Szwajcarski bank UBS stracił na nieautoryzowanych transakcjach dilera dwie trzecie zysków półrocza.
Duży bank, duża wpadka. Krótko po tym, jak brytyjska policja poinformowała o aresztowaniu mężczyzny podejrzanego o oszustwo i nadużycie stanowiska, największy szwajcarski bank inwestycyjny UBS ujawnił, że będzie zmuszony zaksięgować nawet 2 mld USD straty poniesionej na transakcjach na rynku finansowym. Najprawdopodobniej chodzi o tzw. ETF, czyli fundusze inwestycyjne, których tytuły uczestnictwa notowane są na giełdach. Szczegółów feralnych operacji nie podano, ale reakcja akcjonariuszy UBS była bardzo nerwowa (kurs akcji spadał nawet o 9 proc.). Sprawa wzbudziła bowiem obawy o szczelność systemu nadzoru nad ryzykiem w banku, który zaledwie trzy lata temu stracił 50 mld USD na inwestycjach w różne aktywa, m.in. derywaty oparte na kredytach hipotecznych niskiej jakości (tzw. sub-prime).
Dwumiliardowa strata, jaką musi przełknąć UBS, to i tak niewiele w porównaniu z prawie 5 mld EUR strat, na jakie jeden z maklerów — Jerome Kerviel — naraził francuski Societe Generale w 2008 r.
Zbyt wielkie napięcie
Adam Pers, dyrektor departamentu rynków finansowych w Raiffeisen Banku (w jego zespole pracuje blisko 50 dilerów), podkreśla, że w Polsce tak głośnych historii do tej pory nie było, bo i być nie mogło.
— Skala pozycji otwieranych przez rodzimych dilerów jest nieporównanie mniejsza niż w Londynie, Paryżu czy Nowym Jorku. W Polsce nie ma typowych banków inwestycyjnych, a ten obszar w bankach uniwersalnych to tylko część biznesu. Nawet jeśli błędy się zdarzają — a pomimo restrykcyjnego nadzoru czasem się zdarzają, jak w każdym biznesie — to skala strat jest relatywnie niewielka — mówi Adam Pers.
Przyznaje, że praca dilera wiąże się ze stresem, zwłaszcza jeśli osoba taka zajmuje się nie obsługą klientów (eksporterów, importerów), ale otwieraniem wspomnianych pozycji spekulacyjnych.
— Wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji, ale są osoby, które bardzo przeżywają swoją pracę i żyją nią nawet po wyjściu z biura. Praca jest intensywna, a nerwy są tym większe, im bardziej zmienny jest rynek. Napięcie jest na pewno nieproporcjonalnie większe niż w innych działach banku. Są tacy, którzy pracują po kilkanaście lat w tym zawodzie, ale niektórzy stwierdzają, że to nie dla nich już po kilku latach — mówi Adam Pers, który w dealing roomie pracuje od 12 lat (teraz jest szefem).
Mniej niż w Londynie
Dodaje, że każdy diler raz w roku musi obowiązkowo pójść na dwa tygodnie urlopu. Troska o zdrowie? Jak się okazuje, nie tylko.
— Taki okres wystarcza do tego, by "wypłynęły" niedociągnięcia, błędy lub celowe działania pracowników, które mogłyby spowodować ewentualne straty — mówi Adam Pers.
Specjalista Raiffeisena nie chce ujawnić zarobków dilerów.
Są to jednak kwoty rzędu kilku-kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie, plus ewentualne bonusy. To kilka razy mniej, niż zarabiają traderzy w Londynie czy Nowym Jorku.