Ten zapoczątkowany w 2016 r. w podrzeszowskiej Jasionce event, gromadzący głównie władców spod znaku tzw. dobrej zmiany oraz obsadzone przez nich szefostwa spółek skarbu państwa, od sześciu edycji ma ten sam cel. Przekonani wzajemnie się przekonują co do doskonałości i bezbłędności rządowej polityki gospodarczej i szerzej społecznej. Faktycznym twórcą K590 jest Adam Glapiński, prezes Narodowego Banku Polskiego (NBP), dlatego bank z oczywistych powodów ma oficjalny tytuł Partnera Złotego. W związku z tym kongresowe wystąpienie prezesa NBP we wtorek wieczorem miało znaczenie znacznie większe od każdego innego, także od czysto kurtuazyjnych głosów prezydentów Polski i Austrii. Nawet najpilniejsi słuchacze rzecz jasna nie mogli doszukać się choćby sygnału podwyżki stóp, która w głosowaniu RPP dopełniła się w środę i gruchnęła także po zaskoczonym K590. We wtorek Adam Glapiński wręcz demonstracyjnie akcentował wspieranie przez bank centralny polityki Prawa i Sprawiedliwości. Opowiadał o jakimś polskim cudzie gospodarczym, dzięki któremu możemy właściwie odpuścić sobie pieniądze z Unii Europejskiej, czyli w domyśle – chociaż tego naturalnie nie powiedział – być może także… członkostwo. Generalnie takie dywagacje prezesa nie mogą dziwić, wszak wywodzi się z najtwardszego jądra Porozumienia Centrum (czyli rodzica PiS), był nawet w latach 1991-93 zastępcą Jarosława Kaczyńskiego w tamtej partii.
Punkt widzenia na stopy procentowe wyjątkowo zależy od punktu siedzenia. Bez względu na opcję rząd zawsze chciałby mieć jak najniższe, najlepiej zerowe, ponieważ to środek mocno dopingujący wzrost gospodarczy, przynajmniej ten kreatywnie księgowany na papierze. Przypomnę bardzo głośny konflikt o stopy procentowe sprzed dwóch dekad, jeszcze sprzed akcesji Polski do UE, gdy SLD-owski premier Leszek Miller wciąż „widział przestrzeń do obniżenia stóp”, ale absolutnie tego nie widział prezes banku Leszek Balcerowicz wraz z ówczesną RPP. W związku z tym szef rządu w 2002 r. nasłał na bank centralny ogromną demonstrację dyspozycyjnego Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, które pod czarną ścianą siedziby NBP kreatywnie rozwinęło skrót nazwy – Nieugięta Banda Palantów. Dzisiaj jest odwrotnie, rządowi wystarczyłoby utrzymanie stóp. Chociaż nieszczęsny dla społeczeństwa wzrost inflacji stał się już tak nabrzmiałym problemem, że sygnał do pewnej korekty stóp wysłał w środę… premier Mateusz Morawiecki – i RPP tę jego zgodę polityczną przetworzyła na uchwałę.
Przypomnienie art. 227 Konstytucji RP prowadzi do wniosku, że NBP ostatnio zapomniał, po co istnieje. Przecież jego główne zadanie ustalone zostało następująco: „odpowiada za wartość polskiego pieniądza”. Dalsze ustępy wspomnianego artykułu naturalnie przewidują korelację między corocznymi założeniami polityki pieniężnej i projektami budżetów, a także ich corocznymi wykonaniami. Kompetencje NBP oraz Rady Ministrów zostały jednak wyraźnie rozdzielone, bank centralny w imię poprawności politycznej nie może stać się usługodawcą wobec rządzącej partii. Prezes Adam Glapiński ostatnio opanowany jest gorączką złota, planuje zakupy kolejnych ton, aby jeszcze bardziej lśnił skarbiec. Konstytucyjny obowiązek dbania o wartość dotyczy jednak pieniądza, czyli używanego przez obywateli Rzeczypospolitej Polskiej złotego, nie zaś głęboko schowanych sztabek.
