Polacy ruszają nad Jangcy
Interesy, chęć przyswojenia języka i studia przyciągają Polaków do Chin. A tamtejsze władze coraz chętniej promują swój kraj nad Wisłą.
Lekcje chińskiego dla kilkuletnich dzieci? Czemu nie.
— Synowie moich znajomych chodzą do pierwszych klas podstawówki i oprócz mnóstwa dodatkowych zajęć biorą lekcje chińskiego. Udziela ich dziewczyna z Pekinu, pracująca we Wrocławiu jako tłumaczka. Znajomi wybrali dla dzieci ten trudny i egzotyczny język, bo ich firma prowadzi interesy z Chińczykami, więc chcą, by synowie, gdy dorosną, uczestniczyli w rodzinnym biznesie — opowiada Janusz Frąckowiak, przedsiębiorca z Wrocławia.
Rzadka umiejętność
Także wrocławianka — Marta Dyner, ubiegłoroczna maturzystka — pojechała do Chin na studia.
— Liczę na przygodę gwarantującą poznanie odmiennej kultury i ludzi. Nauczę się również języka, który może się przydać w przyszłej pracy. Wystarczy poczytać gazety, by zobaczyć, gdzie się przenosi wielki biznes. Gdy dyplom wyższej uczelni staje się powszechny, intratne zajęcie można znaleźć tylko wtedy, kiedy posiądzie się rzadką umiejętność — twierdzi Marta.
Zaczęła od nauki języka w Shanghai Jiao Tong University. Bez tego nie można zacząć studiów na chińskich uczelniach. Kurs trwa rok. Od wyniku końcowego testu zależy wybór kierunku studiów. Na techniczne wystarczy średnia znajomość chińskiego, ale na humanistycznych trzeba swobodnie mówić, czytać i pisać. Martę interesuje handel zagraniczny.
— Studia trwają pięć lat i dają pewność pracy wszędzie, gdzie Chińczycy i ich kooperanci prowadzą interesy — twierdzi Dariusz Dyner, ojciec Marty.
Studia są dla obcokrajowców płatne. Cena zależy od szkoły. Semestr nauki Marty kosztuje niespełna 1300 dolarów. Akademik, zależnie od standardu od 750 do 2625 dolarów.
— Utrzymanie jest stosunkowo tanie. Tysiąc złotych to tutaj przeciętna dwumiesięczna pensja. Wystarcza na stołowanie się na mieście, wyjście do klubu i zakup ubrań — wyjaśnia Dariusz Dyner.
Zarabianie to wyzwanie
Dzięki potwierdzonej certyfikatami znajomości angielskiego Marta może dorabiać nauką języka. Robi tak wielu Polaków w Chinach. Ale trzeba uważać.
— Na ogół zagranicznych nauczycieli zatrudnia się na okres próbny i dostają wtedy tylko zakwaterowanie i wyżywienie. Pracodawca przeciąga podpisanie prawdziwej umowy o jakieś trzy miesiące, po czym znajduje następnego zagubionego i naiwnego obcokrajowca — twierdzi torunianin Michał Tomanek, absolwent prawa i administracji, który od półtora roku mieszka w czteromilionowym Kunmingu.
Uczciwa szkoła językowa płaci nauczycielowi z wyższym wykształceniem, dla którego angielski jest językiem ojczystym, 5 tys. juanów miesięcznie. Ten, dla którego angielski to język wyuczony, może liczyć na 2,5 tys. do 4,0 tys. juanów. Pracuje się 18 godzin tygodniowo.
Posada po znajomości
Michał Tomanek mówi, że Chiny są krajem nieograniczonych możliwości, więc nie należy się zrażać niepowodzeniami.
— Przy odrobinie inwencji można nawet znaleźć dobrze płatną pracę urzędnika. Byłem konsultantem w Ludowym Rządzie Prowincji Yunnan i pomagałem w podejmowaniu polskiego ministra rolnictwa. Miałem szansę na etat, ale z powodów rodzinnych musiałem wrócić do Polski — opowiada torunianin.
Dobrą posadę można zdobyć dzięki znajomościom, cierpliwości i — co tu kryć — drobnym przekupstwom, np. suto zakrapianym kolacjom. W ten sposób Michał Tomanek został menedżerem w restauracji. Twierdzi, że nie miał prawie żadnych obowiązków, pracodawca nie wyznaczył mu godzin pracy. Miał co miesiąc tysiąc juanów, pokój w hotelu i wyżywienie. Dla przyzwoitości co jakiś czas organizował imprezę dla gości, najlepiej zagranicznych. Liczyła się inwencja.
Uczelnie na łowach
Takich jak Marta i Michał będzie w Chinach coraz więcej. Latem uczelnie z Szanghaju i Pekinu promowały się na Politechnice Warszawskiej podczas targów Study in China.
A Polaków interesują Chiny. Od 2008 r. będzie działał na Uniwersytecie Wrocławskim drugi po krakowskim Instytut Konfucjusza. Partnerem jest Xiamen University i jedna z chińskich agend rządowych. Wrocławscy studenci mają się uczyć języka, kultury, stylu życia i zasad prowadzenia biznesu. Instytut planuje też kursy dla przedsiębiorców.
— Chiny to przyszłość. Próbują zainwestować ogromne nadwyżki dewizowe. Usilnie zabiegają o inwestorów zagranicznych. Młodzi, wykształceni ludzie mogą na tym tylko zyskać — uważa Michał Łebkowski, prezes serwisu BigChina.pl.
Twierdzi, że zapotrzebowanie na specjalistów od biznesu po chińsku dopiero się u nas zaczyna. Bo też i ten biznes dopiero zaczyna przypuszczać atak na nasz rynek. Powinniśmy być przygotowani do współpracy.
Agata Ałykow