ich wartości.

Wygodniejszym sposobem są internetowe platformy handlu złotem. Koszty ograniczają się do prowizji (około 1 proc.) oraz opłaty za przechowywanie i ubezpieczenie metalu. Równie wygodną opcją są kontrakty futures na złoto. Wreszcie istnieje wiele produktów strukturyzowanych, z których stopa zwrotu zależy od notowań kruszcu.

Złoto jest tanie jak barszcz

Marc Faber

autor newslettera dla inwestorów "Gloom, Boom Doom"

Debata wokół limitu długu USA nie miała znaczenia, bo nie rozwiązała podstawowego problemu, jakim jest nadmierne zadłużenie i wciąż bardzo wysokie deficyty budżetowe. I USA, i Europa będą dalej się zadłużać i drukować pieniądze. To wszystko skończy się tym, że stare dolary zostaną wymienione na nowe w stosunku 1:100, niewykluczone jest też, że rządy będą dążyły do wywołania wojny.

Taka sytuacja sprzyja złotu. Ceny kruszcu wzrosły do 1600 dolarów ze średniego poziomu 350 dolarów, obserwowanego w latach 80. Jeżeli jednak notowania złota odniesiemy do bazy monetarnej i długu publicznego, to w rzeczywistości ceny wcale nie poszły w górę. Realna wartość kruszcu spadła, co sprawia, że złoto wciąż jest bardzo tanie.

Europa musi udowodnić,

że ma pomysł na kryzys

Michał Szymański

partner zarządzający Money Makers

Głównym wyzwaniem dla inwestorów w najbliższych miesiącach jest rozstrzygnięcie dylematu, na ile mamy do czynienia z recesją czy też z dłuższym spowolnieniem w cyklu wzrostu gospodarczego.

Jeśli chodzi o zagrożenie recesją, to warto odnotować brak typowych symptomów przegrzania koniunktury, jak przeskalowania mocy produkcyjnych pojedynczych branż, co jest charakterystyczne dla okresów poprzedzających poważne recesje. W 2007 r. mieliśmy do czynienia z nadmierną skalą działalności sektora finansowego, nieruchomości i budownictwa. Obecnie natomiast mamy do czynienia z ryzykiem braku płynności, wskutek nadmiernego zadłużenia państw, efektem wypychania sektora prywatnego z rynku kapitałowego przez potrzeby finansowe rządów i skokowego wzrostu awersji do ryzyka skutkującego ograniczeniem akcji kredytowej banków. Stąd utrzymująca się koncentracja rynków finansowych na kwestiach dotyczących płynności, np. quantitative easing w USA czy zagrożeniu możliwości udzielania kredytów przez banki wskutek ewentualnych strat na obligacjach rządowych.

W 1937 r. zbyt szybkie zacieśnienie polityki fiskalnej doprowadziło do nowej recesji, choć dużo płytszej niż Wielki Kryzys. Przed rządami stoi wybór, czy zacieśniać politykę fiskalną (ograniczać wydatki i/lub zwiększać podatki), czy też zgodzić się na płacenie wyższej premii za ryzyko wskutek obniżki ratingu, starając się wspierać wzrost gospodarczy. Obecnie inwestorzy koncentrują się na utrzymaniu ratingów, obawiając się niewypłacalności, ale w dłuższym terminie trzeba być przygotowanym na zmianę uwagi rynków na ocenę trafności rozwiązań z punktu widzenia wzrostu gospodarczego. Załamanie się wzrostu wskutek nietrafionych cięć paradoksalnie może także pogorszyć sytuację mierzoną wskaźnikiem długu do PKB lub wielkością płaconych odsetek do wzrostu gospodarczego, opisującymi możliwości płatnicze państw. Warto też przypomnieć przykład Wielkiego Kryzysu, kiedy to kraje chcące utrzymać "wiarygodność" swej waluty i przez zbyt długi czas utrzymujące parytet złota były jednymi z najdłużej dotkniętych kryzysem. Dziś inwestorzy nie wierzą w skuteczność wydatków budżetowych, widząc w nich jedynie źródło większego długu. Czymś innym i niebudzącym żadnych wątpliwości są reformy zwiększające konkurencyjność zagrożonych państw.

Jednak aby inwestorzy uodpornili się na kolejne obniżki ratingów, konieczny jest spadek obaw przed niewypłacalnością państw. Kluczowym będzie przekonanie, że państwa strefy euro mają pomysł na skuteczne zarządzanie kryzysem zadłużenia, i to w sposób nieprowadzący do kolejnej recesji. Na razie problem Grecji rozwiązany został bardziej medialnie niż realnie. Program pomocy nadal nie jest w pełni zatwierdzony, a reformy w Grecji już nie są realizowane zgodnie z kalendarzem. Jeśli Unia Europejska nie może sobie poradzić z Grecją, to siłą rzeczy rynki są przeczulone na punkcie Włoch i Hiszpanii.

Niemcy i Holandia, główni płatnicy Unii, nadal gotowe są do pomocy, ale pod warunkiem reform. Rządy zagrożonych państw chcą uniknąć bolesnych rozwiązań i najchętniej korzystałyby z pomocy bez narażania się swoim wyborcom. W efekcie płatnicy, chcąc wymusić odpowiednie zmiany, muszą wywierać presję. W praktyce oznacza to konsekwentne wstrzymywanie się z pomocą i jej deklaracjami, aż kraj będzie tak zagrożony, że jego rząd zmuszony będzie przyjąć niepopularne reformy. Tak było ostatnio m.in. z Włochami, a nieco wcześniej z Grecją. Taki proces oznacza niestety dużo emocji dla rynków finansowych.

Wskutek rosnącego ryzyka obniżenia wzrostu gospodarczego, spadku cen surowców, a tym samym zmniejszenia presji inflacyjnej oraz ekspansywnej polityki monetarnej (niskie stopy, skup obligacji) realizowanej przez Europejski Bank Centralny (ECB) można oczekiwać zahamowania cyklu podwyżek stóp procentowych w Polsce.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu