Brudny pieniądz w potrzasku

(Marek Druś)
03-02-2006, 07:20

W Polsce rocznie pierze się między 8 mld zł a 30 mld zł. Dużo? Niekoniecznie. Bo produkujemy ponad 60 mld brudnych złotych!

W Polsce rocznie pierze się między 8 mld zł a 30 mld zł. Dużo? Niekoniecznie. Bo produkujemy ponad 60 mld brudnych złotych!

Restauracja wychodzi na swoje — mimo że prawie zawsze w niej pusto. Właściciele wiedzą, że trudno sprawdzić, ile dań naprawdę sprzedano. I wystawiają fikcyjne rachunki. Tak do knajpianej kasy trafiają trefne pieniądze. Od wyliczonego przy sprzedaży dochodu „restauratorzy” płacą podatek, a zyski odprowadzają na swe konta. Cacy. Pieniądze stają się czyste.

Do przetargu na prace budowlane staje firma, która wcale nie ma zamiaru go wygrać. Wpłaca przywiezione w walizkach wadium. Zgodnie z planem — przetarg przegrywa. Dostaje kasę z powrotem, ale już z konta organizatora przetargu. Forsa jest czysta...

Fikcja? Nie. To klasyczne przypadki prania pieniędzy z przestępstwa, doskonale znane polskim organom ścigania. Prania w metaforze. Nie zawsze zresztą. Do legalizowania gotówki mafii pruszkowskiej jeden z gangsterów wykorzystywał należącą do jego rodziny… pralnię chemiczną.

Ile naprawdę?

Kilka lat temu międzynarodowa organizacja FATF oceniła, że rocznie w Polsce pierze się od 3 do 9 mld dol. Transparency International wymienia kwotę między 2,5 mld a 3 mld dolarów. Specjaliści i jednej, i drugiej organizacji co do jednego są zgodni: w Polsce znacznie więcej produkuje się brudnych pieniędzy, niż ich pierze.

— Bardzo prawdopodobne, że duża część zysków z nielegalnych lub nieujawnionych źródeł jest prana poza granicami kraju — głównie tam, gdzie dostęp do tajemnicy bankowej bywa ściśle ograniczony, a liberalne przepisy umożliwiają transakcje finansowe czy prowadzenie działalności gospodarczej bez poważniejszego nadzoru — potwierdza Piotr Prokopczuk, p.o. dyrektora departamentu informacji finansowej przy Generalnym Inspektorze Informacji Finansowej (GIIF), instytucji zajmującej się walką z praniem pieniędzy w Polsce.

Przestępcy „eksportują” brudne pieniądze głównie do tzw. rajów podatkowych. Ale nie tylko. Sporo trafia też do najbardziej rozwiniętych państw świata. Ich system finansowy jest o wiele bardziej złożony niż w Polsce, a to oznacza, większy wachlarz narzędzi mogących służyć zacieraniu śladów i praniu forsy. Dość powiedzieć, że według danych FATF najwięcej pieniędzy przestępcy legalizują (w kolejności) — w USA (prawie połowa światowego rynku przepierek), we Włoszech, w Rosji, Chinach, Niemczech i Francji.

Ale najpierw trzeba mieć co przeprać. Kilka lat temu AUSTRAC (australijski odpowiednik GIIF) oceniał, że w Polsce roczne zyski z przestępstw wynoszą jakieś 19,7 mld dol. W zgodnej opinii fachowców, AUSTRAC opracował doskonałą metodologię badania procederu prania pieniędzy, więc prawdopodobne, że liczba ta jest bliska prawdy.

Fiskusa do wiatru

Jakie przestępstwa przynoszą najwięcej brudnych pieniędzy? Nie, nie handel narkotykami, przemyt czy inna działalność czysto kryminalna. Przestępstwa podatkowe!

Potwierdza to praktyka polskich organów ścigania. Najbardziej spektakularne śledztwa o pranie brudnych pieniędzy to afera paliwowa i sprawa wydawnictwa Stella Maris. Łączy je to, że tzw. przestępstwem źródłowym — czyli tym, z którego pochodziły prane potem pieniądze — były właśnie oszustwa podatkowe.

Mafia paliwowa zarabiała na niepłaceniu akcyzy i wyłudzaniu zwrotu podatku VAT; legalizowaniu dochodów miał służyć wielokrotny, często fikcyjny, obrót paliwem. Tylko trzem tzw. baronom paliwowym — wspólnikom spółki BGM: Arkadiuszowi G., Janowi B. i Zdzisławowi M. — organa ścigania zarzuciły wypranie prawie 300 mln zł. Dane Prokuratury Krajowej wykazują, że w samym 2004 r. wartość zarzutów z art. 299 kodeksu karnego (pranie pieniędzy), przedstawionych we wszystkich śledztwach paliwowych, przekroczyła 717 mln zł, a do dziś (choć nie ma oficjalnych danych za 2005 r.) łącznie znacznie przewyższa 1 mld zł!

A sprawa Stella Maris? Przypomnijmy: chodziło o unikanie odprowadzania podatków przez m.in. obrót fakturami wystawianymi za fikcyjne usługi. Prokuratura wyliczyła tym razem, że wyprano ponad 60 mln zł.

Także oszustw podatkowych dotyczyła jedna z pierwszych spraw o pranie pieniędzy, które zakończyła się skazaniem. Prokuratura dowiodła, że podwarszawska firma wytwarzająca opakowania z tworzyw sztucznych, rozliczając się z kontrahentem z Rosji, wystawiała na fakturach niższe kwoty niż powinna. Reszta zapłaty, już poza oficjalnym obiegiem, przechodziła przez banki łotewskie, rosyjskie i amerykańskie, by wreszcie trafić na konta właścicieli firmy. Ci zostali skazani nie tylko za uszczuplenie należności podatkowych, ale i za legalizację „lewej kasy”.

Ciężko

Początki walki z praniem pieniędzy nie były łatwe. Zaczęło się od słynnej sprawy gdańskiego kantoru Conti. W 1995 r. służby skarbowe i policja namierzyły w nim prawie 100 mln USD — niewiadomego pochodzenia. O tym, że punkt wymiany walut stał się gigantyczną pralnią, miały świadczyć nie tylko nadwyżki gotówki i niebotyczne obroty, ale także program komputerowy, w którym księgowano nielegalne pieniądze (oskarżeni zarzekali się, że to jedynie symulacja możliwego rozwoju firmy). I co? Siedem lat później gdański sąd jednego z właścicieli kantoru uniewinnił, drugiego zaś skazał za… nierzetelną księgowość i niezapłacenie ponad 5 mln zł podatku. Śledczy nie udowodnili legalizowania lewych pieniędzy.

Bo nie byli w stanie. Mimo że właśnie w 1995 r. pranie brudnych pieniędzy stało się w Polsce przestępstwem, organa ścigania musiały dowieść właścicielom kantoru nie tylko, że zatrzymane środki pochodziły z handlu narkotykami lub bronią, fałszowania pieniędzy albo wymuszania okupu, ale i to, że podejrzani działali w ramach „przestępczości zorganizowanej” — co było trudne, gdyż nigdzie w polskich przepisach nie znalazło się rozróżnienie, która przestępczość jest, a która nie jest „zorganizowana”! Uchwalony w 1997 r. kodeks karny nie przyniósł oczekiwanych przez śledczych zmian. Efekt? Do końca lat 90. w Polsce za pranie pieniędzy nie skazano ani jednej osoby!

Zauważyła to Rada Europy, która w 2000 r. ogłosiła — krytyczny dla naszego kraju — raport, w którym stwierdziła wprost, że Polska nie spełnia światowych standardów walki z praniem pieniędzy. Najwyraźniej naszym parlamentarzystom potrzebny był taki impuls. Już 16 listopada 2000 r. 402 głosami za, przy zaledwie czterech przeciw i jednym wstrzymującym się, uchwalili ustawę „o przeciwdziałaniu wprowadzaniu do obrotu finansowego wartości majątkowych pochodzących z nielegalnych lub nieujawnionych źródeł oraz o przeciwdziałaniu finansowania terroryzmu”.

Nie tylko zwolennicy teorii spiskowych twierdzą, że niechęć polityków do uregulowań ustawowych dotyczących sankcji za pranie pieniędzy, nie była przypadkowa. Dziś wśród podejrzanych z art. 299 kodeksu karnego roi się od działaczy wielu partii, samorządowców wszystkich szczebli, a pojawiają się nawet były senator (Aleksander Gawronik) i były poseł (Marek Kotlinowski).

Instrument

Ustawa popularnie zwana ustawą o praniu brudnych pieniędzy weszła w życie w czerwcu 2001 r. Najważniejszy zapis? Powołanie do życia Generalnego Inspektora Informacji Finansowej — specjalistycznego urzędu, podległego Ministerstwu Finansów, a będącego swego rodzaju wywiadem finansowym, walczącym z praniem pieniędzy. Nowe rozwiązania prawne zobowiązały wiele instytucji finansowych (banki, ale też pocztę, domy maklerskie, zakłady ubezpieczeniowe, lombardy, kantory czy notariuszy) do zgłaszania GIIF transakcji, co do których „istnieje podejrzenie, że mogą służyć praniu pieniędzy pochodzących z przestępstwa”.

A kiedy takie podejrzenie może się pojawić? Dwa tygodnie temu opisaliśmy historię Janusza K., tajemniczego rencisty-biznesmena z Krakowa. Prokuratura zarzuca mu wypranie prawie 25 mln zł i sprawdza, czy nie są to pieniądze, które wypłynęły z PZU Życie za prezesury Grzegorza Wieczerzaka. W jego wypadku jeden z największych polskich banków zareagował, kiedy Janusz K. zaczął dzielić tę ogromną sumę na mniejsze kwoty i przelewać na inne konta (m.in. należące do członków rodziny). Bankowcy przekazali sprawę do GIIF, a ten wstrzymał transakcję i zawiadomił prokuraturę.

— Klasyka. Łańcuszek transakcji, który ma zaciemnić rzeczywisty obraz i drogę gotówki. Nic dziwnego, że bank zareagował. Tym bardziej że nasza czujność wzrasta, gdy chodzi o gotówkę łączącą się z aferą gospodarczą. A tak przecież było w tym wypadku, o czym wcześniej pisał „Puls Biznesu” — wyjaśnia anonimowo przedstawiciel departamentu bezpieczeństwa jednego z banków.

Pojawienie się wyspecjalizowanej instytucji znacznie poprawiło skuteczność walki z praniem pieniędzy. GIIF o wiele trafniej niż wcześniej banki typuje sytuacje dające podstawy do zawiadomienia prokuratury. Bankowcy zaś — to od nich trafia do GIIF zdecydowana większość doniesień o podejrzanych transakcjach — stają się czujniejsi i bardziej uczuleni na próby wciągnięcia ich w nielegalne operacje.

— Nie bez powodu... GIIF szufladkuje banki pod kątem jakości procedur, zabezpieczających przed praniem pieniędzy. Te z nich, które wypadają najgorzej, są permanentnie kontrolowane. A tego nie lubi nikt... — ujawnia nasz informator.

Skala działania GIIF zwiększa się z roku na rok. Widać to zarówno w liczbie zawiadomień o transakcjach podejrzanych, trafiających do tej instytucji (od 231 w 2001 r. do 1551 w 2005 r.), jak i w doniesieniach o przestępstwie, które GIIF po analizie konkretnych spraw składa w prokuraturach (zaledwie 20 w 2001 r. i aż 175 w 2005 r.). Sukcesy banków i GIIF nie wszystkim się podobają.

— Były próby dotarcia i zastraszania zarówno moich pracowników, jak i tych z GIIF — przez osoby, których konta śledziliśmy. Dlatego dane analityków to ściśle strzeżona tajemnica — wyjaśnia zastępca departamentu bezpieczeństwa jednego z banków, zastrzegający sobie anonimowość.

GIIF wciąż ma co poprawiać. Specjaliści narzekają na niskie kwoty zablokowane na kontach osób podejrzewanych o pranie pieniędzy. Opisana przez nas historia Janusza K., któremu to organa ścigania zajęły niemal 13 mln zł (według naszych informacji: rekord!), nie jest regułą, a raczej potwierdzającym ją wyjątkiem. Przez 4,5 roku istnienia GIIF zablokował 55 rachunków bankowych na łączną kwotę 144 mln zł. Niewiele...

Mierny efekt — na razie

Co roku zaledwie kilka, góra kilkanaście postępowań karnych kończy się wyrokami skazującymi.

— Bardzo trudno udowodnić przed sądem konkretnej osobie wypranie konkretnych pieniędzy. Nie jest to przestępstwo, gdzie słychać zeznania w stylu: tak, prałem, wiedziałem, że te środki pochodzą z przestępstwa. Trzeba dokładnie domknąć łańcuch poszlak, odtworzyć drogę pieniądza. Sprawy bywają wielowątkowe, a w jedno przestępstwo zamieszanych jest wiele podmiotów — tłumaczy były prokurator Prokuratury Krajowej.

