Rewolucja menedżerska? Skąd. Artur Toronowski i synowie własną firmą rządzą własnymi, silnymi rękoma. Oprócz bananów postawili na obsługę kierowców tirów oraz na hotele.
Artur Toronowski, Rafał i Robert Zarzeccy. Ojciec i synowie. Klan prezesów Citroneksu, najbogatszych ludzi polsko-niemieckiego pogranicza, można namierzyć bardzo szybko. Każdy z nich nosi podobną, grubą, złotą bransoletę na ręce.
Kiedy szefowie największej prywatnej firmy w Zgorzelcu opowiadają o swoim biznesie, czar złotych bransolet, małych i większych bazarowych geszeftów szybko pryska. Dziś grupa firm zarządzanych z Citroneksu, którym silną ręką zawiadują Toronowski i synowie, to imperium. Mające 700 mln złotych przychodu i 70 mln złotych zysku rocznie.
A będzie jeszcze więcej, bo Citronex, słynący na rynku z handlu bananami i pokaźnej floty transportowej, ruszył z całkiem nowym projektem. Przedsiębiorcy stawiają na kompleksową obsługę kierowców i ich tirów oraz na hotele.
W pobliżu autostrad i głównych dróg krajowych powstaje pięć lądowych portów transportowych za 30 mln złotych każdy. Dwa już są: w Żarskiej Wsi — 10 km od przejścia granicznego w Jędrzychowicach — oraz w Mostkach w Lubuskiem, w pobliżu A2. Przed EURO 2012 Citronex będzie też miał w zachodniej Polsce pięć hoteli średniej, popularnej klasy.
Biedni bogaci
Polska, prawobrzeżna część Görlitz prezentuje się nie najgorzej, ale ciągle sporo jej brakuje do klimatu spokojnych, czystych uliczek miasta po drugiej stronie mostu, siedziby niemieckich biskupów — ewangelickiego i katolickiego — oraz wielu Polaków (młodego Niemca ponoć niełatwo tu spotkać). Artur Toronowski niby nie powinien mieć kompleksów. Na pytanie, jak się czuje w czołówce najbogatszych Polaków, odpowiada szybko i przekornie: biednie.
— Jak to?
— Jesteśmy sto lat za Murzynami, za Rosjanami, za Europą Zachodnią. W Niemczech zupełnie nie rozmawia się o pieniądzach. Bo się je ma. Ale za to szybko się rozwijamy — rzuca Toronowski.
Ten rozwój akurat w Citroneksie widać na pierwszy rzut oka. A już na pewno widać jego owoce. Dojrzewalnia bananów ma 64 komory, w których może dochodzić 70 tys. kartonów bananów tygodniowo, które Toronowski z synami sprowadzają wprost z Ekwadoru. Do końca 2008 r. Citronex postawi kolejny magazyn na taką samą ilość owoców.
Bardziej przyziemne dowody rozwoju polskiego biznesu u progu granic z bogatą Europą Zachodnią — 250 ciągników Scania, 100 całkiem nowych zestawów z naczepami wyposażonymi w plandeki oraz 150 aut chłodni, którymi ze Zgorzelca jeżdżą banany i dzięki którym firma świadczy usługi transportowo-logistyczne. Po jednej stronie placu nie da się także nie zauważyć mercedesa GL prezesa, wartego jakieś 300 tys. złotych, a na pulpicie komputera Artura Toronowskiego zdjęcia wartego 1,5 mln euro jachtu motorowego Galeon, który cumuje w Gdyni. Wisienką na torcie jest czerwone ferrari 360 modena, którym Artur Toronowski jeździ w interesach do Niemiec. Takie samo, które rozbił Maciej Zientarski, a w którym tragicznie zginął jego kolega dziennikarz Jarosław Zabiega.
Przed siedzibą Citroneksu w małym, wbudowanym w ziemię basenie pływają ryby. Nie złote — ale też się przydają.
— Lubię świeżą rybę — w try miga wyjaśnia Artur Toronowski. — Nie żartuję — dodaje, zjadając dziarsko mleko z płatkami, które właśnie dostał od swojej asystentki.
Musi jeść je punktualnie, bo się odchudza.
— Tylko proszę nie pomyśleć, że my od lat pławimy się w luksusie. Żeby stworzyć mocną firmę, najpierw trzeba jej oddawać wszystko przez 10 lat. Nie budować domu, nie kupować jachtów, tylko kupić lepszą ciężarówkę, lepsze wózki widłowe. Następne 10 lat trzeba zaś inwestować w markę, w system HACCP czy w ISO. Z mojego doświadczenia wynika, że dopiero po plus minus 20 latach, gdy ma się pewną sy- tuację, można pomyśleć o konsumpcji — wyjaśnia Artur Toronowski.
Można też pomyśleć o filantropii. W 2005 r. twórca wielobranżowego imperium ze Zgorzelca zyskał rozgłos, bo kupił na aukcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy wrocławski tramwaj. Maszyna stoi dziś na terenie firmy i czeka na lepszy pomysł.
— Byłem kiedyś koszykarzem i grałem w Turowie Zgorzelec w I lidze. Dokładamy więc do Turowa, który walczy o zwycięstwo w mistrzostwach Polski z Prokomem. Ale nie dokładamy za dużo. Bo wolałbym, żeby w zespole było więcej polskich chłopców, a nie sowicie opłacani czarnoskórzy gracze oraz ci z krajów byłej Jugosławii — dorzuca Toronowski.
Oddać się bananowi
Dzwoni telefon. Odbiera Robert Zarzecki. Po niemiecku. Po chwili rozmowy przekazuje telefon tacie. Zaczyna się rozmowa — idzie o jakąś naczepę sprzed 20 lat, którą chcą sprzedać, a którą jakiś Niemiec używa.
— W firmie nie zapadają żadne decyzje bez naszej wiedzy. Mama też z nami pracuje, rozlicza faktury, robi zakupy — także wszystko jest pod jej kontrolą. Siostra pomału szkołę kończy, za chwilę studia zacznie. Pewnie też do nas dołączy. Oczywiście, mamy jakichś kierowników, ale żeby ktoś z nich miał wolną rękę — to nie za bardzo. Nigdy też nie wyłączamy komórki — wyznaje szczerze Robert Zarzecki, młodszy wiceprezes Citroneksu, odpowiedzialny za transport, logistykę i myjnie dla tirów. A w tę dywizję wchodzą aż trzy firmy. Citronex Trans Wrocław, Citronex Trans Logistic oraz Ostline Logistic, po niemieckiej stronie, w Görlitz. Ta spółka, oprócz logistyki, zajmuje się także handlem używanymi i nowymi naczepami, wypożyczaniem autokempingów, kupowaniem i sprzedażą bananów, handlem cegłami oraz kostką brukową. Citronex ma w Niemczech także nieruchomości.
— Myślę, że charakter rodzinny tej firmy jest jej ogromną siłą. Dla przykładu weźmy naszą konkurencję z Chiquitą na rynku bananów. Kiedy do nas dzwoni sieć handlowa, bardzo szybko możemy ustalić warunki promocji, którą na banany chcą wprowadzić. W Chiquicie załatwienie czegoś takiego trwa tygodniami ze względu na rozbudowane szczeble zarządzania, na to, że to ogromny producent kosztów i prezesi wciąż się tam zmieniają — dopowiada Artur Toronowski.
Bananowy biznes w ogóle jest ponoć trudny i wymagający niezwykłego zaangażowania, co poświadczają i Toronowski, i Rafał Zarzecki, jego starszy syn, który kilka lat temu zluzował ojca we współpracy z eksporterami cytrusów i z sieciami handlowymi. Ponoć 90 proc. polskich firm zbankrutowało na bananach. Dlaczego?
— Trzeba się bezgranicznie oddać bananowi. 1,99 zł za kilogram banana na półce dziś sprzedajemy. Żeby zarobić, trzeba ciąć koszta do zera. Jak ściągamy 100 tirów w tygodniu, to musimy sprzedać owoce, póki nie zgniją, nie zaczną kropkować. Banan nie pozwala o sobie zapomnieć i zmusza do główkowania. A wystarczy, że nagle zrobi się gorąco i nie istnieje na rynku — wyjaśnia Toronowski.
Kiedyś ściągali je pociągami. Teraz samochodami i statkami. Do Gdańska, do Bremerhaven w Holandii.
— Kupujemy bezpośrednio u plantatorów w Ekwadorze. Jeśli tydzień jest dobry, to nic nie idzie na giełdę. Jeśli gorszy, to z 10 proc. musimy wypchnąć w ten sposób. Ile dojrzewają? Tydzień. Jak do nas przyjeżdżają, są zielone niczym ogórki. Robią się żółte wskutek wydalania etylenu — my im tylko dodajemy tego gazu, aby proces nieco przyśpieszyć — opowiada Rafał Zarzecki.
Handel bananami na razie daje Toronowskiemu i rodzinie 60 proc. przychodów. Odkąd na dobre w okolicy zniknęły kolejki na polsko-niemieckich przejściach, banany dojrzewające w Zgorzelcu trafiają także do Anglii, Holandii, Niemiec, Czech i na Słowację.
— Żeby sprawnie rozwieźć nasz towar i nie robić — na przykład w drodze powrotnej — pustych, czyli drogich przebiegów mamy mocno rozwiniętą spedycję. Mamy nawet system kontroli kierowców, żeby nas nie oszukiwali, na paliwie, na czasie. Myślę, że gdybyśmy tego nie mieli, tobyśmy w życiu nie zarobili. Przecież oni odlewają benzynę do reklamówki. Potrafią też zatankować na stacji 200 litrów i przynieść rachunek na 300 litrów — opowiada Robert Zarzecki.
W Zgorzelcu kierowcom za to sowicie płacą. Od 5 do 7 tys. złotych na rękę, spedytorom 10 tys. złotych. Widać zatem, że bliskość Niemiec — choć ma wiele zalet — ma też wady. O pracownika trzeba konkurować nie tylko z polskimi firmami.
Od taksówki po hotele
Citronex założyła w 1988 r. żona Artura Tornowskiego. Toronowski przebywał wtedy w Berlinie Zachodnim i sprowadzał asortyment dla PSS Społem, importował też elektronikę — wideo, telewizory.
— W latach 80. zgłosiła się do mnie Służba Bezpieczeństwa i powiedziała, że można mieć tylko jeden biznes. Miałem ich więcej, za dobre szmaty, samochód. I wybór był taki: albo zamknę biznesy i wyjadę, albo mnie wsadzą. Wyjechałem — wyznaje Toronowski.
Jego przygoda z biznesem nie zaczęła się 20, lecz 30 lat temu.
— Że biznes będzie moim sposobem na życie, zrozumiałem w kilka chwil po tym, jak mając 18 lat, stanąłem fiatem na taksówce. Możesz pan być i sprzątaczką, i konwojentem, i kierowcą — byle tylko na swoim. Zdecydowałem. I tak wyszło, że nigdy nie pracowałem u kogoś — opowiada Artur Toronowski.
Jednocześnie otworzył lodziarnię. Lody sprzedawał latem, zimą zapiekanki i hamburgery.
— W 1983 r. uruchomiłem delikatesy. Skup i sprzedaż artykułów pochodzenia zagranicznego, w którym oferowałem pomarańcze, banany, kawę. Wtedy zauważyłem, że bananów schodzi strasznie dużo w porównaniu z innymi owocami. Postawiłem na nie. Importowałem najpierw z Berlina, potem z Holandii, następnie trafiłem do Belgii. Ostatecznie w 1993 r. natknęli się na mnie eksporterzy z Ekwadoru i Kostaryki. Jak nawiązałem z nimi współpracę, wybudowałem dojrzewalnię w Zgorzelcu — wyjaśnia szef Citroneksu.
Zdarzyła się też inna historia. Prezes wspomina, jak 15 marca 1989 r. polska władza nieoczekiwanie dopuściła wolny obrót dolarami. Tego samego dnia Aleksander Gawronik otworzył pierwszy w powojennej Polsce kantor, na przejściu granicznym w Świecku. Toronowski zapewnia, że był wtedy w czołówce posiadaczy kantorów. Swoje otworzył ledwie kilka dni później niż Gawronik.
Logistyką i transportem zajął się, bo wymagała tego potrzeba. W latach 90. żaden kierowca obcokrajowiec z Zachodu nie chciał do Polski jeździć z ładunkami. Nie opłacało się, bo wiedział, że będzie stał na granicy dwa-trzy dni. Toronowski orientował się w tym doskonale, bo przez kilka lat jeździł tirem w Niemczech.
— Dlatego miałem trudności, żeby te banany w ogóle do nas przywozić. Działało to na zasadzie takich samych obaw, jakie my mamy teraz, nie jeżdżąc na Wschód. Tam stoi się dwa dni w jedną, dwa dni w drugą stronę. Celnicy wyciągają łapówki, a jeszcze Ruscy na końcu rekwirują towar — wyjaśnia Toronowski.
Kiedy mieli już dużo tirów wybudowali dla nich myjnię, bo w Niemczech za brudną ciężarówkę dostaje się mandat. Następnie postawili stację, by taniej tankować. Tak weszli w kolejny segment.
Padaczki nie będzie
Dziś w Citroneksie wszystko jest uporządkowane. Artur Tornowski wycofuje się powoli z operacyjnego zarządzania grupą swoich firm. Coraz bardziej zmierza ku funkcji, którą najkrócej można streścić pod nazwą: dyrektor kreatywny. Zresztą to mu pasuje.
— Tata codziennie pływa w basenie przed domem i na minutę ma tysiąc pomysłów na interesy. Ma plan, że jeszcze dwa lata. Kiedy skończy 50 lat, będzie pracował w miesiącu tydzień, a trzy przeznaczy na odpoczynek — zdradza Robert Zarzecki.
— Rzeczywiście lubię wymyślać biznesy, ale zaliczam też padaczki — uśmiecha się Toronowski.
Co było padaczką? Tego niestety nie udało się od niego wyciągnąć. Jedną mogła być ta opisana w „Gazecie Powiatowej — Dolny Śląsk” (nr 13 z 14-27 lipca 2006 r.) w artykule pod tytułem „Mogli zginąć ludzie!”. Artur Toronowski w asyście policji realizował prawo użytkowania wieczystego działki, na której stał pawilon handlowy. Rozpoczęło się wyburzanie, mimo że w sklepie przebywała protestująca, prawie siedemdziesięcioletnia Maria Kalata. Ostatecznie przyzwolenie zgorzeleckiej policji na prace przerwała interwencja z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji na prośbę redaktora „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza.
Padaczką na pewno jednak nie są lądowe porty transportowe Citroneksu. Kto był na największej polskiej stacji benzynowej BP w Mostkach, wie, że może tam tankować 10 ciężarówek jednocześnie. Jest 20 dystrybutorów do szybkiego tankowania. Przy obiekcie rozpościera się zaś ośmiohektarowy parking dla tirów. Działa tu też całodobowy wielkopowierzchniowy market w systemie franczyzowym Spar. Klienci mają do dyspozycji restaurację o powierzchni 800 mkw., w której na ekranach telewizyjnych można zobaczyć, w jaki sposób przygotowuje się jedzenie.
Jest też czterotunelowa, ekologiczna myjnia dla tirów, warsztat ogumienia, serwis, kantor, 30 toalet i dziesięć pryszniców dla kierowców. Wszystko klimatyzowane. Na jednej zmianie w Mostkach pracuje 100 osób. Zgorzelczanie liczą na obroty stacji w granicach miliona złotych na dobę.
Podobny jak w Mostkach — choć mniejszy — obiekt Citronex ma w niedalekiej od Zgorzelca Żarskiej Wsi. Kolejne dwie ogromne stacje powstaną w Stoku, na trasie A2 w kierunku Poznania, oraz koło Zgorzelca przy trasie A4 — tym razem Toronowski wybrał tu jako partnera Statoil. Piąta stacja Citroneksu (znów z BP) stanie przy samej granicy z Niemcami, na trasie A18 Wrocław — Berlin, w Olszynie.
— Przy portach transportowych budujemy hotele. Ma być wygodnie i niedrogo. Trochę lepiej niż w sieci Etap. Planujemy je na blisko 200 osób każdy. Projektujemy teraz standardowy hotel — takie same logo, wszędzie podobna bryła. Docelowo chcielibyśmy swoją sieć rozwinąć w całej Polsce, również przy stacjach benzynowych innych firm — mówi Artur Toronowski.
Czy mu się uda? Padaczki nikomu nie należy życzyć. n
Rafał Kerger
