2 mld USD strat przez dilera

Kamil Zatoński
opublikowano: 16-09-2011, 00:00

Szwajcarski bank UBS stracił na  nieautoryzowanych transakcjach dilera dwie trzecie zysków półrocza.

Szwajcarski bank UBS stracił na nieautoryzowanych transakcjach dilera dwie trzecie zysków półrocza.

Duży bank, duża wpadka. Krótko po tym, jak brytyjska policja poinformowała o aresztowaniu mężczyzny podejrzanego o oszustwo i nadużycie stanowiska, największy szwajcarski bank inwestycyjny UBS ujawnił, że będzie zmuszony zaksięgować nawet 2 mld USD straty poniesionej na transakcjach na rynku finansowym. Najprawdopodobniej chodzi o tzw. ETF, czyli fundusze inwestycyjne, których tytuły uczestnictwa notowane są na giełdach. Szczegółów feralnych operacji nie podano, ale reakcja akcjonariuszy UBS była bardzo nerwowa (kurs akcji spadał nawet o 9 proc.). Sprawa wzbudziła bowiem obawy o szczelność systemu nadzoru nad ryzykiem w banku, który zaledwie trzy lata temu stracił 50 mld USD na inwestycjach w różne aktywa, m.in. derywaty oparte na kredytach hipotecznych niskiej jakości (tzw. sub-prime).

Dwumiliardowa strata, jaką musi przełknąć UBS, to i tak niewiele w porównaniu z prawie 5 mld EUR strat, na jakie jeden z maklerów — Jerome Kerviel — naraził francuski Societe Generale w 2008 r.

Zbyt wielkie napięcie

Adam Pers, dyrektor departamentu rynków finansowych w Raiffeisen Banku (w jego zespole pracuje blisko 50 dilerów), podkreśla, że w Polsce tak głośnych historii do tej pory nie było, bo i być nie mogło.

— Skala pozycji otwieranych przez rodzimych dilerów jest nieporównanie mniejsza niż w Londynie, Paryżu czy Nowym Jorku. W Polsce nie ma typowych banków inwestycyjnych, a ten obszar w bankach uniwersalnych to tylko część biznesu. Nawet jeśli błędy się zdarzają — a pomimo restrykcyjnego nadzoru czasem się zdarzają, jak w każdym biznesie — to skala strat jest relatywnie niewielka — mówi Adam Pers.

Przyznaje, że praca dilera wiąże się ze stresem, zwłaszcza jeśli osoba taka zajmuje się nie obsługą klientów (eksporterów, importerów), ale otwieraniem wspomnianych pozycji spekulacyjnych.

— Wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji, ale są osoby, które bardzo przeżywają swoją pracę i żyją nią nawet po wyjściu z biura. Praca jest intensywna, a nerwy są tym większe, im bardziej zmienny jest rynek. Napięcie jest na pewno nieproporcjonalnie większe niż w innych działach banku. Są tacy, którzy pracują po kilkanaście lat w tym zawodzie, ale niektórzy stwierdzają, że to nie dla nich już po kilku latach — mówi Adam Pers, który w dealing roomie pracuje od 12 lat (teraz jest szefem).

Mniej niż w Londynie

Dodaje, że każdy diler raz w roku musi obowiązkowo pójść na dwa tygodnie urlopu. Troska o zdrowie? Jak się okazuje, nie tylko.

— Taki okres wystarcza do tego, by "wypłynęły" niedociągnięcia, błędy lub celowe działania pracowników, które mogłyby spowodować ewentualne straty — mówi Adam Pers.

Specjalista Raiffeisena nie chce ujawnić zarobków dilerów.

Są to jednak kwoty rzędu kilku-kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie, plus ewentualne bonusy. To kilka razy mniej, niż zarabiają traderzy w Londynie czy Nowym Jorku.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Zatoński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Bank , UBS