Akcje pracownicze nie zawsze popłacają

Masz akcje pracownicze JSW i jednocześnie pracujesz w tej firmie? Zatrzymanie papierów na stałe może być ryzykowne

Już od przyszłego tygodnia około 60 tys. właścicieli akcji pracowniczych JSW będzie mogło swobodnie nimi dysponować. Po dwóch latach od giełdowego debiutu największego w Polsce producenta węgla koksowego do obrotu wchodzi 18 mln dotychczas zamrożonych papierów. Odpowiadają za 15 proc. całości kapitałów spółki. Obecni i byli pracownicy przedsiębiorstwa będą mieli twardy orzech do zgryzienia.

None
None

Mnożenie ryzyka

Od giełdowego debiutu kurs spadł o połowę, a tymczasem eksperci przestrzegają: posiadanie dużych oszczędności w akcjach firmy, w której się pracuje, często bywa złym pomysłem.

— Od strony psychologicznej to dość typowe zachowanie. Ludzie mają skłonność do inwestowania w akcje spółki, w której pracują. Wszystko przez złudne przekonanie, że mają poczucie kontroli nad tym, co się dzieje w firmie — zauważa Tomasz Zaleśkiewicz, kierownik Katedry Psychologii Ekonomicznej w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Jak jednak podkreśla specjalista, z ekonomicznego punktu widzenia to zupełnie nieracjonalne zachowanie. Wszystko dlatego, że osoba decydująca się na taką formę lokowania oszczędności bierze na siebie podwójne ryzyko.

Jeśli kondycja firmy się pogorszy, straci nie tylko jako pracownik, ale treż jako akcjonariusz. Mówiąc obrazowo, akcje potanieją, a również na podwyżkę nie będzie mogła liczyć. O konsekwencjach przekonali się chociażby pracownicy PBG. Od przeprowadzenia w latach 2005–06 programów motywacyjnych wartość akcji spółki spadła o 90 proc. Pracownicy, którzy zachowali pakiet, rezygnując ze stworzenia na jego bazie zdywersyfikowanego portfela, nie tylko musieli przełknąć gorzką pigułkę w postaci utraty dużej części oszczędności, ale też wielu z nich musiało poszukać sobie nowej pracy.

OKIEM EKSPERTA
Nie trzymaj jajek w jednym koszyku

ROBERT BRZOZA
strateg Unicredit CAIB
Portfel inwestycyjny składający się z zaledwie jednego papieru to bardzo ryzykowny wybór, nie mówiąc już o sytuacji, gdy jest to spółka, w której się pracuje. Salomonowym rozwiązaniem może być sprzedaż wraz z upływem czasu części akcji i przeznaczenie pozyskanych pieniędzy na inwestycje w inne aktywa, zgodnie z zasadą „nie trzymaj wszystkich jajek w jednym koszyku”. Absolutnie minimalna liczba akcji w portfelu złożonym z samych spółek to 5. Jeżeli jednak nie mamy czasu i wiedzy, by samodzielnie dobrać spółki, to zamiast tego możemy zdecydować się na notowany na giełdzie fundusz indeksowy ETF na WIG20, którego podstawową zaletą są niskie koszty.
Jeżeli w ogóle nie chcemy inwestować na giełdzie, warto zastanowić się nad sprzedażą około czterech piątych posiadanego pakietu i zainwestowaniem gotówki w fundusze. Tym posiadaczom akcji pracowniczych, którzy nie boją się ryzyka, rekomendowałbym portfel o składzie: JSW 20 proc., fundusz akcji dywidendowych 50 proc., fundusz obligacji korporacyjnych 30 proc. Jeżeli wolimy bezpieczne inwestycje, wybierzmy wariant JSW 20 proc., fundusz obligacji skarbowych 50 proc., depozyt 30 proc. Wszelkich zmian bezpiecznej jest dokonywać stopniowo, przy jednorazowej transakcji można natknąć się na niekorzystne ceny. Dlatego operację sprzedaży części akcji i zakupu funduszy radziłbym przeprowadzić w około trzech krokach, rozciągniętych na 3 do 6 miesięcy.

Jak przyznaje Tomasz Zaleśkiewicz, od strony polityki firmy przydzielanie akcji pracowniczych to bardzo dobra strategia. Pracownicy będący jednocześnie właścicielami zakładu pracy angażują się bardziej w swoje obowiązki, a to pozytywnie wpływa na funkcjonowanie firmy. Jednak jego zdaniem, trzeba wyraźnie rozdzielić dwie kwestie: zarządzanie zasobami ludzkimi przez firmę i własny interes pracowników. — Z punktu widzenia zarządzania ryzykiem finansowym przez tych ostatnich trzymanie akcji nie ma sensu — ocenia ekspert.

Otoczenie nie sprzyja

Podstawowym problemem jest jednak to, że ostatnie warunki rynkowe nie sprzyjają sprzedaży akcji pracowniczych. Rynkowa wycena papierów, która jeszcze na debiucie sprzed dwóch lat sięgała 140 zł, otarła się ostatnio nawet o 60 zł. Wszystkiemu winna dekoniunktura w Azji i Europie, a zwłaszcza w Chinach będących największym konsumentem węgla na świecie. Ceny węgla koksowego na światowych rynkach spadły do 130 USD za tonę, choć jeszcze w 2011 r. przekraczały 300 USD za tonę.

— JSW jest biorcą cen wyznaczonych na rynkach azjatyckich, a te zanotowały w ostatnich tygodniach mocne spadki. W naszej ostatniej wycenie na poziomie 80,4 zł zakładaliśmy mniej pesymistyczny rozwój wydarzeń — przyznaje Krzysztof Zarychta, analityk DM BDM. Pewnym pocieszeniem jest to, że — zdaniem specjalisty — dopuszczenie do obrotu akcji pracowniczych raczej nie zachwieje kursem 8 lipca.

Posiadacze akcji pracowniczych pamiętają, jak notowania spółki zbliżały się do 140 zł. Większość z nich wstrzyma się prawdopodobnie ze sprzedażą i będzie starała się przeczekać okres dekoniunktury.

— Paradoksalnie, gdy do obrotu wchodziły akcje pracownicze Bogdanki, na pierwszej sesji kurs wręcz skoczył o ponad4 proc. To jednak nie jest prognoza dla JSW, ponieważ nastroje rynkowe były wtedy inne — zauważa Krzysztof Zarychta. Specjalista ze sprzedażą akcji radzi poczekać na lepszy moment. Potencjał spadków cen węgla nie powinien być już bowiem tak silny jak w ostatnim czasie, a fundamentalnie JSW to dobrze poukładana spółka. Może wręcz skorzystać na kłopotach NWR, konkurenta zza południowej granicy, przejmując większe udziały w rynku.

— Z najgorszym okresem na rynku mamy do czynienia właśnie teraz. Problem w tym, że trudno ocenić, czy odbicie to kwestia najbliższych miesięcy, czy dopiero przyszłego roku — zauważa Krzysztof Zarychta.

Nastroje studzi jednak Robert Brzoza, strateg Unicredit CAIB. Jak przyznaje, spełniły się jedynie wstępne warunki konieczne do przełamania złej passy JSW. Spółki bardziej uzależnione od koniunktury (a do takich należy JSW) są tanie, ale mimo to omijane szerokim łukiem przez inwestorów. Jednak, jego zdaniem, moment przełomowy w zachowaniu kursów jeszcze nie nadszedł.

— Perspektywy pozostają bardzo niejasne. Brak impulsu, którym mogłoby być złagodzenie polityki głównych banków centralnych. Tymczasem ożywienie gospodarcze, które w przypadku Polski jest już na horyzoncie, w skali globalnej wygląda bardzo anemicznie — zauważa Robert Brzoza.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane