Ciałopozytywna

opublikowano: 29-11-2018, 22:00

Urszula Chowaniec, zakładając w 2016 r. bloga Galanta Lala, nie spodziewała się, że dwa lata później będzie go regularnie odwiedzało ponad pięć tysięcy czytelniczek, które nazywa „syrenami lądowymi”. Tak duża okazała się potrzeba rozmowy o byciu „plus size” i samoakceptacji.

Kiedy Urszula Chowaniec usłyszała od siedmioletniej Zuzi: „Powinnaś się trochę wyszczuplić, wtedy byłabyś ładna!”, złapała się za głowę. Pomyślała: „Jak to jest, że taki mały człowiek, nie potrafiący sobie jeszcze sprawnie zrobić kanapki, ma już w głowie zapisany format, jak powinna wyglądać kobieta?”. Tak narodziła się Galanta Lala — blog na temat ciałopozytywności.

CIAŁOPOZYTYWNA: Urszula Chowaniec, zakładając w 2016 r. bloga Galanta Lala, nie spodziewała się, że dwa lata później będzie go regularnie odwiedzało ponad pięć tysięcy czytelniczek, które nazywa „syrenami lądowymi”. Tak duża okazała się potrzeba rozmowy o byciu „plus size” i samoakceptacji.
Wyświetl galerię [1/6]

CIAŁOPOZYTYWNA: Urszula Chowaniec, zakładając w 2016 r. bloga Galanta Lala, nie spodziewała się, że dwa lata później będzie go regularnie odwiedzało ponad pięć tysięcy czytelniczek, które nazywa „syrenami lądowymi”. Tak duża okazała się potrzeba rozmowy o byciu „plus size” i samoakceptacji. FOT. KRZYSZTOF JARCZEWSKI

Dieta za dietą

Jako dziecko była radosna i dynamiczna. Wszędzie było jej pełno i chciała spróbować każdej nowości. Dopiero w 2004 r., po opuszczeniu rodzinnego Radomska i podjęciu nauki w studium aktorskim L'art Studio w Krakowie, dowiedziała się, że coś jest nie tak, że ma schudnąć, jeżeli chce być aktorką. No to wzięła się za diety. Wtedy triumfy święciła dieta kopenhaska, więc przez 14 dni jadła wyłącznie gotowanego kurczaka, pomidory i sałatę z cytryną. Po czasie, na blogu, opisuje ją jako jedną z trzech diet, których twórcy powinni trafić do piekła.

— Chudnie się spektakularnie, ale po powrocie do dawnych nawyków żywieniowych nie tylko wraca się do wagi wyjściowej, ale nosi się dodatkowy „podatek od odchudzania” — wyznaje blogerka.

Gdy ta dieta zawiodła, spróbowała następnej. Przetestowała kilkanaście, nie zadając sobie pytania: Co potem?

— Przypuszczam, że gdyby nie to, byłabym o jedną trzecią lżejsza... To nie są racjonalne, przemyślane sposoby odżywiania ludzkiego organizmu, lecz pomysły obliczone na szybkie i nietrwałe efekty — twierdzi Urszula Chowaniec.

W pewnym momencie tego boju z ciałem uświadomiła sobie, że ma dość, a ono jest jej integralną częścią, więc nie chce z nim walczyć. I że nie jest jedyna. Ponieważ ma na koncie takie doświadczenia, jest dla czytelniczek wiarygodna. Szukają pomocy — pytają, jak zacząć żyć dla siebie i pozbyć się ciężaru cudzych oczekiwań?

— Ciałopozytywność to wypracowanie akceptacji siebie. Świadomie używam słowa: wypracowanie, bo to wymaga sporych zabiegów, zwłaszcza gdy dorasta się w takim społeczeństwie jak polskie, które bardzo lubi wytykać ludziom ich wady. Trzeba się solidnie napracować, by dojść do punktu, w którym człowiek zaczyna znajdować spokój we własnym ciele — tłumaczy Urszula Chowaniec.

Każde ciało, to dobre ciało

Korzenie ruchu Body Positivity sięgają lat 60. XX w. Wtedy zorientowany był na walkę z dyskryminacją. Miał zapewnić reprezentację ludziom o nienormatywnych ciałach — otyłych, niepełnosprawnych, niebiałych, niemłodych. Te ciała nie mieściły się w kanonie piękna, nie były pokazywane w mediach. Teraz bywają zawłaszczane przez firmy kosmetyczne, choć blogerka uważa, że to reklamy tych firm są przyczyną trudności z akceptacją swojego wizerunku. Hejt na blogu pojawia się, ale, ku zdziwieniu autorki, jest go mało, mimo że pod wieloma względami gruba osoba jest łakomym kąskiem.

— Jest takie zjawisko, które się nazywa health trolling: pewni ludzie przychodzą na bloga po to, by mi wytłumaczyć, że jestem gruba, więc niedługo umrę, ale wcześniej trzeba mnie będzie leczyć za ich pieniądze. I one się nie zgadzają na to, żebym żyła w samozadowoleniu — mam się wziąć za siebie i zrobić coś dobrego dla swojego zdrowia i społeczeństwa — śmieje się Urszula Chowaniec.

Zarzuty dotyczą też promowania otyłości. Tymczasem jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś po przeczytaniu jej tekstów pomyślał: „Ale fajnie, przytyłam!”.

— Jeśli jesteś gruba, każdy się czuje w obowiązku cię naprawić. Nie możesz zjeść tego, na co masz ochotę, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zajrzy w talerz, kto pouczy, że możesz coś zrobić lepiej. Może powinnaś wysiąść z tramwaju te dwa przystanki wcześniej i się przejść, albo zamiast mięska mieć na talerzu marcheweczki? — irytuje się blogerka.

Ciałopozytywność jest też hejtowana jako droga do zaniedbania siebie. Tymczasem nietrudno sobie wyobrazić, że dopóki ktoś nie poczuje się komfortowo we własnym ciele, to nie pójdzie na siłownię. Dopóki się siebie wstydzi, nie wyjdzie poza cztery ściany i lodówkę. Takiej osoby nie zachęci się i nie zmotywuje, obrażając ją i tłumacząc, że zaraz umrze. Tymczasem dziewczyny przy kości też chcą być zdrowe, mieć lepszą kondycję, jakąś pasję.

— Zdarzyło mi się wejść na siłownię, odwrócić na pięcie i wyjść, bo byłam przekonana, że ludzie, trenujący na maszynach, nie będą robili nic, poza oglądaniem mojego grubego tyłka. A ciałopozytywność to wyrobienie w sobie tzw. wewnątrzsterowności, czyli odcięcia obserwatorów i obrania dla siebie drogi. Jeżeli chcę iść na siłownie, to idę, nieważne, że jestem teraz gruba. Nie zacznę, jeżeli wciąż będę słuchała cudzych oczekiwań — tłumaczy Urszula Chowaniec.

Taniec i poczucie komfortu

Po próbach odchudzania pozostały niechęć do diet i radość z ruchu. Próbowała m.in. różnych form tańca. Przypadek zrządził, że koleżanka z pracy pokazała jej film z ATS — American Tribal Style. To nowoczesne połączenie improwizowanych tańców orientalnych z flamenco i nutami cygańskimi. Tańczy się zawsze w grupie — dziewczyny regularnie trenują i występują jako zespół Ederlezi. Tworzą go cztery tancerki, działające przy Szkole Tańca Salome w Łodzi. Występują, gdzie się da. Ten taniec daje blogerce poczucie mocy i przynależności do grupy. Każdy ruch jest przemyślany, by podkreślać kobiecą naturę tej formy i płynącą z niej siłę.

— Synergia to słowo, które najlepiej oddaje ducha takiej grupy, którą fachowo nazywamy tribe, plemieniem. W zbiorowej improwizacji nie ma miejsca na solowe popisy i prowadzenie samochodu z tylnego siedzenia. Im lepiej się zestroisz z otaczającymi cię kobietami, tym lepiej wyglądacie — pisze na blogu Urszula Chowaniec.

Uważa, że gdyby nie taniec, nie powstałby blog, bo to taniec dał jej poczucie komfortu we własnym ciele, dzięki niemu ośmieliła się wyjść na scenę przed obcych ludzi. Kostium, w którym występują tancerki, to rozłożysta spódnica, krótka bluzeczka choli i stanik z monetami — brzuch jest odsłonięty. To był akt odwagi. Podobnym aktem dla jej czytelniczek okazuje się założenie stroju kąpielowego i wyjście na plażę. Dostaje od nich wzruszające i intymne wyznania.

— Zdarza mi się siedzieć przed ekranem i płakać. Gdy czytam: „Dziękuję, że piszesz, dzięki temu po raz pierwszy od 10 lat wyszłam na plażę z moim dzieckiem, pierwszy raz odważyłam się rozebrać do kostiumu kąpielowego i weszłam do wody!”, myślę, że dla kogoś, kto nie doświadczył nigdy trudności bycia we własnym ciele w przestrzeni publicznej, to może się wydawać błahe. Ale dla kogoś, kto rezygnuje z podstawowej przyjemności, jaką jest radość ze spędzania czasu w wodzie z własnym dzieckiem, bo się przejmuje, że tu się wylewa, a tu widać cellulit, to są sytuacje bezcenne. Taka mała rzecz, jak poczucie wolności w kostiumie kąpielowym powoduje, że zaczynamy się otwierać na inne wyzwania i sytuacje — twierdzi Urszula Chowaniec.

Na przykład na to, że osoby „plus size” to potencjalna grupa klientów.

Na później, na chudziej

— Mam wrażenie, że grube dziewczyny dużą część swoich niepowodzeń kładą na karb tego, ze są grube. Odkładamy życie i jego przyjemne aspekty na czas: kiedy schudnę. To jest widoczne zarówno w ważnych sprawach, np. przy szukaniu partnera, prostowaniu relacji w rodzinie, zmianie pracy, jak i w błahych — nie lubimy kupować ubrań w swoim rozmiarze, kupujemy za małe, które będą wisiały w szafie jako tzw. motywacja, zamiast kupić coś, w czym się dobrze czujemy i ładnie wyglądamy — twierdzi blogerka.

Tę potrzebę schudnięcia i dopasowania się do cudzych standardów Urszula Chowaniec uważa za uciekanie od odpowiedzialności.

— Jednocześnie jesteśmy na etapie publicznej normalizacji rozmiarów 42-46. Świat dopiero zaczyna ogarniać, że nie tylko jesteśmy tutaj, ale w związku z tym, że jest nas tak dużo, stanowimy konkretną siłę nabywczą — wykłada Galanta Lala.

Efekty ruchu promującego ciałopozytywność? Na przykład Tess Holliday, modelka plus size na okładce brytyjskiego magazynu „Cosmopolitan”. Wprawdzie wywołała burzę, która przetoczyła się przez internet, ale to nie zmienia tego, że znalazła się na okładce jednego z najpopularniejszych magazynów. Ale, zdaniem Urszuli Chowaniec, najważniejszy jest systemowy brak szacunku wobec „innych” — brak dostępu do profilaktyki, karetek bariatrycznych, stołów operacyjnych, które udźwigną ciężkie ciało.

— Z grupy społecznej lekceważonej przez główne media, producentów odzieży i system stałyśmy się buntowniczkami, które mają własną modę. Wszyscy potrzebujemy poczucia przynależności do grupy, tego, że jesteśmy dla kogoś ważni. Ale w wielu grupach obowiązuje próg wejścia — jednym z nich jest szczupła sylwetka. Jej osiągnięcie jest postrzegane, jako klucz do osiągnięcia sukcesu — mówi czytelniczkom.

Deklaruje: tu jest miejsce dla wszystkich, ale jedyne, co nigdy nie pojawi się na jej blogu, to środki na odchudzanie

Blogobiznes

Galanta Lala to nie jedna osoba, lecz rosnąca społeczność — przeszło 12 tysięcy osób na Facebooku i 6 tysięcy na Instagramie. Autorka, po ukończeniu studium aktorskiego, skończyła też orientalistykę na Uniwersytecie Warszawskim, a z zawodu jest marketingowcem. Zakładając bloga, wiedziała, że jeśli chce dotrzeć ze swoim przekazem do ludzi, będzie musiała go odpowiednio opakować.

— Czasami w internecie czytam, że ludzie zżymają się, że teraz wystarczy być blogerem, żeby zarabiać ciężkie pieniądze, a „uczciwie pracujący” dostają grosze. Ta frustracja wynika, w mojej opinii, z niewiedzy. Żeby móc siebie nazywać blogerem, lub szerzej, influencerem i faktycznie podawać swoją działalność jako biznes, trzeba w niego włożyć mnóstwo pracy. Jak w każdą firmę — uważa Urszula Chowaniec.

Teraz sytuacja się zmienia, urzędy pracy dotują działalności blogerskie, ale dla wielu osób prowadzenie bloga nadal oznacza ogromne inwestycje czasowe i finansowe.

— To nie jest tak, że zakładasz sobie konto na Instagramie, kupujesz 20 tysięcy fanów i biznes sam przychodzi. W skali całej blogosfery Galanta Lala jest nadal mikroblogiem, a i tak doprowadzenie jej do dzisiejszego stanu to dwa lata pracy — mówi blogerka.

Kupiła domenę, hosting i szablon, resztę pracy wykonała sama. Koszt uruchomienia bloga to kilkaset złotych pod warunkiem, że chce się być od razu na swoim, zamiast korzystać z darmowych rozwiązań. Trzeba też mieć czas i dużo samozaparcia, żeby się nauczyć podstaw. To jest inwestycja początkowa, nie uwzględniająca kosztów reklamy czy zdjęć. Większość blogerów zaczyna bez sponsorów: sami stawiają strony, sami budują swoje strategie marketingowe, robią zdjęcia, piszą teksty. Do tego dochodzi prowadzenie mediów społecznościowych, korespondencji z czytelnikami i biznesowej, obsługa reklam w mediach społecznościowych, PR.

— Większość znanych mi blogujących osób chce się rozwijać. Spotykamy się na konferencjach, szkoleniach i eventach dla blogosfery. Oto robi się pełny — często dodatkowy, jeśli ktoś tak jak ja jest zatrudniony — etat, a i tak ktoś mi powie, że ja to mam szczęście, bo dostaję tyle rzeczy za darmo — opowiada Urszula Chowaniec.

Płatne współprace na blogu to delikatny temat, wymagający dużych umiejętności w szukaniu równowagi między wiarygodnością dla czytelników, a chęcią i potrzebą zarobkowania. Takie współprace to dodatkowy budżet np. na reklamy, dodatkowe kursy, zatrudnienie fotografa. Choć Galanta Lala to mikroblog, jego siłą jest jasno określona grupa docelowa o konkretnych i łatwych do nazwania problemach i potrzebach, co firmy zaczynają zauważać. Urszula Chowaniec współpracuje głównie z branżami bieliźnianą i odzieżową, m.in. markami: Ewa Michalak, Anita, Panache, Elomi, Zalando, Bon Prix, YumYum.

— Główna dziedzina mojej działalności nadal jest nieco niszowa — nie piszę o mydle i powidle, nie traktuję mojego bloga jako słupa ogłoszeniowego. Ba! Zawsze walczę o dopasowanie treści do całokształtu — twierdzi blogerka.

Czy blog się zwraca? Jeśli patrzeć na to jak na dodatkowy etat, to nie. Autorka nie traktuje go jednak wyłącznie zarobkowo.

— To jednak przede wszystkim misja — sumuje Urszula Chowaniec.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ewa Tyszko

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Ciałopozytywna