— Sukcesem jest już fakt, że polski wymiar sprawiedliwości w ogóle może poszczycić się skazaniami, co na świecie nie jest wcale powszechne — puentuje Artur Kołaczek, p.o. zastępcy dyrektora departamentu informacji finansowej w GIIF.

Wyroków skazujących — już wkrótce — może być znacznie więcej. Jeszcze w 2004 r. prokuratury w całym kraju skierowały do sądów 54 akty oskarżenia, w zeszłym roku było to aż 161 spraw. Inna sprawa, że dotychczasowe prawomocne wyroki skazujące są nie tylko bardzo niskie (do 2004 r. najwyższe kary to 2 lata pozbawienia wolności), ale też — w zdecydowanej większości — wydawane w zawieszeniu.

— Nawet skazani przestępcy zazwyczaj mogą wciąż cieszyć się z owoców swej „pracy”. I to mimo że kodeks karny mówi wprost o przepadku mienia, pochodzącego z tego przestępstwa. Powód? Zazwyczaj organom ścigania nie udaje się wskazać majątku delikwenta. I to najgorsze! Bo brudne pieniądze trafiają do gospodarki, psując ją i budując już w sektorze legalnym siłę świata przestępczego — mówi policjant na co dzień zajmujący się zwalczaniem prania brudnych pieniędzy.

Duże nadzieje wiązano z nowelizacją kodeksu karnego z lipca 2003 r. Wtedy to pojawił się przepis, zgodnie z którym to nie organa ścigania udowadniają, że zabezpieczony w śledztwie majątek pochodzi z przestępstwa, ale przestępca musi udowodnić, że nie pochodzi. Sami policjanci przyznają jednak, że na razie przepisy te nie są prawie w ogóle stosowane.

Podobnie z zapisem z kodeksu karnego skarbowego: pozwalają na obciążenie 75-procentowym podatkiem osób nie potrafiących udowodnić, że ich fortuny pochodzą z legalnego źródła. Na Dolnym Śląsku trwa duże śledztwo przeciw lekarzom, którym prokuratura zarzuca korupcję (jeden z ordynatorów tylko jednego dnia z łapówek uzbierał ponad 100 tys. zł). Śledczy ustalili, że pieniądze pobierane nielegalnie od pacjentów lekarze piorą, inwestując w nieruchomości oraz — jawne bądź ciche — udziały w spółkach.

— Powinno być tak: lekarze nie potrafią logicznie wyjaśnić, skąd mają majątek, więc nakładamy na nich 75 proc. podatku. Na podstawie sprawy skarbowej „jest robiona” sprawa karna, w której sąd zabiera to, co zostaje po zapłaceniu podatku. Może kiedyś będzie dochodzić do takich pokazówek? — ma nadzieję szef urzędu kontroli skarbowej.

Na razie rzeczywistość skrzeczy. Od trzech lat każdego roku w postępowaniach prowadzonych przez Centralne Biuro Śledcze łączna suma wypranych pieniędzy przekracza 1 mld zł. Z tego co roku udaje się zabezpieczyć jedynie około 60 mln zł. By to zmienić, CBŚ przy zwalczaniu procederu zaczyna stosować działania operacyjne — takie jak podsłuch telefoniczny, kontrola e-maili, operacje pod przykryciem czy dostawy kontrolowane. Był nawet przypadek w Poznaniu, kiedy organa ścigania skorzystały skutecznie z „usług” świadka koronnego.

A jak polskie przeciwdziałanie praniu brudnych pieniędzy oceniają w świecie? Z ostrożnym optymizmem.

— Zostaliśmy pozytywnie ocenieni zarówno w II raporcie na temat Polski, przygotowanym przez Radę Europy, jak i w raporcie FATF o terytoriach niewspółpracujących. Zabiegamy o jak najszybszą akcesję do FATF. Na naszą korzyść działa strategiczne położenie (duży kraj graniczny UE), członkostwo w międzynarodowej grupie Egmont (Polska należy do tej organizacji, zajmującej się wymianą informacji niezbędnych do badania międzynarodowych transakcji od 2002 r. — przyp. aut.) oraz porozumienia o współpracy podpisane z 34 jednostkami analityki finansowej z innych krajów — mówi Piotr Prokopczuk, p.o. dyrektora departamentu informacji finansowej GIIF.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: (Marek Druś)

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Brudny pieniądz w potrzasku