Buzek: w zasięgu Polski fotel szefa dyplomacji UE i komisarza ds. energii

PAP
opublikowano: 01-05-2014, 13:58

W zasięgu Polski - po majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego - jest zarówno stanowisko szefa dyplomacji UE, jak i komisarza ds. energii - przewiduje w wywiadzie dla PAP b. premier i b. szef PE Jerzy Buzek. Ocenia też, że Ukraina powinna uzyskać pełne członkostwo w Unii.

Zobacz więcej

Jerzy Buzek, fot. Bloomberg

Buzek przekonuje, że "realnym ratunkiem" w kontekście zależności UE od dostaw surowców energetycznych z Rosji mogą być dostawy gazu łupkowego ze Stanów Zjednoczonych. Jak mówi, otwarcie importu gazu z łupków z USA do UE nastąpi już w 2016 roku.

PAP: Czy po 10 latach członkostwa w UE pozycja Polski jest już na tyle mocna, że po wyborach europejskich obejmiemy któreś z kluczowych stanowisk unijnych - szefa Rady Europejskiej, Komisji Europejskiej, wysokiego przedstawiciela ds. zewnętrznych i polityki bezpieczeństwa?

Jerzy Buzek: Polska prezydencja w UE wypadła dobrze, a poparcie dla integracji europejskiej sięga w naszym kraju siedemdziesięciu kilku procent - to przemawia na naszą korzyść. Równocześnie nieźle przeszliśmy przez światowy kryzys gospodarczy. Polskie małe i średnie przedsiębiorstwa wygrywają walkę konkurencyjną w Europie. Nasi rolnicy dostarczają zdrową i smaczną żywność na rynek europejski i można dziś śmiało powiedzieć, że wygrali na integracji. Po 10 latach w UE nasza pozycja jest już solidnie ugruntowana, a nasi politycy i urzędnicy mogą bez kompleksów aspirować do kluczowych stanowisk.

PAP: Czy w związku z tym widzi Pan np. ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego w roli następcy Catherine Ashton? Czy w sferze polskich zainteresowań powinno znaleźć się stanowisko unijnego komisarza ds. energii?

J.B.: Obydwa te stanowiska są w naszym zasięgu.

PAP: Ale o które powinniśmy bardziej zabiegać?

J.B.: Polskie spojrzenie na politykę zagraniczną sprawdza się m.in. w kontekście konfliktu ukraińsko-rosyjskiego. Z Rosją należy oczywiście rozmawiać, handlować, rozwijać współpracę gospodarczą. Polska stała jednak - i stoi - na stanowisku, że zbytnia łatwowierność w relacjach z Rosją może być zgubna dla Unii Europejskiej, a zwłaszcza dla europejskich inwestorów i przedsiębiorców. I to się, niestety, sprawdza. Z drugiej strony od dłuższego czasu podkreślamy, że kluczem do bezpieczeństwa Europy - obok dobrze wyszkolonej armii czy członkostwa poszczególnych państw w Sojuszu Północnoatlantyckim - jest niezależność energetyczna.

To dlatego walczyliśmy w Brukseli - z sukcesami - o polski węgiel czy prawo do wydobywania gazu z łupków. Zarówno polityka zagraniczna, jak i energetyczna, to ważne obszary aktywności Polski w Unii. Uważam, że obejmując którekolwiek z tych dwóch stanowisk, nasi reprezentanci wnieśliby do Europy wiele świetnych rozwiązań.

PAP: A kogo Pan widziałby jako dobrego kandydata z Polski na stanowisko komisarza ds. energii?

J.B.: Każda konkretna personalna propozycja może dzisiaj raczej zaszkodzić, niż pomóc.

PAP: A na jakim etapie jest budowa unii energetycznej, o którą zabiega Polska?

J.B.: Wszystkie odpowiednie rozwiązania unijne zostały w ostatnich latach przygotowane. Mamy jednak problem w UE - decyzje instytucji unijnych nie są wystarczająco szybko wdrażane przez państwa członkowskie, w tym i nasz kraj. Już kiedy byłem przewodniczącym PE, z dobrym skutkiem przekonywałem premierów wszystkich państw członkowskich do europejskiej wspólnoty energetycznej - czy też unii energetycznej, jak mówi się o niej teraz. Powinna ona opierać się na trzech filarach: wspólny rynek, wspólne zakupy, wspólne badania. PE jest przekonany do tej koncepcji i już w 2010 zdecydowaliśmy o jej wprowadzeniu. Teraz czas na realizację tego przez wszystkie kraje unijne.

PAP: Polski rząd podkreśla, że elementem unii energetycznej musi być również "rehabilitacja" węgla jako surowca energetycznego.

J.B.: Nikt nam nie zakazuje - i nie może zakazać - używania węgla. Zgodnie z traktatem lizbońskim możemy używać tych surowców, które są dostępne w naszym kraju. Zresztą Niemcy, Czesi, Holendrzy czy Rumuni także budują u siebie nowe bloki energetyczne - właśnie na węgiel. Jedyne, co trzeba zrobić, to jak najszybciej oprzeć stosowanie węgla na czystych technologiach.

PAP: Co Polska robi w tym kierunku?

J.B.: Na Śląsku udało się 8 lat temu założyć klaster czystych technologii węglowych, a dzisiaj mamy już, uruchomione za 180 mln zł z UE, centrum takich technologii - jedyne w Europie. Czystym wykorzystaniem węgla zajmuje się też Europejski Instytut Innowacji i Technologii, który zagościł w AGH, na Politechnice Śląskiej, w Instytucie Chemicznej Przeróbki Węgla w Zabrzu, na Politechnice Częstochowskiej, w Głównym Instytucie Górnictwa oraz w kilku największych firmach energetycznych i węglowych. Na rozwój czystych technologii węglowych udało nam się zapewnić w budżecie unijnym blisko 1 mld euro do roku 2020. Dodam jeszcze, że stosowanie węgla zostało także potwierdzone przez Parlament Europejski w 2013 r. w moim raporcie nt. wspólnego europejskiego rynku energii.

PAP: No właśnie - co z tym wspólnym rynkiem energii?

J.B.: W lutym 2011 r. Rada Europejska wyznaczyła ambitny cel w postaci ukończenia jego tworzenia do 2014 r. W świetle niewielkich postępów, w maju 2013 r. Rada Europejska potwierdziła ten cel i ponownie zaapelowała o jego szybkie wdrożenie. Oznacza to m.in., że w najbliższym czasie powinniśmy skończyć budowę rurociągów gazowych oraz linii elektrycznych pomiędzy państwami UE. Mamy na to zresztą 6 mld euro w budżecie unijnym na lata 2014-2020. W ramach tej kwoty, Polska dostanie pieniądze na uruchomienie 12 takich połączeń.

PAP: Mówi się dzisiaj także o wspólnych zakupach energii.

J.B.: Zaproponowałem, w 2010 roku, wspólnie z byłym szefem Komisji Europejskiej, Jacques Delorsem, byśmy w UE wspólnie negocjowali kontrakty gazowe. Parlament Europejski w kilku rezolucjach poparł ten pomysł, a wspólny rynek energii, o który zabiegam, znakomicie nam to ułatwi. Również obecny kryzys na Ukrainie pokazał, że naprawdę nie mamy czasu do stracenia.

PAP: A jak zmniejszyć zależność UE od dostaw gazu i ropy z Rosji?

J.B.: Co do ropy naftowej to sprawa nie jest zbyt skomplikowana. Dostawców jest wielu, a nasze porty są przygotowane do przeładunku (np. port północny w Gdańsku). Trudniej jest z gazem. Rząd, którym kierowałem, podjął w 2000 r. decyzję o połączeniu gazociągiem na dnie Bałtyku (Baltic Pipe) naszego wybrzeża z Danią i Norwegią. Gaz miał popłynąć od roku 2004. Miało to być docelowo ok. 5 mld m sześc. rocznie, czyli 1/3 naszego zapotrzebowania. Wytrącilibyśmy Gazpromowi broń z ręki. Niestety, nasi następcy odstąpili od tego projektu. Na dodatek Niemcy połączyły się potem z Rosją Gazociągiem Północnym, który silnie uzależnił Europę Wschodnią od Kremla. Realnym ratunkiem mogą być dostawy gazu z łupków ze Stanów Zjednoczonych. Trzy miesiące temu, w imieniu PE, rozmawiałem na ten temat w Waszyngtonie z przedstawicielami administracji prezydenta Obamy, a w ostatnim czasie odbyłem w tej sprawie spotkanie w Brukseli ze specjalnym wysłannikiem amerykańskiego Departamentu Stanu ds. Energii Carlosem Pascualem. Padły zapewnienia, że otwarcie importu z USA do UE nastąpi już w 2016 roku.

PAP: Czy UE jako całość zdała egzamin, jeśli chodzi o wspólną politykę zagraniczną, w kontekście m.in. Ukrainy?

J.B. Fundamentalne naruszenia prawa międzynarodowego zostały jednoznacznie potępione przez całą UE. Polska o to zabiegała. Godne podkreślenia jest zwłaszcza osiągnięcie u nas wewnętrznego porozumienia między rządem a opozycją w sprawie działań wobec Ukrainy.

PAP: Czy Ukraina powinna uzyskać pełne członkostwo w UE?

J.B.: W dłuższej perspektywie - tak. UE nigdy nie stawiała granic dla członkostwa w jej szeregach, za wyjątkiem narzucających się granic geograficznych. Dzisiaj jest pełne otwarcie na Bałkany Zachodnie, a dwie dekady temu nie było o tym mowy. Nie ma zatem żadnych przeszkód, aby ta sama sytuacja dotyczyła w przyszłości Mołdawii i Ukrainy. Ale pamiętajmy, że w dużym kraju, takim jak Ukraina, zawsze trudniej przeprowadza się poważne przemiany - zarówno ustrojowe, jak i gospodarcze. W Polsce trwało to w sumie 15 lat, a odbywało się w korzystniejszych warunkach - bez takich zagrożeń zewnętrznych, z jakimi konfrontowana jest dziś Ukraina.

PAP: Jak Polska może teraz pomóc Ukrainie? Czy można tam przenieść polskie wzory dotyczące np. reformy samorządowej?

J.B.: Każdy kraj ma swoją specyfikę, ale zasady są wszędzie podobne. Dlatego Polacy, podobnie jak Słowacy, Litwini czy Czesi, mogą być świetnymi doradcami dla Ukraińców - jeśli oni sami nas o to poproszą. Na podstawie własnego doświadczenia, spotkań z premierem Ukrainy Arsenijem Jaceniukiem, czy też z liderem ukraińskiego Udaru Witalijem Kliczką, a także z nowym ministrem ds. energii Jurijem Prodanem, mogę stwierdzić, że Ukraińcy są dziś bardzo zmotywowani, żeby zmieniać i reformować kraj. I bardzo liczą na nasze wsparcie. W latach 90. Polska czerpała szeroko z doświadczeń zachodnich ekspertów. Teraz my możemy odgrywać podobną rolę wobec Ukraińców.

PAP: A jak społeczność międzynarodowa może pomóc Ukrainie?

J.B.: Zarówno UE, jak i USA powinny za wszelką cenę stworzyć Ukrainie poczucie bezpieczeństwa zewnętrznego, tak aby Ukraińcy mogli spokojnie rozwiązywać swoje wewnętrzne problemy. Powinniśmy zaoferować wsparcie gospodarcze, a więc wspólne projekty, korzystne inwestycje, a także pożyczki i kredyty dla Ukrainy. Międzynarodowe instytucje finansowe, tj.: Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europejski Bank Inwestycyjny, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju powinny odgrywać tutaj wiodącą rolę.

PAP: Nie obawia się Pan, że ten proeuropejski entuzjazm, który teraz obserwujemy na Ukrainie, w ciągu tych kilkunastu lat może wygasnąć? Że Ukraińcy zrażą się kosztami, które będą musieli ponieść?

J.B.: Obawiałem się takiego scenariusza, ale po wizycie w Kijowie w ostatnim czasie sądzę, że do tego nie dojdzie. Ukraińcy muszą się jednak przede wszystkim sami nawzajem przekonać, że tylko integracja z Zachodem ma sens. Tak jak my w Polsce musieliśmy przekonać lewicę postkomunistyczną do integracji z NATO i UE. To, że udało się zjednoczyć Polaków wokół idei łączenia z demokratycznymi krajami Zachodu, było wielkim sukcesem środowiska Solidarności.

PAP: Czy powinno być teraz priorytetem dla Polski przyjęcie euro, czy też nie ma się do czego śpieszyć?

J.B.: Strefa euro najprawdopodobniej wyjdzie ostatecznie z kryzysu wzmocniona. I to ona będzie tym rdzeniem Unii Europejskiej, który będzie się opierał ewentualnym przyszłym zagrożeniom kryzysowym dzięki m.in. silnym gospodarkom Niemiec, Francji czy Włoch. Powinniśmy zatem wejść do klubu euro szybciej niż później - oczywiście po tym, jak spełnimy wszystkie kryteria. Już dziś przygotowujmy się jednak w pełni do tego członkostwa - to samo w sobie da nam siłę gospodarczą i umożliwi tworzenie miejsc pracy.

PAP: Czy 2020 r. to pierwsza możliwa data wejścia Polski do strefy euro?

J.B.: To wydaje się być realną datą, chociaż nie powinniśmy się do niej sztywno przywiązywać. Powtórzę: politycznie - im szybciej, tym lepiej, bo to wzmocni naszą pozycję; gospodarczo - powinniśmy zrobić wszystko, żeby spełnić kryteria i wtedy określić precyzyjnie termin naszego wejścia. Pamiętajmy też o konieczności zmian w konstytucji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: PAP

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu